W 1995 roku w lesie na Żywiecczyźnie porzucona została trójka małych Bresiów, dziewięcioletni Marcin, siedmioletnia Milena i dwuletni Mati. Ich rodzice, Mirosław i Marta, poprosili, aby przez chwilę dzieci pobawiły się same, gdy oni udadzą się do pobliskiego bunkra Waligóra. Jednak nigdy po nie, wbrew obietnicy, nie powrócili. Wychowaniem dzieci zajęła się mieszkająca w Katowicach babcia, Halina Breś.
Tajemnicą zniknięcia sprzed trzydziestu lat pewnie nikt by się nie zajmował, gdyby nie zainteresował się nią straumatyzowany maturzysta, Sławek Dębski, mieszkający z rodzicami w Radziechowach, w dawnym domu Bresiów. Powołując się na wieści od dziwnego informatora, nie tylko zaczyna nachodzić sąsiada, Marcina Bresia, ale również dzieli się swoimi podejrzeniami z kolegami, wśród których jest autor kryminalnych podcastów, Julian Kliś. Gdy będący na granicy szaleństwa Sławek znika, w sprawę włącza się z konieczności policja, a po odkryciu płytkiego grobu, w którym obok zwłok Dębskiego są również ludzkie szczątki sprzed lat, wdrożone zostaje oficjalne śledztwo.
Policyjnym dochodzeniem zajmuje się aspirant Jakub Wójcik, ale główny punkt ciężkości przesuwa autorka w powieści na rodziny i znajomych ofiar. W pierwszym rzędzie jest to trójka dzieci Bresiów, których życie poznajemy w specyficznie dobranych szczegółach, łącznie z na nowo pobudzonymi traumami z dzieciństwa. Czy także z nadziejami na odkrycie wszystkich sekretów z przeszłości? Jakie znaczenie miała już wówczas, trzydzieści lat temu, niedoskonałość pamięci dwojga starszych dzieci? Skąd się wziął obecnie wskrzeszony motyw tzw. trzeciej osoby?
W pewnym momencie wydaje się, że jeśli nie aspirant Wójcik, to jedyną osobą predestynowaną do rozwiązania zagadki śmierci zarówno Sławka Dębskiego jak i małżeństwa Bresiów jest ich najmłodszy syn, Mati. Ale dlaczego autorka dużo uwagi poświęca, na przykład, również rodzicom, szczególnie matce Sławka i babci Bresiowej czy choćby wysiłkom Matiego, aby dotrzeć do przyjaciółki matki, Eweliny, oraz do dziewczyny Sławka, Karoliny, i jego kolegi, Juliana?
W czytanych wcześniej przeze mnie kryminałach i thrillerach Anny Kańtoch doceniałam jej sposób narracji, ale nie potrafiłam się wciągnąć w kreowane przez nią klimaty. Natomiast atmosferę „Trzeciej osoby” zaakceptowałam w całości, mimo dość osobliwego zakończenia. Na pewno przyczyniła się do tego sceneria wydarzeń i interpretacja audiobooka przez Andrzeja Hausnera.