Górny Śląsk to nie tylko wypieszczony pod pocztówki Nikiszowiec, górnik z obrazu Erwina Sówki, kopalnia czy Angelus Lecha Majewskiego. Były i wciąż są tu miejsca, które przypominają nowojorski Bronx. I jak Bronx pochłaniają.
To zapomniane dzielnice miast, które do dziś uchodzą za szemrane, brudne i „czarne”. Mówi się o nich „dzielnice cudów”, bo jak się tam wejdzie, to można zniknąć. Istny kocioł. Na jednej ulicy, obok siebie, Ślązacy, Polacy, folksdojcze, komuniści, „werbusy”, Romowie, Świadkowie Jehowy, weterani Wehrmachtu i LWP.
Bery z dzielni to książka poetycka, która w strzępach opisuje ten specyficzny ekosystem, robiąc to jednak w sposób uniwersalny. Prawda miesza się tu ze zmyśleniem, bery i bojki łączą to co faktyczne z fantazją, ale też z brutalnością. W wierszach Tomasza Pietrzaka wydarza się śląski realizm magiczny, zlewający myśli z mitami, odsłaniający w szczelinach wyjątkowość tego miejsca i czasu.
Dziwny to tomik, w którym autor sam na końcu pisze kilka akapitów, które mogą z powodzeniem starczyć za pobieżne streszczenie i interpretację całości.
Ciekawa treść, ale uważam, że nieuzasadnione było jej wtłoczenie w pozory wierszy zbudowanych - niemal jak od sztancy - z dystychów. Według mnie nic tu nie przemawia za wyborem wiersza jako formy wyrazu, zupełnie na siłę jest w nią wciśnięta barwna, wyrazista treść.