Dom na wzgórzu, który zamieszkują stare meble, obrazy i koty, a ciche duchy śpią w kącie pokoju. Są tu Babcia Szelma, która nie uciekła z cyrkiem, Prababcia Koza i wiecznie zadowolony Dziadziuś, jest Matka, która koloruje ulice, i Ojciec na wojnie z lisami. Są okna z rozległym widokiem na przepaść, a w ich szybach odbijają się stracone życia czterech pokoleń, naznaczonych podobnymi traumami. Jedynie utalentowany Leo ma szansę uciec z odwiecznego kręgu porażek, gdyby tylko udało mu się coś skończyć. Gdyby nie klątwa Lisiego Wzgórza. Gdyby nie był sennym, smutnym chłopcem z rozmarzonymi oczami, który gubi się w zbożu.
To opowieść o życiowej inercji, o ciężarze rodzinnej spuścizny i o tym, jak trudno zerwać z wzorcami zachowań głęboko zakodowanymi w szczelinach pamięci. Leo — bohater tej historii — desperacko próbuje wyrwać się z kręgu porażek, który zdaje się być wpisany w DNA jego rodziny. Ale klątwa Lisiego Wzgórza nie odpuszcza. Jest zagubionym chłopcem szukającym wyjścia z labiryntu, a każda relacja i każde wydarzenie na jego drodze uświadamiają jemu i nam, czytelnikom, jak trudno pozbyć się słów, emocji i schematów zakorzenionych w nas od pokoleń.
Joanna Lech kreśli portret zwykłej polskiej rodziny — domu, w którym mieszkają koty, kurzą się stare meble, a w kątach drzemią duchy przeszłości. Śledzimy nie tylko losy Leo, ale też jego brata, matki, ojca i babki — ich historie wciąż odbijają się echem w życiu głównego bohatera. To echo nierzadko rozbrzmiewa bólem, przez co jego "tu i teraz" staje się pełne cierpienia.
Relacje Leo z dziewczynami są raczej początkiem stagnacji niż ucieczką od niej. A wyjazd z kraju, który miał być ratunkiem, okazuje się tylko kolejną iluzją. Bo przed sobą samym uciec się nie da.
Ta książka mocno do mnie trafiła. Przejmująco oddaje ducha polskiej prowincji — miejsca, w którym głosy trudnej, często bolesnej przeszłości ścierają się z marzeniami o lepszym jutrze. W wielu momentach utożsamiałem się z Leo, próbując zrozumieć jego decyzje i emocje. I choć czasem było mi z tym trudno, niemal przez całą lekturę współodczuwałem z nim — w jego smutku, niepokoju, nadziei.
"Drapieżcy chmur" to dla mnie także opowieść o żałobie. O życiu, które się ma — ale jakby się go nie miało. Takim, które nie spełnia naszych oczekiwań, nie wpisuje się w żadne proste definicje szczęścia. Lech opowiada o tym świecie z czułością i nostalgią, nieco magicznie, ale bez fałszu. Szybko wszedłem w tę historię, zaskakiwany rozwojem wydarzeń z każdą kolejną stroną.
Cieszy mnie również, że autorka nie unika współczesnych tematów — choćby wojny za wschodnią granicą — wplatając je delikatnie, ale znacząco w tło opowieści. Wszystko to buduje zniuansowany, intymny portret polskiego mężczyzny, który żyje na granicy rozpadu. Portret uniwersalny, choć chciałoby się, by jednak nie był aż tak powszechny...
Może to nie jest dobry dzień na wspomnienie o dobrej prozie? A może właśnie idealny? Czytanie bywa ucieczką do innych, wcale nie dużo lepszych, światów. Joanna Lech napisała książkę o epickim rozmachu, która jednocześnie nie przytłacza. W języku czuć poetkę, a w treści - czułą narratorkę, jakkolwiek to sformułowanie ryzykowne.
Leo wraca do rodzinnego domu. "Ostatni raz był tu na jej pogrzebie. Wtedy też wiało. Po tym, jak wszyscy się rozeszli, jeszcze długo stał sam. Był skostniały z zimna i rozpłakał się ukradkiem, gdy grabarze rzucali na nią niedbale grudy, przeklinając zamarzniętą ziemię. Nie wyobrażał sobie domu bez Babci Szelmy".
Czy poznamy historię Babci, jak Lech potraktowała dość oczywisty motyw, jakim jest rozdarcie między przeszłością, a tu i teraz? Warto sprawdzić, bo książka to sprytna, w której delikatne, oniryczne powidoki łączą się z wyrazistą narracją.
Joanna Lech to pisarka, która już pewien czas temu zachwyciła czytelników, choć pozostawiła też spory margines niepewności. Co dalej? Czy będzie pielęgnować swój mikroświat, czy może wyruszy w literacką podróż? Cieszę się, że Lech zrobiła jedno i drugie. Dalej jest delikatna, czuła, a przy tym nie zapomina, że na dobrą prozę zawsze przerzuca się ciężary, których sami nie uniesiemy.
Zerknijcie łaskawym okiem na te 400 stron prozy niemal idealnej na długą podróż. Nawet jesli to tylko podróż we własnym pokoju.
Podczytuję dzisiaj fragmenty "Drapieżcow chmur" i myślę, że tak - to jest dobry dzień, byście usłyszeli o tej książce.
Napisałem Joannie Lech blurba, za którego wydawnictwo wypłaciło mi gratyfikację. Jestem w tych blurbach obok Marii Halber i Marka Bieńczyka, co jest towarzystwem wyjątkowo sympatycznym. (zabawnym uznaję fakt, że czytając Lech myślałem: ksiązka dla fanów Bieńczyka i Muszyńskiego. Że też tego nie napisałem!)
"Drapieżcy chmur" to proza podszyta smutkiem, który łapie za gardło i serce. Jedna z najlepszych w tym roku, zdecydowanie! Wielopokoleniowy dom na wzgórzu z lisami, kotami i duchami. Studnia, która nie spełnia życzeń. Wojna, której wspomnienie w bliźnie pod okiem, niezmiennym uśmiechu Dziadziusia i wiecznym marznięciu jego brata. Wojna, o której się nie mówi, a która sprawia, że wstaje się w nocy i najada bardziej niż do syta, która w następnym pokoleniu budzi lęk nie do ukojenia. Matka i Ojciec, relacja oparta na strachu i przyzwyczajeniu. Starszy Brat, który zawsze obrywa za młodszego. Rzeczy jak bezpańskie zwierzęta. Wreszcie te prawdziwe zwierzęta, których losy opisane tak, że płakałam w głos. I on. Leo. Bohater, który skojarzył mi się z Garpem, tytułową postacią z powieści Johna Irvinga, moją pierwszą literacką miłością - czułą i empatyczną. Leo, który zna smak porażki, który nie umie dźwignąć oczekiwań, który chce, żeby było dobrze. A nie jest. Praca nie daje satysfakcji. Emigracja nie jest receptą. Nieodpowiednie kobiety, albo w sumie odpowiednie, ale nie na ten czas, nie na ten moment życia. Alkohol, tak znienawidzony u ojca, tak dobrze więc znany u siebie. Strach, porażka, smutek - trójca nieświęta, która krok w krok za nim. Jak u Staffa - "szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło". Bo Leo nie wierzy, że cokolwiek się uda. Poddaje się na początku, nie walczy, ale - co ciekawe - w żadnym momencie nie miałam mu tego za złe, doskonale rozumiałam to, co w nim siedziało... W rozbudowanym i istotnym tle są szkoły, znajomi, praca, pandemia, wojna, życie po prostu. Życie, na które czasem nie ma się siły. Wielką sztuką jest TAK opisać codzienność i zwykłe życie. Bo Leo jest zwyczajny, nic w nim spektakularnego. Jest lustrem, w którym każdy może zobaczyć choć cząstkę siebie. Strach, świadomość, że coś się sypie i brak sił, by to pozbierać, bezradne patrzenie na życie, które mija. Tu jest tyle piękna! Piękno w języku, w tytułach rozdziałów, w genialnie dobranych mottach, w konstrukcji historii, w kreacji bohaterów. A Leo? Proszę państwa, Leo ze mną zostanie na zawsze.
„Drapieżcy chmur” nie są lekturą dla tych, którzy oczekują precyzyjnie zarysowanej fabularnej ścieżki, linearnej opowieści z początkiem, punktem kulminacyjnym i przewidywalnym końcem. Ta książka raczej osnuwa czytelnika mgłą wspomnień, obrazów i półsennych wizji. To nie opowieść, to echo, odbicie świata, który w dużej mierze już nie istnieje..
Leo błąka się, zanurzony w mgle własnych doświadczeń i lęków. Jego życie to rozedrgany ciąg impulsów – przebłysków dzieciństwa, cieni przodków, odruchów niepokoju, który nie znajduje ujścia. Odbija się w nim historia czterech pokoleń chłopskiego rodu – każdy z jego członków niesie w sobie jakąś ranę, tajemnicę lub milczenie. Czasem ich obecność jest niemal cielesna, kiedy indziej stają się ledwie odczuwalnym drżeniem powietrza, przesunięciem kurzu w opuszczonym pokoju.
Książka stworzona jest z melancholii, samotności, ludowych resztek pamięci, podszyta milczeniem, które mówi więcej niż słowa. Przychodzą mi na myśl „Tajni dyrygenci chmur” Wioletty Grzegorzewskiej lub “Jeśli przecięto cię na pół” Łukasza Barysia– ta sama tonalność, podobna rozedrgana nuta, balansowanie na granicy jawy i snu, mitu i codzienności.
Autorka wrzuca nas do rzeki wspomnień i mówi: płyń”. Jeśli się odważysz, może nie wypłyniesz z niej szybko. Może zostaniesz z bohaterami jeszcze długo po lekturze – z ich czułością, lękiem kruchością, która jest przecież również częścią nas.
☁️„Drapieżcy chmur” to opowieść o powolnym staczaniu się w otchłań błędów przeszłości. Jest próbą ucieczki przed słabościami przodków, które nieubłaganie prześladują młodsze pokolenia. To naiwna, pełna złudnych nadziei podróż po iluzorycznej, mglistej krainie wspomnień. Nakreśla powolną tułaczkę i stara się uwolnić z błędnej pętli życia. To opowieść o intensywnym szukaniu własnej drogi, o frustracjach i mrocznym dzieciństwie, które szerokim echem odbija się na teraźniejszości. Pozwala zanurzyć się w melancholijne rozważania podsycane przez samotność, porażki i frustracje. Jest niemym krzykiem, wołaniem o tak bardzo potrzebny i upragniony ratunek.
☁️Leo tak bardzo chciał uwolnić się od ciążącego na nim piętna niepowodzeń. Talent, który miał stać się odskocznią i biletem wstępu do lepszego życia a stał się jego przekleństwem. Relacje z dziewczynami zamiast wznosić go do góry sprawiał, że stawał się jeszcze mniejszym, pełnym lęków człowiekiem. Były niczym spacer po równi pochyłej i dawały iluzoryczne poczucie spełnienia.
☁️„Drapieżcy chmur” to opowieść przesycona prowincjonalnym klimatem. To miejsce, w którym konfrontowane się pragnienia z szarą rzeczywistością. Jest smutnym i pozbawionym nadziei obrazem życia, które toczy się jakby obok a my jesteśmy tylko biernymi, bezwolnymi obserwatorami.
☁️Autorka serwuje nam iście poetycką ucztę. O pozbawionej barw codzienności opowiada z wrażliwością, delikatnością, intymnością i pozbawioną złudzeń szczerością. Roztacza aurę tajemnicy i sprawia, że z pełnym oddaniem obserwujemy duchy targające życiem Leo. Myślę, że jest to historia, która ocieka powszechnością, jednak jest w niej coś, co sprawia, że wyróżnia się na tle innych. Jest obrazem człowieka, który zbiera kawałki swojej rozpadającej się duszy.
☁️„Drapieżcy chmur” to książka o strachu, niepowodzeniach i błądzeniu po codzienności. Pokazuje, że życie to zagadka stanowiąca lustrzane odbicie przeszłości. To pełna smutku opowieść tocząca się na pograniczu jawy i snu.