W książce tej przyglądam się porównaniom, jakie zwykle prowokuje buddyzm na Zachodzie, by zobaczyć, na ile są rzetelne i uprawnione. O buddyzmie mówią fizycy, psychologowie, filozofowie, zwolennicy dialogu międzyreligijnego czy religioznawcy, a buddyści nie pozostają im dłużni i wypowiadają się o fizyce, psychologii, filozofii oraz innych religiach. Choć miło znajdować podobieństwa, to różnice między buddyzmem i wymienionymi dziedzinami wydają mi się znacznie głębsze niż często deklarowane podobieństwa. Sądzę, że warto sobie z tego zdawać sprawę, zwłaszcza że wszechobecna poprawność polityczna chce, byśmy bratali się ze wszystkimi (nawet z tymi, którzy bratać się nie chcą) i żenili wszystko ze wszystkim w imię ciepłego poczucia urojonej wspólnoty.
W moich poprzednich recenzjach pastwiłem się nad Przybysławskim z kilku powodów, o których wspominać już nie będę. Jest tak dlatego, bo ostatnia odsłona z cyklu Buddyzmu z przymrużeniem (trzeciego) oka daje najmniej powodów do narzekania.
Zdaje się, że ta specyfika wynika z tego, że komparatywny charakter owej rzeczy nie daje takiego samego pola do popisu co wcześniejsze, bardziej abstrakcyjne odsłony. Choć i tutaj nie obeszło się bez komentarza społecznego nt. poprawności politycznej, to stanowi to mały fragment. Niby Przybysławski ma dystans do siebie i do świata (który jest tylko umysłem, a więc niegodny powagi!), a jednak wywody te zdają się strasznie zrzędliwe. Ale być może to ja to tak odbieram, bo mój umysł wciąż jest nieoświecony.
Niemniej mając to na uwadze, to jest to zwyczajnie solidna rzecz. Trudno nie zgodzić się z zasadniczą tezą tego tekstu, a mianowicie, dopatrywanie się podobieństw w światopoglądach częściej niż nie sprowadza się do redukowania ich zasadniczych różnic. Ze względu na to Przybysławski nie skupia się wcale w ogóle na domniemanych podobieństwach, a zamiast tego wyciąga na wierzch zasadnicze i nieredukowalne aspekty Buddyzmu. Stąd płynie właśnie wartość merytoryczna.
Muszę jednak zauważyć, że mimo ogólnego profesjonalizmu Przybysławskiego, wciąż zdarzają się błędy czysto rzeczowe. Najbardziej rażący kwiatek znajdujemy w rozdziale o fizyce, gdzie Przybysławski stwierdza, że to świadomość uczestniczy w kolapsie funkcji falowej! Obserwator w rozumieniu Przybysławskiego to właśnie obserwująca układ kwantowy świadomość, którą pewnie zlokalizować można w szkiełku mikroskopu elektronowego. Proszę wybaczyć mój szyderczy ton, lecz nie wypada, aby takie błędy znajdowały się w pozycjach popularno-filozoficznych. I to, że Przybysławski wielokrotnie podkreśla swoją ignorancję dotyczącą mechaniki kwantowej (choć upiera się też, że fizycy kwantowi wcale nie rozumieją jej aż tak lepiej od niego) nie wybacza tego faktu. Obserwatorem w fizyce może być wszystko, poczynając od amperomierza, a kończąc na specjalistycznych mikroskopach, etc. Problem obserwacji polega na tym, że przykładowy mikroskop projektuje fotony, które niejako "rozbijają" układ kwantowy, zmuszając go do obrania jednego z prawdopodobnych stanów. Nie jestem fizykiem, ale tyle sam wiem.
Inną rzeczą, której nie mogę wybaczyć, to brak pojedynczych przypisów. Nie wiem jak taki podstawowy błąd mógł przejść przez wydawnictwo. Zainteresowany pewnym opisem ochoczo zaglądałem na tył książki, a tam - a tam nic! A ponadto, ludzie z wydawnictwa nie omieszkali się zapomnieć skończyć pewnych zdań. Jak to możliwe, nie wiem.