„Kiedy widzi Pani las, a w nim setki drzew, a na każdym drzewie tysiące liści, a w każdym liściu plątaninę żyłek, i wie się, że są tam duże roślinne komórki w osłonach z celulozy, a w komórkach jeszcze coś – ich składniki – a dalej atomy i, jak się okazuje, jeszcze cegiełki atomów – tak samo tam na wyspie wyglądała każda czynność. Zaczynała się od zamaszystej idei, jasnego i oczywistego planu – zbuduję szałas, pozbieram kije, gałęzie, wybiorę miejsce. Lecz gdy zaczynam pracować, każda czynność okazuje się nieskończona, jest podróżą w jakąś nie znaną mi przedtem przestrzeń, unosi mnie ku innym czynnościom, drobniejszym, bardziej kruchym, ledwie zauważalnym; niesie mnie ku innym myślom, czasem dziwacznym, czasem zaś tak prostym, że aż – wydawałoby się – nie nadają się do myślenia. Każda więc czynność składa się z nieskończonej liczby innych mniejszych czynności i one też są nieskończone. Na dodatek tworzą sieć, która działa jak precyzyjny rozkład jazdy – organizuje przesiadki, zmienia kursy i kierunki. Wyprawa po kłodę na plaży staje się mimowolnym odkryciem ujścia strumienia, kontemplacją łączenia się dwóch rodzajów wody. Konieczność związania dwóch patyków niesie odkrycie twardych, łykowatych traw i budzi marzenie o siewach, o zbożu. Głód, który wyrasta z tego obrazu, skłania do połowów, lecz łowię nie ryby, tylko płaski kamień, który będzie odtąd moim stołem; a jak jest stół, to rodzi się potrzeba siedziska...“