Z zasady nie sięgam po debiuty… rzadko mnie interesują, zwykle wolę sprawdzonych autorów. Ale tym razem postanowiłam wyjść ze swojej malutkiej strefy komfortu. Zobaczyłam, że ktoś tutaj promuje mroczne fantasy z elfami i ludźmi. Pomyślałam sobie: „Brzmi fajnie, przeczytam sobie”.
Na początku… cóż, czytałam i strasznie się nudziłam. Wystarczyło jedno spojrzenie na książkę i już miałam ochotę ją odłożyć. Ale stwierdziłam, że skoro zaczęłam, to powinnam ją skończyć.
I niestety… to była zła decyzja. Bardzo zła. Tak zła, że wolałabym przeczytać Królestwo Pik jeszcze raz (a tego raczej bym nie polecała…). Chciałam dać tej książce szansę, nawet więcej niż jedną gwiazdkę. Ale druga połowa sprawiła, że miałam ochotę rzucić nią o ścianę. Potem zrobiło mi się szkoda książki…
Nie lubię wystawiać negatywnych opinii debiutom, ale w tym przypadku naprawdę nie mam wyjścia.
Główni bohaterowie
Adaliah i Ernesh- Perfekcyjne ofiary i… zbrodniarze?
Bliźniaki w niedoli. Bliźniaki z tak sztuczną relacją że bawełną zmienia się w poliester na ich widok.
Autorka skupiła się głównie na tragizmie postaci i cierpieniu zadawanym przez ojca, zupełnie pomijając rozwój relacji między rodzeństwem. Ich wspólne spędzanie czasu sprowadza się wyłącznie do wzajemnego pocieszania się po kolejnych karach, nie ma w tym niczego więcej. Cały czas trzymają się blisko siebie, przytulają się czołem do czoła, całują nawzajem swoje blizny… Może to tylko moje odczucie, nie mam rodzeństwa, ale wydaje mi się, że taka relacja wygląda nienaturalnie. Szczerze mówiąc, gdyby jedno z nich czy to Ernesh, czy jego siostra Adaliah zniknęło z fabuły, nie miałoby to większego znaczenia. Jeden bohater w zupełności by wystarczył.
Cały czas słyszymy tylko, jacy są smutni, jak bardzo ich życie kontroluje ojciec i tak w kółko. Nie widzimy w ogóle, jak wygląda ich zwyczajny dzień, oprócz tych kilku scen, w których ojciec wysyła ich na jakieś zadania. I te zadania przypominają raczej jakiś słabo napisany RPG, gdzie bohaterowie muszą wypełniać kolejne questy, bez większego sensu. Przynieś mi 5 buraków czy głowę utopca. Those type of quests.
Ani jedno, ani drugie nie pokazuje żadnej wyjątkowej inteligencji czy sprytu. Nie knują, nie planują, nie walczą o swoją niezależność. Ich jedyne zajęcie to narzekanie na swoje życie i bezrefleksyjne wykonywanie poleceń ojca. Martwią się o siebie nawzajem, ale to też pokazane jest jednostronnie i powierzchownie. Jedyną sceną, która ma nam pokazać ich rzekomą siłę i umiejętność manipulacji, jest moment, w którym mają „pokerową twarz” podczas rozmowy z pijakiem i to tyle folks.
Rozdział Ernesha z wilkami to już dla mnie totalna porażka. Ernesh wpada na istnie genialny pomysł. WPUSZCZE KRWIOŻERCZE WILKI NA TEREN MIASTA LUDZI. Drobny szczegół, że nie ma pojęcia, jak to zrobić. Plan? Żaden. Konkrety? Zero. Lisica PRZYDUPAS Dena łaskawie wspomina o słabym fragmencie muru dopiero w drodze do cholernego miasta! A książę, który rzekomo chce uratować miasto, wprowadza agresywną watahę do środka i... szok i niedowierzanie! Wilki zabijają niewinnych ludzi! Naprawdę? No shit Sherlock?! Kto mógłby się tego spodziewać?
A potem mamy ten absolutnie wybitny dialog:
-„Ofiary są konieczne.”
- „Ale giną niewinni! Nie chcę być potworem jak mój ojciec.”
- „Nie staniesz się potworem.”
Tak, jasne. Przecież masakra cywilów z Twojego polecenia to coś zupełnie innego niż bycie potworem. To jest… moralna szarość™, edgy storytelling™, antybohater™, proszę nie pytać o sens™.
Donovan- Hultaj pijak nie książę
On to jest już tragedią. Rozwala mnie jego proces myślenia.
Donovan: Tatuś mnie nie kocha. Chce być następca tronu czemu nie chce ze mnie go zrobić
Również Donovan: *Pije, ćpa, chędoży, robi przypal na cale królestwo, zabija obywateli*
Donavan: CZEMU TATO MNIE NIE KOCHA!?
Jedyne, co zapamiętałam z jego postaci, to ciągłe próby wmówienia nam, że elfy coś planują. I cały czas się zastanawiam: co one niby planują? Bo one dosłownie nic nie robią. A on w kółko powtarza, że "one coś knują", że "na pewno coś się święci", że "to dopiero początek"... No błagam. Przez 100 lat powtarzasz sobie, że elfy mają jakiś misterny plan?
I to wszystko przy założeniu, że zarówno ludzie, jak i elfy są nieśmiertelni, i że od dekad stoją razem na jednej wyspie. A mimo to, bohater nadal nie wie nic na temat elfów. Musi dopiero iść do biblioteki, żeby zrobić "risercz", bo sam się nie zorientował. I nagle dosłownie jak grom z jasnego nieba ojej, coś znalazłem na nich.
Serio? My guy, are you like six? Dopiero teraz odrobiłeś pracę domową?
Poboczni bohaterowie?
O nich tylko powiem jedno: idealne przykłady potakiwaczy. Ich główną rolą jest kiwać głową, rzucać „masz rację książę/księżniczko” w strategicznych momentach i zapewniać bohatera, że jego decyzje są słuszne i zapewnić o moralności bohatera. Nie mają własnych motywacji, charakterów, ani kręgosłupa moralnego, chyba że akurat potrzebny jest ktoś, kto musi dramatycznie zginąć, żeby główny bohater mógł poczuć coś albo potrzebna jest natychmiastowa porada. Zawsze obecni, zawsze lojalni, zawsze bez cienia wątpliwości, zaprogramowani NPC tylko po to, by podtrzymywać narrację i ego poszczególnego bohatera.
Namiestnik Owen nie zachowuję jak namiestnik. Istnieje jako ozdoba w tle i raz na jakiś czas rzuca ekspozycją. Ostatnim razem jak sprawdzałam to namiestnik jest prawą ręką króla nie dodatkowym sługusem następców tronu.
Worldbuilding
Worldbuilding? Bieda. Leży i kwiczy, i nawet nie błaga o pomstę do nieba bo wie, że nie zasługuje. Zresztą, po co miałby to robić?
Mamy więc kolejne generyczne królestwo z nazwami jak z fantasy-generatora, prawie pustą mapą i ustrojem politycznym opartym na „kto akurat nosi koronę, ten rządzi”. Elfy? Mieszkają w lasach, całują drzewa, rozmawiają ze zwierzętami i ubierają się jakby mieli tam codziennie 35 stopni w cieniu. Czczą księżyc, gwiazdy i słońce bo czemu nie? Idziemy w stereotypy. Synkretyzm w służbie estetyki. Ich religia nie wnosi absolutnie nic, ale jest tajemnicza, więc najwyraźniej wystarczy.
A ludzie? Żyją po sąsiedzku wszyscy są czarodziejami ale też z jakiegoś powodu również są długowieczni co elfy. Bo najwyraźniej nikt nie przemyślał demografii, ani nie zapytał, po co w ogóle wprowadzać długowieczność, skoro nie ma żadnego wpływu na fabułę.
To nie jest świat przedstawiony. To jest kopiuj-wklej z „my first fantasy 101” z minimalną edycją. Każdy element jest wtórny, do bólu znajomy, niczym nie zaskakuje.
Nawet nie wiem co powiedzieć na temat wordbuilding bo to jest duże i oryginalne nic. Nic nowego nie jest tworzone. Użyto tropes które miały swój początek od Tolkiena chociaż autorka mówi że nie inspirowała się niczym i niestety to widać. Jeżeli chodzi o nazwy własne, to jest kompletna tragedia. Zamiast usiąść, przemyśleć i stworzyć coś oryginalnego, coś z historią czy ogólnie z uzasadnieniem, dostajemy totalną losowość. Dlaczego te góry nazywają się „Góry Śmierci”? Czemu ten las to „Las Cieni”? Dlaczego dane jezioro, ścieżka czy zamek nazywają się tak, a nie inaczej? Nie ma żadnego wytłumaczenia.
Nazwy są po prostu wrzucone na zasadzie: „brzmi mrocznie, to pasuje”. No dobrze, Las Cieni? Ok, powiedzmy, bo tam jest ciemno. Ale czy naprawdę nie da się dodać czegoś więcej? Jakiejś legendy, historii, powodu, dla którego ta nazwa w ogóle istnieje?
A już najbardziej rozczarowujące jest to, że sama autorka przyznała że te bardziej „fantasy-like” nazwy zostały... wygenerowane przez generator nazw fantasy. Serio? Zamiast budować własny świat, korzystamy z losowych słówek z internetu? To naprawdę czuć te nazwy nie mają duszy, historii ani klimatu. Po prostu są.
Rozdział 10 „Wielka Improwizacja”
Załamałam się. Przez większość książki dostajemy marną ilość informacji o królestwie elfów i ich historii, aż tu nagle…! Cholera znikąd autorka odpala jakąś wielką improwizację, przy której nawet Konrad by się schował.
Cały rozdział dziesiąty jest dosłownie wypchany informacjami, które główni bohaterowie powinni już dawno znać, bo dotyczą historii ich rodu i rodziny. Ale z jakiegoś powodu dowiadują się o tym przypadkiem, znajdując pod swoim zamkiem kryptę, która uwaga istniała tam od wieków, a oni nigdy wcześniej jej nie zauważyli. Nie zbadali przypadkiem. Ani razu.
I teraz najlepsze: to miejsce nazywają „kryptą” lub „katakumbami”, ale nie ma tam żadnych ciał. Żadnych zwłok. Zostaje powiedziane, że nie działa żadna magia, nawet magia umarłych. Słyszycie to? W katakumbach nie działa magia umarłych. W katakumbach, które z definicji są miejscem pochówku zmarłych. To brzmi tak absurdalnie, że trudno to traktować poważnie. Nie ma tam niczego, co faktycznie czyniłoby to kryptą, poza samą nazwą. A jakby tego było mało, okazuje się, że w tej „krypcie” znajdują się tunele prowadzące do innych królestw elfów, którymi jak wspominano prowadzono kiedyś handel i kontakty.
Przepraszam bardzo, ale jakim cudem taki handel miałby w ogóle działać podziemnymi tunelami? To ani logiczne, ani bezpieczne, ani nawet praktyczne.
Rozdział 17
Fabuła niby się rozkręca, emocje jakieś są, aż tu nagle…niespodzianka! Kazirodczy gwałt na twarz bez ostrzeżenia!
A więc to jest ten moment, w którym autorka, najwyraźniej z braku lepszego pomysłu stwierdza: „Kazirodczy gwałt? Czemu nie! Shock value!” I tak oto mamy scenę, która nie wnosi absolutnie nic poza efektem „szoku dla szoku”. Bo kto potrzebuje logicznego ciągu wydarzeń, bardziej wyrazistych bohaterów lub ciekawego świata gdy można wrzucić traumy jak kamyki do smętnego jeziora fabularnego? Nikt nie przepracowuje tego, nie ma psychologicznej głębi, ale hej przynajmniej jest mrocznie, prawda?
Serio, jeśli Twoja fabuła potrzebuje incestu i gwałtu, żeby utrzymać uwagę czytelnika, to może po prostu... nie pisz tej książki? My wiemy że ich ojciec jest zły. My czytelnicy WIEMY. Pokazałaś nam poprzez tortury fizyczne i psychologiczne, kary cielesne i wszelkie inne nadużycia więc po co jest nam to potrzebne?!
Podsumowanie:
Nie nazwę tego przeciętnym debiutem, bo uznałabym to za zdradę, to jest słaby debiut. Tak słaby, że przez większość czasu waliłam książką w głowę i prosiłam żeby coś się poprawiło, ale nie. Nie znalazłam w niej nowego podejścia do powszechnie obowiązujących tropes, ani nawet podejścia do tego. Brak obiecanej polityki, a bohaterowie wyraziści jak sylwetki przez mgłę. Zmęczyłam się i jest mi smutno. Było gorzej niż w Królestwie Pik a to już coś znaczy.
Jedna gwiazdka, i to wyłącznie dlatego, że Goodreads nie pozwala wystawić zera.