Rozpacz nie ma narodowości. Jeszcze dobitniej dociera to do człowieka, gdy czyta takie reportaże jak ten. Wtedy też nie ma wątpliwości, że słowa Nałkowskiej "Ludzie ludziom zgotowali ten los" są tyleż złowieszcze, co prawdziwe.
Wojna domowa w Jemenie zaczęła się w 2014 i od tej pory ludzie giną w imię diabli wiedzą czego. To nie jest śmierć żołnierzy na froncie, to są ostrzeliwane i bombardowane domy, szkoły i sklepy. Autorka zbiera relacje ofiar milicji Hutich i koalicji kierowanej przez Arabię Saudyjską, relacje rodziców, mężów, żon, braci, sióstr, którzy stracili najbliższych. Szukałam metody na lekturę, zastanawiałam się, czy łatwiej będzie ją dźwignąć od razu całą, czy robić przerwy, ale tu nie ma recepty. Ten reportaż wnika w arterie.
"W każdym domu w tym mieście jest opowieść, która chce zasnąć i żeby jej nikt nie budził".
Wysłane do sklepu dzieci już nie wrócą. Szum samolotu zwiastuje nieszczęście. Rakieta, która uderza w dom śni się ocalonym. Wielogodzinne zbieranie szczątków, kompletowanie ciał - jak jakieś upiorne, piekielne puzzle. Kawałki odnajdowane w sporej odległości od eksplozji, kawałki, których nie znajdzie się nigdy. Ciepło rączki dziecka, które w ułamku sekundy zamienia się w krwawy strzęp. Wspomnienia spod gruzów, gdy leży się wśród martwych, samemu będąc prawie martwym. Tragiczny wybór - spojrzeć na rozerwane ciała dzieci, czy nie, by zapamiętać je jako roześmiane, żywe, najdroższe? Utrata wszystkich zdjęć i rozpacz, że pamięć nie jest w stanie zachować rysów twarzy, brzmienia głosu...
Buszra al-Maktari zebrała niemal 50 relacji. Wszystkie zlewają się ze sobą, bardzo do siebie podobne, a przecież każde indywidualne. Na ostatnich 40 stronach autorka zamieszcza spis ofiar od marca 2015 do września 2017. Nawet nie próbowałam ich liczyć.
Chyba nie można tego reportażu oceniać w kategoriach literackich. Ja nie wiem, czy to jest dobrze napisane, ale wiem, że mam pod powiekami straszne obrazy. Wiem, że tych ofiar nikt nie pomści, nie zadośćuczyni, że konwencje, prawo, sprawiedliwość to wielka ściema, a my jesteśmy szczęściarzami, że to nie u nas. Przytulając córkę wiem, że to szczęście może być krótkotrwałe. Wiem to wszystko i chce mi się ryczeć.