Czy jedna sukienka może zmienić życie? Ta historia mogła przydarzyć się także Tobie!
Legendarna Little Black Dress projektu Huberta de Givenchy’ego przypadkiem trafia w ręce młodej fryzjerki. Michalina dzieli mieszkanie w bloku z niedołężnym dziadkiem, nie cierpi swojej pracy i odkłada na emeryturę w słonecznej Portugalii. Kiedy na wymianie szafowej znajduje sukienkę za milion dolarów, nudne życie ustępuje miejsca przygodom prosto z filmów akcji. I to tych z Tomem Cruise’em…
Bierze udział w pościgu, poznaje księgowego, a zarazem włamywacza Alberta, gubi sukienkę, przemierza pół Europy, by ją odnaleźć, po drodze znajduje miłość, której nie szukała, a przy okazji usilnie stara się nie zwariować.
Zakręcona historia o modzie i miłości. Ironiczna, pełna kontrastów, ostrych zakrętów, popkulturowych nawiązań i czarnego – jak przystało na książkę o czarnej sukience – humoru.
Opinie o tej książce były podzielone, takie książki lubię najbardziej, i oczywiście muszę wrzucić też swoje trzy grosze. Książka dość specyficzna z olbrzymia dawką dobrego humoru i sarkazmu, literatura obyczajowa połączona z komedią i delikatnym romansem.
Legendarna sukienka, warta milion przez przypadek trafia w ręce młodej zagubionej fryzjerki na wymianie szafowej. Życie Michaliny zaczyna wchodzić na niestabilne tory. Młoda kobieta zmaga się z trudnościami w pracy, opieką nad niedołężnym dziadkiem, którego stan się pogarsza, czarna sukienka zaś wnosi do jej życia więcej chaosu niż się spodziewała. Gdy sukienka znika Michalina dostaje propozycję nie do odrzucenia, żeby ją odzyskać, zaczyna się szaleńczy pościg za zaginioną ikoną mody, który wbrew wszystkiemu przyniesie w życiu kobiety wiele zmian, w tym także szansę na miłość.
Powiem krótko, to lektura jakich wiele, choć sam pomysł na nią był dość oryginalny i gdyby popracować nad szczegółami mogłaby wyjść z tego całkiem dobra historia. Niestety w moim odczuciu troszeczkę zabrakło, żeby lekturę określić jako dobrą, i kataloguję ją jako przeciętną propozycję. Fabuła mnie nie wciągnęła, choć od samego początku walczyłam i miałam nadzieję, że im dalej tym będzie lepiej, ale tak jak widać po ocenie się nie stało. Akcja pędzi w szalonym tempie wręcz ekspresowo, wszystkiego jest dużo i na raz. Całkiem sporo pojawiających się postaci, główni bohaterowie szaleni, zmienni, według mnie strasznie irytujący i w sumie też jakby niedopracowani. Dla mnie ta powieść była także mocno chaotyczna, wielowątkowość nie służy tej powieści, bo tu nie tylko o tytułowa sukienkę chodzi, ale też o irracjonalne decyzje, problemy osobiste, nagłe zmiany i zwroty akcji, w tle problemy innych bohaterów, zahaczamy także o trudną codzienność, choroby, stratę czy nawet żałobę, ale każdy temat jest dotknięty, nie rozwinięty w pełni, a to wielka szkoda, bo przez to całość na pewno zyskałaby jakąś głębię.
Książka jest poprawnie napisana, styl pisania autorki jest lekki i przyjemny, a sama historia dość mocno oderwana od rzeczywistości, lubię czasem sięgać po tego typu lektury, ale tutaj mam wrażenie, że sporo rzeczy jest tutaj przesadzonych. Ja lubująca się w szczegółach jestem zawiedziona ich brakiem i bardzo ogólnym podejściem do wielu wątków. Troszkę to wszytko niedopracowane, przez co ja nie mogłam w pełni oddać się lekturze, nie poczułam tej historii i nie potrafiłam się w nią zaangażować emocjonalnie. Jedyne co mnie poruszyło to upór Michaliny odnośnie opieki nad dziadkiem, to godna podziwu postawa, dość rzadko spotykana w społeczeństwie i tutaj ta chęć pomocy jest pięknie pokazana.
Lektura niczym się nie wyróżniająca, do przeczytania w kilka godzin. Dla mnie dość przeciętna propozycja, ale myślę, że jeśli ktoś lubuje się w lekkich i zabawnych opowieściach będzie zadowolony. Ja mam mieszane uczucia, ale i tak zachęcam do lektury, może wam bardziej się spodoba.
Jeśli szukacie ciekawej lektury na wiosnę, ta książka sprawdzi się idealnie. Opowieść zaczyna się właśnie wiosną.
"Centrum miasta kwitło po zbyt długiej zimie. Drzewa puszczały pierwsze pąki. Dzieci testowały nowe kalosze, turyści smakowali obwarzanki i fotografowali każdy mur, który wydawał się zabytkowy. Krakusi zmienili puchowe kurtki na cienkie płaszcze i wyszli na bulwary przywitać wiosnę."
Główną postacią jest młoda Michalina. Mieszka z chorym dziadkiem, chodzi do pracy, której nie znosi, za to, jak większość ma swoje marzenia. Pierwszym jest wyleczenie dziadka, drugim wyjazd do Porto. Niestety nic nie wskazuje na to, aby miały szansę się ziścić. Niespodziewanie dziewczyna staje się posiadaczką małej czarnej, i nie, nie chodzi o pyszny gorący napój. Prawdopodobnie każda z kobiet ma w swojej szafie sukienkę, którą można określić tymi słowami. Jednak tą jest wyjątkowa, wiąże się z tym zaś niezła historia.
To druga książka autorki, jaką przeczytałam. Pierwsza bardzo mi się spodobała, więc bez wahania sięgnęłam po najnowszą. Znalazłam w niej dokładnie to czego oczekuję od książek w tym gatunku. Przede wszystkim uwielbiam styl autorki.
"Święta Filomeno, patronko katakumb! Że też dziewczyny z Zalipek tego nie widzą. W ciągu czterech dni z bezkształtnej meduzy, której życie kręciło się wokół strzyżenia kwadratowych karków, podrzewania sznycli, realizowania recept i wizyt u geriatry, zmieniłam się w bohaterkę kina akcji."
Na pierwszy rzut oka lekka, przyjemna historyjka, z poczuciem humoru. Jednak z każdej kolejnej strony wynurza się inne oblicze książki. Pod ironią skrywają się prawdziwe ludzkie problemy, bolączki, smutek i żal. Jak w życiu, nigdy nie może być za dobrze, a w każdej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu. Tak więc podczas lektury znajdziecie momenty do uśmiechu, ale i do płaczu.
Ogromnie was zachęcam do przeczytania tej książki, jest świetna, wciagająca, do pochłonięcia na raz. Bardzo mi się podobała. Polecam.