Po przeczytaniu „Ganimedesa” tego autora na „Szarlatana i Hermafrodytę” czekałam z zapartym tchem. Wiedząc jakimi zdolnościami pan Bartosz się posługuje jeśli chodzi o tworzenie języka pisanego nie mogłam przejść obok nowej pozycji obojętnie. A do tego po blurbie widać że tematyka książki ma oscylować wokół szaleństwa i zgubnych żądz to już w ogóle byłam ukontentowana, spodziewając się mrocznej i intelektualnie satysfakcjonującej powieści. Czy autor udźwignął tak wielki ciężar? Zdecydowanie tak! Elokwentne (tak że sama musiałam zaglądać do słownika od czasu do czasu bo mnie tej elokwencji brakowało) snucie opowieści o trzech całkiem różnych bohaterach i ich powolnym upadku mrozi krew w żyłach, a fakt że żadnego nie da się do końca lubić wynika tylko z ogromnej wiarygodności. Mimo to, wciąż im jakoś kibicujemy, może z litości, i pragniemy by w końcu udało im się osiągnąć ich cel, albo chociaż odnaleźli spokój. Całość jest napisana z udziałem niesamowitej wrażliwości i plastyczności, gdzie empatyczna osoba może bez problemu odczuwać emocje razem z bohaterami. A nie są to łatwe emocje, a przelane na papier tak jakby sam autor czuł to samo podczas tworzenia. To nie jest łatwa powieść, jest ciężka emocjonalnie i trzeba przygotować się na pewne dziwnostki, które niektórym mogą przeszkadzać.