Gdy przeczytałam „Umarli czasu nie liczą” – pierwszą książkę z tego cyklu znalazłam tylko jeden jasny punkt i byłam rozczarowana jakością poleconej mi książki. Jedna Nikita mająca olbrzymi potencjał, jako postać, to jednak za mało, aby powieść zyskała moją sympatię.
Drugi tom „Strażniczka Aniołów Mroku” była już o klasę wyżej od nieudanego początku jednak nadal daleko było tej powieści do panteonu dobrej fantastyki. Widać było duży progres w stosunku do poprzedniej książki, wobec czego miałam nadzieję, że w trzecim tomie dostanę łupnia.
Znokautowana nie zostałam. „Nadejście Aniołów Mroku” jest najlepszą częścią z trylogii. Temu nie mogę zaprzeczyć. Jednak nadal Kim Harrison nie uwolniła drzemiącego w niej talentu. Widać tu dobry pomysł, zalążki dobrych postaci (niestety nie wykiełkowały), jednak brakuje powagi. I wiem o tym, że ten cykl nie jest na poważnie i należy go traktować z przymrużeniem oka, lecz boli mnie, jako czytelnika, gdy widzę, że cykl o Madison Avery mógł być genialny. Wiem, bowiem, że omija mnie prawdziwa uczta.
W tej części Madison ma okazję, aby odzyskać swoje ciało, co ma wpływ na jej relację z nadal najlepiej napisaną postacią w cyklu – Nikitą. Relacje z chłopakiem zaczynają szwankować na pewnym etapie. Madison nadal próbuje przekonać Serafinów do swoich metod pracy i przy okazji zostaje oskarżona o podpalenie. Brzmi ciekawie? Według mnie tak. Jednak bliżej tu do komedii niż czegoś robiącego wrażenie. Ale nie mogę uznać tego za wadę. Napisanie komedii wcale nie jest takie proste. A miałam nie jedną okazję do śmiechu czytając „Nadejście Aniołów Mroku”. Jednak z drugiej strony ocieramy się o dość poważne pytania natury etycznej. Co każe się nad tym śmiechem zastanowić.
Czy warto przeczytać cykl o Madison Avery? Nie jestem przekonana czy dla jednej bohaterki warto poświęcać czas. Chyba, że tak jak ja potrzebujecie ogłupiacza pomiędzy jedną cięższą emocjonalnie książką, a drugą. Wtedy „Nadejście Aniołów Mroku” oraz dwie poprzednie części sprawdzą się znakomicie,. O ile nie będziecie im stawiać wymagań…
PS: Po przeczytaniu trylogii Kim Harrison zastanawiam się czy autorka powinna w końcu napisać „poważną” fantastykę czy zmienić gatunek i napisać komedię pomyłek. Żal marnować talent na średniaki, gdy można podbić serce czytelników czymś dobrym.