Japonia. Klimat ery wiktoriańskiej. Steampunk. Takie połączenie? Biorę w ciemno! „Nerwy ze stali”, pierwszy tom cyklu „Kroniki Wiecznotrwałego”, to książka (właściwie składająca się na trzy powiązane ze sobą opowiadania), która owiała mnie swoją świeżością i pomysłem, zanim jeszcze zdążyłam dobrze zagłębić się w fabułę. Autorka oferuje czytelnikowi alternatywną rzeczywistość Tokio z 1886 roku – pełną pary, metalu i moralnych dylematów, gdzie technologia idzie ramię w ramię z emocjami – bólem, stratą i... odkupieniem.
Pewnie nikogo to już nie zdziwi po tym wstępie, ale nie mogłam się oderwać. Dosłownie. Musiałam się hamować, żeby nie wrócić do lektury – nawet w pracy. To po prostu świetnie napisana książka, osadzona w niezwykle klimatycznej Japonii, pełnej wiktoriańskiego klimatu i tajemnicy, a jednocześnie nasycona uczuciem i bardzo dobrym warsztatem. To ten rodzaj książki, który nie daje spokoju. Nie tylko dlatego, że chcesz wiedzieć, kto stoi za intrygą, ale również to, co dalej się wydarzy i dlaczego bohaterowie podejmują właśnie takie, a nie inne decyzje. Wraz z Yukim obserwujemy zepsuty świat, w którym każda kolejna tajemnica jest gorsza od poprzedniej, a zaufanie staje się towarem deficytowym.
Od dawna szukałam czegoś, co zaoferuje mi takie połączenie. Kiedyś na Fantastycznej Karczmie szukałam czegoś podobnego do gry Lies of P — tam też jest ten steampunkowy klimat i duszna atmosfera. Podobnie jak w jednym z moich ulubionych survival horrorów, Amnesia: A Machine for Pigs. To właśnie ten industrialny nastrój połączony z rozważaniami o ludzkiej moralności i granicach, do jakich można się posunąć, to moje ulubione zestawienie. Książka „Nerwy ze stali” potrafi wywołać niepokój bez przesadnej egzaltacji, tylko w subtelny sposób, budując napięcie małymi kroczkami.
Anna van Steenbergen stworzyła Tokio, które zachwyca i robi wrażenie — surowe, pełne pary i elektryczności, tak prawdziwe, że aż trudno uwierzyć, że to tylko fikcja. Szczególnie zafascynowały mnie automely – zaawansowane protezy działające jak prawdziwe części ciała, oraz wiecznotrwałe serce – techniczny cud, który jednocześnie stał się zalążkiem tragedii. Ta wizja steampunkowego społeczeństwa, gdzie technologia powoli wymyka się spod kontroli, naprawdę mnie poruszyła.
Postacie w „Nerwach ze stali” wyróżniają się złożonością i wielowymiarowością, znacznie odbiegającą od utartych schematów znanych mi z wielu książek. Każdy z nich nosi w sobie zarówno dobrą, jak i złą stronę, a ich trudne wybory nadają historii realizm. Yukimura Sanada to zamknięty w sobie, inteligentny mężczyzna zraniony przez życie, którego decyzje bywają niełatwe do przyjęcia, ale pozostają wiarygodne. To jeden z moich ulubionych typów charakterów w literaturze – niejednoznaczny, pokiereszowany, ale wciąż walczący o resztki nadziei. Właśnie to sprawia, że jest tak realistyczny – prawdziwy, pełen sprzeczności, taki, którego emocje nie są mi obce. Relacja z inspektorem Fujitą? Mistrzostwo. Szorstka, pełna napięcia, gniewu, bólu, ale też fascynująca w swojej intensywności. Ich drogi krzyżują się w sposób, który nie pozwala odłożyć książki. Ich konfrontacje są opisane w bardzo dobry sposób. No i Toru. Kto mnie zna, ten wie, że jeśli w książce pojawia się kot – już jestem kupiona. A ten kot to nie tylko uroczy towarzysz. Toru jest idealnym akcentem wznoszącym ciepło, ale coś w rodzaju symbolicznego spokoju w świecie pełnym bólu, przemocy i śmierci.
Bardzo doceniam, jak przystępnie i z wyczuciem autorka przedstawiła trudniejsze zagadnienia. Neuroinżynieria, etyka, granica między człowiekiem a maszyną – mogłyby zostać podane w sposób suchy i nużący, a tymczasem Anna van Steenbergen zgrabnie łączy naukę z pasjonującą narracją. Przypisy są pomocne i klarowne, dzięki czemu nawet mniej zaznajomiony czytelnik nie gubi się w świecie książki i łatwo wyobraża sobie panujący w niej porządek. Język? Jest prosty i klarowny, a jednocześnie obrazowy, co pozwala łatwo odnaleźć się w fabule, nawet jeśli poruszane zagadnienia bywają dość skomplikowane.
„Nerwy ze stali” to znacznie więcej niż dobrze napisana książka. To opowieść o granicach – tych moralnych, między człowiekiem a maszyną, między sprawcą a ofiarą, osadzona w klimacie czasu wielkich przemian i niepewności. Książka stawia pytania o to, gdzie kończy się geniusz, a zaczyna niebezpieczna obsesja, a także czy twórca przełomowego wynalazku ponosi odpowiedzialność za jego konsekwencje. Akcja rozgrywa się w alternatywnej Japonii po upadku szogunatu, co nadaje całej historii unikalny, steampunkowy charakter.
Cieszę się ogromnie, że miałam możliwość zrecenzować tę książkę. Dziękuję serdecznie autorce, że się do mnie odezwała – to była prawdziwa przyjemność i jedna z tych historii, o których chce się po prostu mówić. Już poleciłam ją całej ekipie Karczmy i zamierzam polecać dalej, bo to solidna pozycja dla każdego, kto ceni dobrze przemyślaną i pełną charakteru literaturę steampunkową. Jeśli więc szukacie czegoś innego niż utarte schematy, zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę.