Kim jest Jaga Babażyna? Starzejącą się aktorką, a może reżyserką inscenizującą spektakl grozy? Kogo gra w swoim życiu? A może to życie z nią pogrywa? A jeśli tak, to w którym ze światów?
Brawurowa powieść Weroniki Murek to historia o teatrze życia, w którym nie wiadomo, kto jest lalką, a kto pociąga za sznurki. Pełna intryg nicujących rzeczywistość, wydarzeń, które wymykają się wszelkim regułom, i niepokoju, który czai się tuż-tuż, w garderobie pośród kostiumów, pod stołem czy przy zejściu do metra.
Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Laureatka Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej 2015 za Feinweinblein. Za debiutancki zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina nominowana do Paszportów „Polityki” 2015w kategorii literatura, Nagrody Literackiej „Nike” 2016 oraz do Nagrody Literackiej Gdynia 2016 w kategorii proza.
Nie da się tej książki czytać ciągiem dłużej niż godzinę, ale prawdopodobnie coś takiego napisałby Franz Kafka, gdyby choć raz zgubił się w przejściu podziemnym pod Pałacem Kultury i Nauki i skończył w toalecie w metrze, gdzie przy umywalkach stoją plastikowe kwiaty
Jaga Babażyna "znosi swoje życie w milczeniu". Jest aktorką w wieku, w którym nie gra się pierwszoplanowych ról, nie gra się amantek, nie gra się postaci, dla których ludzie pędzą do teatru. Gra się piąte tło, ogony, postacie w tłumie. To czas, gdy powoli przestaje się być reżyserem swojego życia i przechodzi się do sekcji nawet nie statystów, a rekwizytów.
Jaga biega z castingu na casting, z fuchy na fuchę, czyta audiobooki, gra mikrorólki w teatrze, czasem mikrorólki w filmie, zaciska zęby, bo przecież "człowiek nie może pogodzić się z kresem sił. Po prostu nie potrafi tego zaakceptować". Tyle że sił brakuje, pamięć nie ta, pomyłek coraz więcej, zdrowie doskwiera. Śmierć na scenie dopełnia legendę Łomnickiego, ewentualna śmierć na scenie jakiejś tam Babażyny to problem dla pozostałych. Zawodowo coraz gorzej, prywatnie coraz gorzej. Mąż odchodzi, dzieci - jakoś nie było chęci i możliwości, sąsiedzi patrzą na nią jak na (nie)szkodliwą wariatkę. Bo Jaga widzi ludzi, których inni nie widzą. Pojawiają się znikąd, patrzą czarnymi źrenicami i burzą spokój. W tę opowieść o starzejącej się kobiecie Weronika Murek wplata elementy grozy - nie spodziewałam się, że podczas lektury poczuję na kręgosłupie zimne igiełki lęku, a poczułam. Ta groza jest tu dawkowana, ciekawie wprowadzona i - co istotne - interpretowana może być na różne sposoby. Jak cała powieść zresztą.
Dziwaczna to historia, ale dziwaczna w sposób, który lubię. Jaga Babażyna musi kojarzyć się z postacią z bajek. Baba Jaga, ta wstrętna starucha, która ląduje w piecu i wszyscy cieszą się z jej śmierci, w rzeczywistości kryje szeroką symbolikę. Zło - jasne, ale oznacza też tajemnicę, mądrość płynącą z doświadczenia, misterium przejścia. U Weroniki Murek to przejście staje się trochę odejściem. Po przekroczeniu pewnego wieku człowiek czuje się zbędny, niezauważany przez innych, kolejne urodziny tylko to przyklepują.
W którym momencie życie wymyka się z rąk? Gdzie jest granica? Czy można się na to przygotować? Nie wiem.
podziwiam Weronikę Murek za wszechstronność i konsekwentność w eksploracji form: opowiadania, eseje, dramaty, a teraz powieść, która grzebie w tym samym gruncie, który przygotowały poprzednie publikacje; spotykamy znany absurd, momentami gęstą prozę, humor, którego nie umiem określić, ponieważ wydaje mi się równocześnie subtelny i ciężki, co egzemplifikuje choćby imię i nazwisko głównej bohaterki — Jaga Babażyna brzmi jak postać z bajki, ale zamiast opowieści o czarownicy śledzimy losy samotnej starszej kobiety w przełomowym momencie życia
kryzys egzystencjalny autorka ubrała w zestaw chwytów: tajemnicza rodzina prześladuje Jagę; pojawiają się tylko, nie robią nic, nie próbują wyrządzić jej krzywdy; Jaga ulega lękowi wywołanemu niechcianym towarzystwem; obce dzieci, a później ich rodzice, zamieszkują w jej domu; mąż wraca po latach; obserwujemy postępujące wyobcowanie przez filtr nadmiernej, niechcianej obecności, co uważam za genialne zagranie
możemy czytać „Urodziny” jako przykład ambitnej literatury gatunkowej; tropy horroru widać na pierwszy rzut oka, nachodząca Jagę rodzina przypomina inne rodziny z książek i filmów — ale tam, gdzie mogłaby wkraść się tendencyjność, tam autorka wkłada wystarczająco dużo osobowości i własnych doświadczeń ze światem teatru, żeby uwierzyć w uczucia głównej bohaterki i nie pozostać przy mentalnym wyliczaniu klisz
Pomimo zachwytów, dla mnie to po prostu manieryczne i nużące pisarstwo. Forma, niestety, zabiła treść. Podobne odczucia miałem przy debiucie tej autorki.
Odniosłam wrażenie, że spotykam tu bohaterkę z co najmniej dwóch przeczytanych ostatnio książek, zupełnie jakby autorka wskrzesiła inną osłonę kobiet z powieści Kańtoch "Czeluść" i Otessy Moshfegh "Śmierć w jej dłoniach". Są w podobnym wieku i mają problem ze światem rzeczywistym, a właściwie to nierealność wdziera się w ich życie i pozostawia ślady. Jagę polubiłam chyba mniej, wymykała mi się, choć jej - kobiety już nienajmłodszej - walka o przetrwanie w zawodzie aktorki, we wrogim, stygmatyzującym otoczeniu jest przejmująca i na pewno nie jednostkowa. Te kobiece, feministyczne wątki, zadające kłam siostrzańskiemu mitowi podobały mi się najbardziej. Nieco mniej całe te kulisy (nie lubię teatru i horroru), a rwana, rozmyta narracja nie ułatwiała lektury.
„Urodziny” to książka, którą czyta się jak dziwny, czasem niepokojący sen. Weronika Murek pokazuje świat, w którym życie przypomina teatr – nie wiadomo, kto gra rolę, a kto naprawdę sobą jest. Główna bohaterka, Jaga Babażyna, raz wydaje się aktorką, raz reżyserką, a czasem po prostu osobą zaplątaną w cudzy spektakl.
Największą siłą tej powieści jest atmosfera – pełna zagadek, lekkiego absurdu i poczucia, że za chwilę wydarzy się coś niespodziewanego. Autorka pisze oszczędnie, ale jej język jest bardzo obrazowy: kilka zdań potrafi zbudować cały nastrój.
To nie jest lekka powieść do czytania „dla relaksu”. Bardziej przypomina literacki eksperyment, który zmusza do myślenia i stawia pytania o to, kim jesteśmy i jaką rolę gramy w życiu. „Urodziny” zostają w głowie
Zastanawiam się, czy potrafić pisać tak, jak Weronika Murek, to błogosławieństwo, czy przekleństwo. Na pewno otrzyma wiele nagród literackich. Ale nastrój jest jednocześnie tak dziwaczny, to tak hermetyczna literatura, że nie wiem, czy ktoś kiedyś powie, to moja ulubiona książka. Dużo interesujących wzmianek o teatrze, o tym, jak to jest być w tym środowisku nie-gwiazdą, i język na pewno piękny. Wiele intrygujących spostrzeżeń o relacjach międzyludzkich.
Jednak wymęczyłam się, szczególnie na końcu. Może, gdyby była krótsza, inaczej bym tę książkę odebrała. Może to tak, jak z jakimś mocnym smakiem? Styl Weroniki Murek jest tak wyraźny, mocny, że może sprawdziłby się lepiej w nieco skróconej wersji.
Tak se siedzę i myślę i myślę i w sumie im więcej myślę tym mniej mi się podoba ta pozycja. Generalnie pierwsza połowa przywaliła mnie znakomitą lawina depresji. W ogóle zaskoczona byłam ze tu ktokolwiek mówi o jakimś Ala horrorze bo mimo ze przesłanki były to miałam nadzieję ze nie skręci w te stronę. Książka była wtedy ciekawym studium postaci, z duuuuza dawką ciężkiego zmęczonego modernizmu. Natomiast, gdy pojawił się motyw choroby zaczynałam mieć coraz większe wątpliwości. Zastanawiam się trochę jakie finalnie ona ma przesłanie. Szczerze jestem zawiedziona ze okazuje się nim szaleństwo. Starsza, artystyczna i dość żywiołowa kobitka, która zdecydowała się żyć samotnie i bezdzietnie kończy jako shizofreniczka we własnym odrealnieniu. Świetna przypowieść, iście biblijna;/
This entire review has been hidden because of spoilers.
Urodziny Weroniki Murek są całkiem sprawne narracyjnie, nieco mniej stylistycznie i chwilami tempo zaprzecza założeniom cyklicznym książki przez co całość trochę się zwija, a postmodernistyczna powieść która przeprowadza wszelkie rodzaje pastiszu czy parodii bez większych transformacji stylistycznych mnie nie pociąga. Ale całkiem sprawne.
2.5 ⭐️Rozumiem, że do języka wchodzą nowe słowa i zwroty, ale czy naprawdę nie ma lepszego określenia niż "delulu"? I do tego w polskiej książce? Poza tym to historia trochę dziwna, zagmatwana, ja się nie odnalazłam w 100%.
momentami nie wiedziałam, co faktycznie jest częścią fabuły, a co tylko się dzieje w głowie bohaterki. kreuje to pewnego rodzaju zamęt i uczucie niepokoju, jednak równocześnie wspaniale można wniknąć w psychikę bohaterki i motywy jej zachowań.