Rok 1632. Przez kraj czekający co przyniesie kolejne bezkrólewie podąża dwóch wędrowców: ślepy szlachcic i jego olbrzymi, wiecznie milczący towarzysz. Nie wiadomo skąd i dokąd zmierzają, ale wiadomo, że niosą ze sobą tajemnice wspólnej drogi.
W karczmach i zajazdach, na weselu i w kolasie, wszędzie ślepy szlachcic dzieli się opowieściami o Stanisławie Wróblewskim herbu Krzywda. Wróblewski przemierza Rzeczpospolitą, stając się raz bohaterem, raz mimowolnym świadkiem wydarzeń budzących grozę. Świat w opowieściach bezimiennego szlachcica jest pełen demonów i diabłów – zaludniają go monstra rodem z przedchrześcijańskich wierzeń. Każda z historii opowiada o innym wydarzeniu z życia Stanisława Wróblewskiego: sejmiku, który zakończył się krwawą łaźnią, spokojnym świętowaniu, które przerodziło się w tragedię, czy nieszczęśliwej miłości gdzieś w górach na granicy z Siedmiogrodem. Każda pozwala lepiej zrozumieć, kim jest Stanisław Wróblewski. Wszystko zaś prowadzi do epilogu w karczmie na zamarzniętym Bałtyku, w którym bezimienny ślepiec spotyka swoją nemezis.
Krzywda jest powieścią szkatułkową o losach człowieka bez domu, rzucanego z miejsca na miejsce od puszczy na Żmudzi, przez daleki ukraiński step i Prusy, po Karpaty.
Czysta przyjemność. Rozrywka na najwyższym poziomie. Fascynacja światem, który kochałem z szczeniackich lat jako fan "Dzikich pól", na poły (choć nie z własnej woli) przesiąknięty w szkole Trylogią, nie mogłem odnaleźć, poza Sienkiewiczem właśnie, który jednak okrutnie mnie nudził. Był i jest owszem Komuda, ale w kwestiach literackich to gdzie Rzym gdzie Krym, a mentalnie to on wciąż u Moskala, więc nie dawałem rady. Dobrze, że pojawił się Rzewuski.
Wspaniałe połączenie powieści historycznej, horroru i fantastyki. Książka pełna ciekawych postaci, wciągająca od pierwszych stron, z cudownie stylizowanym językiem Czysta przyjemność, czekam na więcej.
Byłam bliska DNF przy drugiej opowieści, kiedy zostałam zasypana bohaterami, przestałam się orientować kto jest kim i to mnie zirytowało. Ale postanowiłam dać szansę.
I ogółem dobrze się tę książkę czytało. W połowie nawet zaczęła mnie interesować bardziej niż wcześniej. Podoba mi się forma opowieści w opowieści. Niestety pod koniec przytłoczyło mnie to skakanie między czasami, pogubiłam się w zwrotach akcji, kto jest kim i o co tu chodzi.
Uwielbiam XVII-wieczną polską sztukę sepulkralną.Te wszystkie nagrobki z czaszkami i piszczelami, kościotrupami ziejącymi pustką oczodołów. Toż to idealny sztafaż na opowieść grozy! XVII-wieczna Rzeczpospolita targana konfliktami niczym plagami egipskimi. W oparach kadzideł, sejmikowych zwadach i w szczęku oręża. Kraj chrześcijańskiego rozmodlenia i dzikiego słowiańskiego pogaństwa. Przyznam, że takiej właśnie grozy się po "Krzywdzie" Pawła Rzewuskiego spodziewałam.
Dostałam powieść napisaną sprawnie i bardzo wciągająco. Stylizowaną na język staropolski, to był miły smaczek. Jednak niespecjalnie dla mnie klimatyczną, nie mówiąc o tym, że zupełnie niestraszną. Niby mamy w historii o Stanisławie Wróblewskim herbu Krzywda i jego peregrynacjach wszystkie elementy z bogatego repertuaru horroru. Wszelkiej maści upiory, wąpierze, wilkołaki i diabelskie moce, brutalne morderstwa, ale kompletnie mnie to nie ruszało. Miałam wręcz wrażenie, że im więcej się tych postaci pojawia, a pojawia się hurtowo, tym bardziej mi się opatrzają.
Wszyscy ci Sarmaci stapiali mi się w jedno - i Wróblewski, i Wróbelek, i Jan Werner etc. Bohater zrobił się mimowolnie zbiorowy, jak taki wielogłowy smok (czy też mutant) sarmacki. Oczywiście kobiety "grają' tu tylko w chórkach i to takich bardzo mocno wycofanych - i zaraz pewnie usłyszę, że sorry, ale taki klimat epoki, niesprzyjający białogłowom (są jakieś może i nawet próby wprowadzania bardziej charakternych bohaterek, ale szybciutko tłumione). Do tego to jak autor rozwiązał niektóre wątki kobiece było dla mnie mocno problematyczne.
Bardzo mi się podobał motyw przeklętej, złowieszczej ikony, to były te fragmenty książki, gdzie w końcu poczułam lekko upiornie przyjemne dreszcze. Chciałabym tego więcej.
Tak więc jest to dla mnie powieść napisana bardzo sprawnie, ale trochę mechanicznie, przez co język jest taki opisowy, zupełnie nie nasycony grozą i mało w nim mięśni, krwi, brudu i tego barokowego rozkładu. Ta Polska sarmacka wyszła więc trochę taka plastikowa, jak ustawka w sklepie meblowym.
Paradoksalnie lepiej mi się to czytało, zanim poszczególne gawędy połączyły się w jedną opowieść w zbyt szybkim tempie zmierzającą do finału. Gdyby to był zbiór opowiadań-"staropolskich makabresek", to pewnie bardziej by mnie zadowolił. Podsumowując, nie jest źle, ale jak na takie częste entuzjastyczne recenzje, sądziłam, że będzie lepiej. Końcówka scalająca wątki była dla mnie dość efekciarska. Czułam się jak zajączek uciekający przed ujadającą sforą, zaganianą do spektakularnego zakończenia. I trochę się zmęczyłam.
Autor w tej powieściowej szkatułce upchnął tyle kulturowych odniesień, że aż dziw, że to wszystko zmieścił na tych bodajże 350 stronach. I Biblię, Księgę Hioba, ludowe opowieści o diable, Daniela Naborowskiego, Mickiewicza, Potockiego, Stokera. A nawet Dostojewskiego, Kafkę i Dana Browna. "Imię róży" i "Klub Dumas". Kojarzyło mi się też z metodą argentyńskiej pisarki Mariany Enriquez, która w swojej prozie łączy elementy horroru i realizmu.
Ale moje ulubione skojarzenie jest muzyczne. Tylko absolutnie nie z klasyką czy jakimś słowiańskim folkiem, o nie! Gdy czytałam powieść, nie mogłam się pozbyć natrętnej myśli, że Paweł Rzewuski pisząc tę książkę, zapuszczał sobie Batushkę... polski zespół black metalowy, stylizujący się na prawosławnych kapłanów i wykorzystujący w swoich efektownych koncertach odniesienia do prawosławnej liturgii xD Stąd i diabelska ikona xD
"Krzywda" to taki trochę postmodernistyczny Frankenstein - powieść pozszywana z różnych skrawków i materiałów: trochę gawęda, trochę łotrzykowska, trochę fantasy przemieszanej z niezbyt przerażającym horrorem. Albo gęsty bigos staropolski, w którym wszystkiego dużo pływa.
Rzec muszę waszmościom, wiele się w naszej Rzeczypospolitej pisuje i wydaje, choć nie zawsze z sensem i pożytkiem. Szczęśliwie jednak drukarnia Furia Artis postanowiła, nie li tylko dla krotochwili, ale też dla zadumy, nauki i przestrogi, wydać opowieść o Stanisławie Wróblewskim herbu Krzywda.
Historię imć Wróblewskiego snuje ślepy szlachcic, a jest to historia tak samo tajemnicza jak ten nasz Homer w żupanie i jego milczący towarzysz. Stanisław przemierza Rzeczpospolitą wzdłuż i wszerz, a podąża za nim mroczne fatum. Gdzie się nie pojawi, szybko zjawia się również jakaś tragedia, w którą zamieszane są siły nie z tego świata. Opowieść ślepca odkrywa kolejne enigmy przeszłości imć Wróblewskiego, pamięć o której bohater postradał. Czy tajemnice te zostaną odkryte? Tego nie śmiem zdradzić, bowiem waszmoście winni sami się przekonać.
Nie obawiajcie się jednak. Żadne to pludrackie facecje, lecz prawdziwie szlachecka opowieść, gdzie krew i wino leją się we dworkach i puszczach, na sejmikach i polowaniach, w Koronie, na Litwie, a nawet i na Dzikich Polach. Gdzie pradawne siły Złego czyhają na potomstwo Adama i to nie tylko w księżych kazaniach! Księgi tej nie sposób odłożyć, taki wzmaga głód wiedzy i pytania "co dalej?!". Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze niejedną taką opowieścią uraczy nas autor, imć Paweł Rzewuski herbu... Krzywda.
A zatem, waszmoście, czytajcie "Krzywdę" dla rozrywki i pożytku!
Zaleca się wciskanie ludziom mającym zamiar czytać Komudę - aby w zamian poczytali dla odmiany dobrą fantastykę historyczną osadzoną w czasach panów szlachty, dzikich pól etc.
Daję cztery gwiazdki, ponieważ miałem dużą frajdę z czytania i byłem ciekaw dalszych losów bohaterów, no i oczywiście finału. Jednak powstaje pytanie, które na poważnie wybrzmiało po sukcesie "Baśni o wężowym sercu..." Radka Raka: czy gdyby "Krzywda" była opatrzona łatką fantastyki, to odbiór byłby identyczny? Nie rozstrzygam, ale coś jest na rzeczy. Jeśli ktoś ma ochotę na sarmackie klimaty circa 1620-1630, ale bez dziaderstwa za to ze sporą dawką fantastyki, to uważam, że warto sięgnąć.
Słabo. Książka opisuje przygody Stanisława Wróblewskiego herbu Krzywda w pierwszej połowie XVIII wieku w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jego losy opowiada wędrujący niewidomy szlachcic. Kompozycja szkatułkowa dopiero w finale łączy różne wątki. Och, jakie ja miałem nadzieje. Ile dobrych recenzji czytałem. Jak bardzo się zawiodłem. Język książki jest taki sobie. Raczej zwyczajny, silący się na stylizację poprzez wrzucanie co jakiś czas archaizmów. Autor ma też trochę ulubionych słów, np. peregrynację, które często wrzuca, co na dłuższą metę nuży. Mam wątpliwości, czy można nazwać to powieścią historyczną. Bo czasy szlacheckie to tylko dekoracje, scenografia. Nie mają większego wpływu na losy bohatera. Można by śmiało podmienić ROP na jakiś świat fantasy i wiele by się nie zmieniło. Jeśli ktoś lubi czytać o polskiej szlachcie, to pewnie będzie to dla niego korzystne, ale poza tym? Książka nie stara się pokazać procesów historycznych, nie pokazuje ważnych dla ROP zdarzeń, nie przybliża tamtych czasów lepiej niż podręcznik do historii. Każdy rozdział to inna historia i niestety, ale Rzewuski nowym Sapkowskim nie jest. Nie tworzy ciekawych historii w obrębie krótkiej formy. Postaci są mało zajmujące. Teksty zostają też często bez konkluzji. Nawet wstawki "erotyczne" są bardziej żenujące niż ciekawe. Postaci antagonistów to już w ogóle porażka. Są tak przerysowani i karykaturalni, jakby mieli być bohaterami kreskówki sprzed lat (a jedna postać była dla mnie po prostu parodią feministki z memów z Wykopu). A ich pokonanie to zazwyczaj ścięcie głowy, i tak w kółko. Sceny akcji są krótkie i pisane bez swady. Mam też dziwne wrażenie, że klucz do pisania książki był prosty: jeśli mamy Polaka katolika, to jest w porządku. Jeśli mamy obcokrajowca, kobietę, osobę innego wyznania, którzy w dodatku czytają książki, to przyczyniają się oni do zguby ROP. Nie bez wyjątków, ale ten schemat jednak przebija się nazbyt często. Wątki magiczne są nieoryginalne. W dodatku zabijają wszelki potencjał postaci, które są pod jej wpływem. Jedyne cieplejsze uczucia miałem przy trzecim rozdziale, czyli wizycie w dworku. Tam zakończenie faktycznie dawało coś więcej. Ale poza tym? Rozdział pierwszy to każde polskie opowiadanie fantasy sprzed lat. Drugi rozdział ma fatalne zakończenie. Czwarty tekst miał potencjał, ale finalnie polityczne wojny nie mają żadnego przełożenia na fabułę, a polskie swary są tylko pożywką dla sił nieczystych. Piąty tekst, który ma wszystko kumulować, nie ma mocy, bo po prostu nie obchodzą mnie ci bohaterowie. Zakończenie jest dopisane na szybko, znowu z irytującym przeciwnikiem, bez psychologii postaci, która mogłaby to wszystko uratować. A epilog to już walenie czytelnika młotkiem, żeby na pewno zrozumiał aluzje. W dodatku z bohaterem dodanym wcześniej na siłę, tylko po to, żeby mógł się pojawić w ostatniej scenie. Szukam przyczyn dla pozytywnych recenzji i dopatruję się jednej. Nie wiem, czy słusznie, ale widzę Krzywdę jako fantasy i horror dla ludzi, którzy nie czytają fantasy i horroru. Wszystkie te motywy widziałem wcześniej w lepszej formie. Ale jeśli ktoś tego nie zna, może mu się podoba? Dorzućmy do tego błędy (literówki, pomylone imiona i daty, mylone części ubioru czy nawet sosny w Bieszczadach) i dostajemy naprawdę przeciętną książkę. Gdyby nie lektor, miałbym problemy, żeby ją skończyć.
Historia Polski budzi wiele skojarzeń. Jednak te najczęstsze to kraj położony na peryferiach Europy, niezbyt kulturalny, zatopiony w otchłani Europy Środkowej. Jest jeszcze druga jego wizja, to niezwykle ciepłe i malownicze miesiące letnie, mróz trzaskający pod stopami zimą, i ludzie tworzący galerię charakterystycznych bohaterów.
Paweł Rzewuski zdecydował się połączyć te dwa światy tworząc niezwykle awanturniczo pochłaniającą powieść historyczną, niosącą znamiona thrillera, kryminału z pogranicza powieści fantasy. Udało mu się osadzić akcję w odległym XVII wieku, w którym to nasi główni bohaterowie podróżują po rubieżach Rzeczpospolitej, spotykając wilkołaki, stwory ze świata słowiańskiej mitologii, i oddają się nieobyczajnym gusłom. Zrobione jest to ze smakiem, nieprzasadzone, akcja toczy się dziarsko do przodu i zakończenie mądrze łącząc całą opowieść w bardzo logiczną zagadkę historyczną.
Styl jest lekki i niewymuszony. Czyta się bardzo przyjemnie, czasem z uśmiechem, czasem ze zgrozą. Balans zachowany i niewymuszony sprawia, że to jedna z ciekawszych hybryd literackich po jakie sięgnąłem w ostatnim czasie. Polska kultura tamtych lat przedstawiona została soczyście z ujmującą nostalgią, ale też jej najważniejszymi elementami - opozycją pomiędzy wiarą a zabobonem, szlacheckimi ciągotami a chłopską przasnością.
Jak dla mnie rozczarowanie. Znaczy, fabuła mnie nie porwała (główny antagonista osobiście wyjaśniający w zakończeniu motywacje swoich działań to nie jest rozwiązanie, które lubię, a autor stosuje je nagminnie), niemniej, wierzę, że pomysł na tę książkę może się podobać. Jednocześnie jednak jest tutaj niesamowicie dużo błędów: od ortograficznych i literówek, poprzez powtórzenia, tłumaczenie czytelnikowi oczywistości, czy powtarzanie jednej i tej samej informacji na przestrzeni akapitu aż do dziwnie skonstruowanych zdań czy całych scen, gdzie np. na pustkowiu nagle materializuje się jakaś osoba, żeby wziąć udział w akcji. W takiej formie, moim zdaniem, ta książka nie powinna ujrzeć światła dziennego. A ja czytałam już wydanie drugie, poprawione. Strach pomyśleć, jak wyglądało pierwsze...
wciągająca powieść szkatułkowa łącząca kilka gatunków (powieść historyczna i pewnego rodzaju horror? wchodzę w to), w której wszystkie wątki są na tyle interesujące i umiejętnie opowiedziane, że pomimo zawiłości fabularnych czy prawie archaicznego języka przez "krzywdę" się płynie
doceniam sposób w jaki zrobione są zwroty akcje– nie są chamsko wymyślane na kolanie, tylko delikatnie sugerowane, dzięki czemu nawet jeśli ktoś domyśli się, czym autor chce nas zaskoczyć (jak np. ja), to wciąż pozostawia pewną satysfakcję, gdy to zostanie wytłumaczone
super pomysł + wykonanie, do którego nie mam jak się przyczepić = ukontentowany ula
5 gwiazdek za przepiekny jezyk stylizowany na staropolski, za wspanialych bohaterow, za niewkladanie w ich usta wspolczesnych mysli, za horrorowatosc i za patriotyzm. Ta ksiazka to perla na gnojowisku, takiej uczty literackiej we wspolczesnej polskiej literaturze nie znajdziecie.
🗡️🗡️ Krzywda Pawła Rzewuskiego to powieść, która wciąga od pierwszych stron, prowadząc czytelnika przez mroczne zakamarki siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej. Główny wątek skupia się na dwóch tajemniczych wędrowcach – ślepym szlachcicu i jego milczącym towarzyszu – którzy snują opowieści pełne krwi, demonów i ludzkich dramatów. Choć fabularnie rzecz osadzona jest w konkretnym historycznym kontekście, autor wykracza daleko poza kronikarski zapis – tworzy świat balansujący między realizmem a koszmarem.
🗡️🗡️ Konstrukcja szkatułkowa nadaje książce wyjątkowego charakteru – każde opowiadanie to osobna opowieść o Stanisławie Wróblewskim, szlachcicu błądzącym przez kraj jak cień. Kolejne historie pokazują różne oblicza bohatera: od bezwzględnego szlachcica, przez kochanka, aż po samotnego tułacza. Ten wielowymiarowy portret sprawia, że Wróblewski staje się postacią niejednoznaczną, pełną sprzeczności, a jednocześnie intrygującą na tyle, że trudno się od niego oderwać.
🗡️🗡️ Rzewuski mistrzowsko buduje klimat – gęsty, duszny i pełen niepokoju. To świat, w którym święta katolickie przeplatają się z pogańskimi rytuałami, a granica między rzeczywistością a snem nieustannie się zaciera. Monstra, które nawiedzają bohaterów, wydają się bardziej ludzkie niż sami ludzie, a ludzie – często bardziej okrutni niż demony. Ta głęboka metaforyczność stanowi jedną z największych sił powieści.
🗡️🗡️ Autor nie idzie na kompromisy – język powieści jest momentami trudny, archaiczny, ale przez to autentyczny i wciągający. Styl Rzewuskiego wymaga skupienia, lecz nagradza cierpliwego czytelnika – oferując obrazy, które zostają w pamięci na długo. Każde zdanie wydaje się przemyślane, każde słowo ważne. To literatura, która nie ucieka od trudnych tematów i nie próbuje przypodobać się każdemu – i właśnie dlatego robi tak duże wrażenie. ㅤ 🗡️🗡️ Zwieńczenie opowieści – spotkanie w karczmie na zamarzniętym Bałtyku – to arcydzieło napięcia i symboliki. Rzewuski doskonale wie, jak prowadzić historię ku finałowi, który nie rozczarowuje, ale zmusza do refleksji. Nie ma tu łatwych rozwiązań, nie ma szczęśliwego zakończenia – jest za to moment, w którym cała opowieść zamyka się z głuchym hukiem, jak drzwi do przeszłości. ㅤ 🗡️🗡️ Krzywda to książka, której brakowało na polskim rynku – ambitna, mroczna i literacko dopracowana. Łączy w sobie elementy horroru, powieści historycznej i filozoficznej rozprawy o winie, losie i samotności. To opowieść, która z jednej strony przyciąga wartką akcją i barwnym światem, z drugiej zaś pozostawia po sobie ciężar, który niełatwo zrzucić z ramion. Dla wymagających czytelników – absolutnie warta uwagi.
Pierwsze co mnie w książce uderzyło to fakt, że autor absolutnie nie idzie utartymi schematami sarmackich historii, dopełnianych epickimi bitwami, Rzewuski zaserwował mi mrok dopełniony metaforami i co najważniejsze, grozę i lęk.
Przyznaje, że ja powieści takiej jak „Krzywda” dotychczas nie czytałam, znalazłam aurę rodem z Dziadów, uzupełniony klimatyczną szlachecką gawędą i mroczną surową baśniowość. Ślepy szlachcic wraz z milczącym towarzyszem to postacie, wraz z którymi przemierzałam Rzeczpospolitą pełną niepokoju i niepewności. Właśnie za ich sprawą dane mi było poznać losy Stanisława Wróblewskiego herbu Krzywda.
Każda historia jest osobną opowieścią, jednak wspólne tworzą większą układankę. W tej powieści Wróblewski nie jest klasycznym bohaterem, a bardziej postacią tragiczną, której ciągle przychodzi się konfrontować z tym co pierwotne i niepojęte. Napotyka on demoniczne postacie z wierzeń słowiańskich, istoty z pogranicza mitu i świata realnego, a każde spotkanie niesie za sobą jakąś przygodę.
Trudno nie wspomnieć o stylu autora, który pomimo tego, że jest archaizowany, to absolutnie w żadnym wypadki nie jest sztuczny, czy komiczny. Rzewuskiemu zdecydowanie udało się oddać klimat XVII wiecznej Polski, który dopełniony sugestywnymi opisami przyrody, społeczeństwa i demonów daje absolutnie nietuzinkowy obraz. A cała historia zwieńczona jest epilogiem, który spina całość klamrą.
„Krzywda” dla mnie okazała się zaskakująca, niezwykła w swoim klimacie i co równie ważne pouczająca. Pod przykrywką literatury historycznej kryje się także temat tożsamości, czy winie. Dzięki temu, że ta książka ciągle balansuje na granicy różnych gatunków, jest tak ciekawa i wyjątkowa
W 1791 roku urodził się Henryk Rzewuski herbu Krzywda, który wymyślił gatunek zwany gawędą szlachecką. Jego "Pamiętniki Soplicy" czytałam na polonistyce i o tym dziele myślałam chłonąc powieść kolejnego Rzewuskiego, tym razem Pawła. Powieść pod tytułem... "Krzywda".
Bo tu bohaterem jest Stanisław Wróblewski herbu Krzywda, przemierzający drogi Rzeczpospolitej pierwszej połowy XVII wieku z misją, która z każdą stroną powieści jawi się czytelnikowi jeszcze mroczniej. Stanisław szuka brata, szuka odpowiedzi na wiele pytań, szuka klucza do swojej ułomnej pamięci. Nie wie jeszcze, że niektórych odpowiedzi lepiej nie znać, że to, co ukryte w mrokach zapomnienia może i powinno tam zostać... Jego losy opowiada niewidomy szlachcic z talentem gawędziarskim i tożsamością, która długi czas jest nam nieznana. Szkatułkowość opowieści wymaga uwagi - każdy rozdział prezentuje nowych bohaterów, którzy jednak odgrywają istotną rolę w całości, odkrywaną stopniowo - w zamian dostajemy historię, od której trudno się oderwać.
Sarmatyzm pełną gębą, szlacheckie tradycje, zajazdy, pojedynki, czarne polewki, kontusze, żupany i podgolone głowy. Portrety trumienne, sejmiki szlacheckie, arianie i jezuici. Podrzynane gardła i wbijanie na pal (jeśli umiejętnie wykonane i nieszczęśnik szczupły - agonia mocno rozciągnięta w czasie). Oprócz tego, ach, wspaniale wpleciona magia - duchy, upiory, diabelskie moce, wszystko naznaczone kwiatami maku.
Barok nie jest moją ulubioną epoką, przyznaję bez bicia. Dałam się jednak uwieść brawurowemu stylowi Rzewuskiego, tej zręcznej archaizacji, cytatom z Kochanowskiego, wszechobecnemu motywowi vanitas i opowieści, która zmierza do zaskakującego finału. Czytajcie "Krzywdę"!
Krzywda to powieść historyczna osadzona w XVII wieku, ale jednocześnie powieść z elementami nadprzyrodzonymi i sporą dozą awanturniczości. Na początku skojarzyła mi się trochę z Trylogią Husycką Andrzeja Sapkowskiego, z tym że tamta była dla mnie albo zbyt gęsta od akcji (w tomie pierwszm), albo – jak w tomie drugim – zbyt przegadana. Tutaj proporcje są wyważone: jest trochę akcji, trochę nadprzyrodzoności i trochę „gadania”.
Powieść podzielona jest na cztery części, z których każda mogłaby funkcjonować jako osobna, niezależna historia, a jednak wszystkie łączy jeden wspólny wątek. Każda z tych części to opowieść snuta przez pewnego ślepca, któremu towarzyszy wielkiej urody, przystojny, niemal archanielski młodzieniec. Kim oni są, co ich łączy i jaki mają związek z całą opowieścią – tego dowiadujemy się dopiero na samym koniuszku powieści. A jest ona skonstruowana tak dobrze, że ta tajemnica wciąga i nie pozwala odłożyć książki nawet na chwilę.
Po prostu dobrze się czyta, choć na początku trzeba złapać strukturę planów czasowych.
Świetny język staropolski, bardzo ciekawe i charakterystyczne typy drugoplanowe. Stanisław Wróblewski i Maciej Wróbelek podróżują przez początek 17 wieku, szukając brata Gedeona Wróblewskiego. I tak się zaczyna kręcić tajemnicza tajemnica.