O matulu... no dla mnie to znowu absolutne, cholerne 5.
Nic nie poradzę...
Wydawałoby się, że po tylu książkach można mieć dość - i zapewne są takie osoby, nie mam co do tego wątpliwości...
Jednak zdecydowanie się do nich nie zaliczam...
Ciągle mi mało i ciągle chce więcej...
Colton mnie wzruszył i ścisnął za serducho...
Jego przeżycia, determinacja, brak wiary w siebie, dobroć, pomniejszanie swojej wartości, lojalność, poddanie się i walka jednocześnie, serducho jak stąd do wieczności, wahania i chęć parcia do przodu na raz, niepewność, chęć bycia normalnym, chęć kochania i bycia kochanym, wiara, że nie jest tego wart ze względu na bałagan, jakim jest, miłość do zwierząt, a już zwłaszcza bezpańskich psów, które ratował bez względu na konsekwencje, chęć zrobienia czegoś ze swoim życiem i ciągłe kłody rzucane pod nogi, i cała masa innych rzeczy...
Chyba po raz pierwszy podczas czytania tej serii łapało mnie i trzymało za gardło podczas połykania jego historii. To najmłodszy - przynajmniej wiekiem - bohater całego świata I&W, zaledwie 20-letni. Ale co mają liczby na papierku do prawdziwego wieku? Nic...
Już pierwszy rozdział mnie po prostu dobił... Nie wiem, jak można takie rzeczy robić dzieciom czy nastolatkom tylko dlatego, że są inni niż by chcieli ich "religijni" rodzice. Te obozy, które mają naprostować "grzeszników" i sprowadzić ich na jedyną, prawdziwą drogę na której chciałby ich widzieć Bóg, czy raczej ci wszyscy dewoci, maniacy i fanatycy religijni... straszne. Z jednej strony po prostu nie mieści się w głowie, że coś takiego może istnieć, z drugiej, niestety... jestem w stanie w to uwierzyć i wszystko się we mnie przewraca na samą myśl... To takie nieludzkie, co człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi... A gdy dorosły robi to tym, którzy nie mogą się bronić, w imię wiary, to.. zbyt niecenzuralne słowa się cisną pod palce, by to tutaj napisać... Choć autorka nie wnikała za bardzo w szczegóły, w jaki sposób Colton był - nazwijmy to po imieniu - torturowany... Ale nie musiała...
W sumie tyle cytatów mi łaziło po głowie podczas czytania tej serii - i ten poniżej wcale nie jest najważniejszy i najlepszy, ale jest świetnym połączeniem prawie wszystkich książek, gdyż dom dla dzieci i młodzieży LGBT - wyrzuconych z domu, niechcianych przez nikogo, nieufających nikomu, skrzywdzonych, które przeżyły więcej, niż powinny, które widziały więcej, niż powinny, prowadzony przez Sage'a i Dereka - powstał w trzeciej części I&W... Co dobrego zrobiły brudne pieniądze pewnego kootasa, który miał nieszczęście (dla nich, nie dla niego) być ojcem tych, którzy ten dom założyli... I choć mało ma wspólnego z rzeczywistością, to sposób, w jaki myśleli o nim ci, którzy wiedzieli o jego istnieniu i chcieli tam trafić, oddaje chyba wszystko... Dom, do którego trafił Colton...
"But Ted House was different. It was supposed to be different, anyway. It was like this fairy tale whispered amongst the teens in bed late at night—a mythical place that no one ever got to see, but everyone knew about. He’d heard it was an old, haunted, Victorian style home set way back in the woods in a small town just outside the city. They got pizza and cake every night, and no one had to go to school or do homework."
Rozpisałam się, choć to nawet nie jest połowa tego, co mi w głowie siedziało...