A jeśli nie… to jaką cenę trzeba będzie zapłacić za pakt zawarty z samym diabłem?
Rzecz się dzieje w Tszczycach, ospałym miasteczku położonym w świecie mogącym uchodzić za majak lunatyka. Po dłuższej nieobecności powrócili tu Mariusz i Izabela, rodzeństwo wyklęte przez miejscowych, którzy obawiali się kobiety dotkniętej w równej mierze wieszczym darem, co i szaleństwem.
W Tszczycach powracają także wspomnienia. To właśnie tutaj Izabela poznała przed laty czarnoksiężnika, o którym szeptano, że zawarł pakt z diabłem… Ale w jakim celu i za jaką cenę? Na ten temat snuć można jedynie domysły.
Powieść została utkana z perspektywy dwóch oddzielnych narracji. Z jednej strony prowadzi ją Izabela Kulwieckia, z drugiej czarnoksiężnik Zgorzelski, człowiek opętany szaleństwem pożądania wobec Saszy, młodej hermafrodyty zamieszkującej Tszczyce. Relacje dwojga bohaterów uzupełniają się i krzyżują ze sobą jednocześnie. Każda narracja rozpoczyna się i ucina w różnych momentach, każda skupia się na innych aspektach wydarzeń, wreszcie każda… w równej mierze wszystko wypacza. Razem jednak tworzą wspólny sen o Tszczycach i jego mieszkańcach, zupełnie nieświadomych, jak wielkie niebezpieczeństwo nadciąga wraz z pojawieniem się jednego z najpotężniejszych demonów piekielnych, podstępnego Pajmona pragnącego upomnieć się o swoją należność…
Po przeczytaniu „Ganimedesa” tego autora na „Szarlatana i Hermafrodytę” czekałam z zapartym tchem. Wiedząc jakimi zdolnościami pan Bartosz się posługuje jeśli chodzi o tworzenie języka pisanego nie mogłam przejść obok nowej pozycji obojętnie. A do tego po blurbie widać że tematyka książki ma oscylować wokół szaleństwa i zgubnych żądz to już w ogóle byłam ukontentowana, spodziewając się mrocznej i intelektualnie satysfakcjonującej powieści. Czy autor udźwignął tak wielki ciężar? Zdecydowanie tak! Elokwentne (tak że sama musiałam zaglądać do słownika od czasu do czasu bo mnie tej elokwencji brakowało) snucie opowieści o trzech całkiem różnych bohaterach i ich powolnym upadku mrozi krew w żyłach, a fakt że żadnego nie da się do końca lubić wynika tylko z ogromnej wiarygodności. Mimo to, wciąż im jakoś kibicujemy, może z litości, i pragniemy by w końcu udało im się osiągnąć ich cel, albo chociaż odnaleźli spokój. Całość jest napisana z udziałem niesamowitej wrażliwości i plastyczności, gdzie empatyczna osoba może bez problemu odczuwać emocje razem z bohaterami. A nie są to łatwe emocje, a przelane na papier tak jakby sam autor czuł to samo podczas tworzenia. To nie jest łatwa powieść, jest ciężka emocjonalnie i trzeba przygotować się na pewne dziwnostki, które niektórym mogą przeszkadzać.