Od dziecka wiedziałam, że kiedyś pojadę na Syberię. Nie musiałam planować tej wyprawy, nie uczyłam się języka, nie kupowałam map. Wszystkie miejsca, które chciałam odwiedzić, znałam z rodzinnych opowieści, widziałam je oczami wyobraźni. Trasę podróży zaplanował dla mnie Stalin, w 1951 roku. Wtedy właśnie mój dziadek, Staszek, został zesłany do gułagu w Kazachstanie, a babcię Jankę przesiedlono z rodziną w głąb Syberii. Byli krótko po ślubie, mieli maleńkiego synka. Ich miłość została wystawiona na najtrudniejszą próbę.
Zielona sukienka to opowieść o miłości i pamięci oraz o współczesnej wyprawie w głąb Rosji śladami rodzinnej historii. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, a dzisiejsza Rosja przegląda się w złowrogim obliczu ZSRR. Jest w tej opowieści i kolej transsyberyjska i buriacki szaman i morze samogonu, a także młodzi Rosjanie nieznający historii i kazachska bohema, której marzy się Zachód.
Książka Szumskiej ma olbrzymi potencjał, zrealizowany tylko w jakiejś części. Chwilami czytając myślałam o Kindze Choszcz, która odbywała fascynujące wyprawy, ale zupełnie nie potrafiła o tym pisać, tym bardziej, że czytelnik książki dostawał materiał okrojony, jedynie zaznaczony i sponsorowany przez słowo „niesamowity”. Tu stylistycznie jest zdecydowanie lepiej, Szumska pisze naprawdę nieźle, a i temat niebanalny. Dziadkowie autorki zostali zesłani na Syberię i ich śladami podąża Szumska, przeplatając ze sobą te dwie opowieści.
Przeszłość była tu moim zdaniem dużo bardziej skomplikowana do opisania – z jednej strony to taki trochę temat-samograj (zawsze czuję się nieswojo używając tego słowa w takim kontekście, ale pasuje tu ono idealnie, niestety) – wielka miłość, rozłąka, wojna, niezłomne charaktery niemal bez wad, wierność, no czegóż tu nie ma. Na początku obawiałam się, że wielka miłość autorki do dziadków sprawi, że fragmenty te będą niestrawne, zbyt sentymentalne i laurkowe, ale muszę przyznać, że się obroniły, nawet jeśli chwilami wywoływały leciutki uśmiech, to jednak były szczere, bolesne i dawały pewne świadectwo.
Tym, co w moim odczuciu położyło trochę książkę jest niestety dzisiejsza podróż Szumskiej. Nie odmawiam autorce gawędziarskich zdolności, potrafi posługiwać się językiem polskim, co jak widać w wielu niedawno czytanych przeze mnie reportażach nie jest oczywiste. Strasznie mnie jednak ta historia drażniła, zarówno w swojej formie jak i treści. Zaczynając od formy – nie jestem pewna, co to właściwie ma być. Zbiór anegdot odbywających się na szlaku wytyczonym przez podróż dziadków? Poza dość interesującymi fragmentami o odnajdowaniu echa przeszłości w dzisiejszym świecie, cała reszta opisu tej podróży ledwo trzyma się kupy. Gdzieś autorka była, coś zobaczyła, poznała jakichś ludzi, ale na żadną historię się to nie składa, a do reportażu książce tak daleko, że ho-ho. Pojawiają się jakieś osoby, powtarzają się imiona, ale czy to ten sam człowiek? Tego się nie dowiemy. Autorka poznaje kogoś i stwierdza, że nie polubiła na pierwszy rzut oka, a ma z nim podróżować kilka dni. Czy dowiemy się, co było dalej, jak się potoczyła znajomość, skoro już została wprowadzona w taki sposób? A gdzie tam. Owszem, chłopak wystąpi w jednej anegdocie, a potem rozpływa się w nicości. Jeśli się nie chce o czymś pisać, to po co zaczynać. Jeśli obiecuje się czytelnikowi jakąś historię, to warto ją przedstawić.
I wreszcie Szumska jako podróżniczka… Naprawdę mam nadzieję, że autorka nieco podkoloryzowała swoje wyczyny, żeby ciekawie się czytało, bo nic tylko rwać włosy z głowy. Owszem, jest w tym jakaś szczerość, ale ona średnio rozbraja, a raczej każe się chwilami pukać w głowę. Autorka przyznaje, że nigdy nie planuje swoich podróży, nie uznaje map i nie sprawdza wiadomości na temat miejsc, do których jedzie. Oczywiście tutaj nie było to do końca prawdą, bo przestudiowała trasę wywózki dziadków oraz poumawiała się na noclegi w hotelach lub couchsurfingowe. Niemniej jej brak przygotowania jest dramatyczny, a tarapaty, w jakie co chwila wpada nie są zabawne ani urocze, tylko dobijające i naprawdę cieszę się, że autorce do tej pory nic się nie stało. Oczywiście, można to poczytać za sukces jej metody podróżowania, dla mnie to kuszenie losu. Jeśli wsiadasz z dwoma zupełnie obcymi młodymi mężczyznami do samochodu, pijesz tam z nimi alkohol i przelotnie zastanawiasz się, czy wyjdziesz z tego cało, kiedy wywożą cię na pustynię… Pewnie, dobrze jest ufać ludziom, ale czy to jest mądre zachowanie, to już niech każdy rozważy wyjeżdżając na dalekie wojaże. Sama autorka radośnie stwierdza, że jest blondynką, a to ją zobowiązuje do robienia głupot. Ciężko mi po tym coś dodać.
Chwilami podobała mi się ta książka i dobrze mi się ją czytało dojeżdżając do pracy i domu, czasem tylko się irytowałam i ciężko wzdychałam. Jeśli ktoś interesuje się Syberią i tematem wywożenia polskiej ludności na tamte tereny, to może spróbować. Ja zastanawiałam się nad książką Szumskiej o tajfunie na Filipinach, ale raczej sobie daruję.
Piekna historia. W mojej rodzinie, tez byli zeslancy na Syberie, z tym ze wrocili do Europy z armia Andersa. Historia Pani Szumskiej dziadkow jest bardzo ladnie opowiedziana. Podoba mi sie polaczenie ze wspolczesna podroza autorki sladami dziadka i babci. Sa momenty, gdzie chcialabym sie dowiedziec wiecej szczegolow, ale jak sama autorka wspomniala w pewnym momencie: ona sama nie mogla wydobyc nic wiecej z lokalnych archiwow, pomimo ze szukala sladow wlasnej rodziny - archiwa byly niedostepne nawet dla niej. Pomimo to ksiazka jest warta przeczytnia. Napisana ladnym jezykiem, z duza swada i poczuciem humoru.
Wprawdzie nie jest to proza najwyższej próby, ale doceniam konstrukcję opowieści i niewątpliwie czuję się wzruszona samą historią, a może nawet zainspirowana, by przyjrzeć się biografii mojej dalszej rodziny.