Podeszłam do tej historii bez żadnych, konkretnych oczekiwań, jedynie miałam nadzieję, że uda mi się ją szybko skończyć i napisać recenzję. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie treść, która okazała się naprawdę świetna i jednocześnie wartościowa. W środku znalazłam ogromna ilość ciepła oraz komfortu, który sprawił, że nie mogłam oderwać się od tej lektury.
Uwielbiam bohaterów, którzy zostali wręcz idealnie wykreowani. Niesamowicie spodobało mi się to, jak autorka przedstawiła relacje głównych postaci, a zarazem dwójki najlepszych przyjaciół, którzy są dla siebie największym, wzajemnym wsparciem. August i Valentine, to osoby, które od ponad dwóch lat prowadzą swój tajemniczy biznes - Summer Love Inc. Ludzie wynajmują ich, aby rozbijali toksyczne związki, które bardzo wpływają na decyzję życiowe. Niesamowicie zaintrygował mnie temat tego sposobu na zarobek i szczerze mówiąc był to jeden z lepszych, tak dobrze przeprowadzonych pomysłów na książkę. Bawiłam się świetnie przez to, że całość nie była wcale tak oczywista, jak pierwotnie mi się wydawało.
Kreacja bohaterów to prawdziwy majstersztyk i w tym przypadku myślę, że wiele osób przyzna mi rację. Dzięki grubości książki oraz ogromnego talentu do przekazywania emocji przez papier autorki, całość była spójna i niezwykła. Podczas czytania miałam okazję poznać i wyrobić sobie opinie o Auguście, czyli mojej ulubionej postaci. Adriana podjęła się napisania dość ciężkiego tematu, a mam na myśli straty bliskiej osoby, w tym przypadku starszej siostry oraz problemów rodzinnych takich, jak na przykład, brak ojca czy problemy finansowe. Wszystko zostało przeprowadzone bardzo realnie, co sprawiło, że czułam się, jakbym to ja zmagała się z wszystkimi przeciwnościami losu. Naprawdę ogromny szacunek dla autorki, bo napisanie czegoś takiego wymaga dokładnej analizy i przede wszystkim zrozumienia tematu. Ja jestem zachwycona, choć jednocześnie przez ten cały realizm bardzo bolało mnie to, co przydarzyło się temu nastolatkowi, który zdecydowanie zasługiwał na coś więcej od życia.
Valentine, to takie moje słoneczko, które rozjaśniło całą ponurą stronę treści. Dzięki niej ta historia nabrała masy koloru, entuzjazmu i po prostu w najzwyklejszy sposób klimatu, który był doprawdy przyjemny. Jednak warto pamiętać, że z pozoru szczęśliwa osoba może okazać się bardzo zraniona przez świat i potrzebująca trochę wsparcia, czy najzwyklejszego przytulasa. Tak było w przypadku Tiny, która pomimo mylnego założenia, również miała swoje problemy, które na szczęście nie były tak ogromne, jak te z którymi zmagał się jej przyjaciel. Ale - bo tutaj okropnie ważne jest to "ale" autorka nie zbagatelizowała tego tematu i przedstawiła go tak dobrze, jak u chłopaka, co jest naprawdę świetne i pokazało tylko jakbym dojrzałym piórem dysponuje Mather.
Co do fabuły, nie ukrywam, że bawiłam się wręcz nieziemsko. Na wstępie bardzo zraziłam się do długości, no bo przecież ponad 500 stron to kosmiczna ilość, jak na młodzieżówkę... Po przeczytaniu bardzo żałuję, że nie ma jeszcze kilku dodatkowych rozdziałów, które w mojej opinii idealnie dopełniłaby tę książkę. Jedyne czego tak naprawdę mi zabrakło, to rozwinięcia relacji dziejącej się pomiędzy Ellą, a Augustem. Miałam wrażenie, że historia w dużej mierze skupiała się na drugiej, według mnie mniej ważnej dla fabuły parzę, czyli Valentine oraz jej chłopaku. Miałam dużą, ale to strasznie dużą nadzieję, że ta powieść będzie bardziej skupiać się na tej dwójce, do której należy ta książka. Jest mi strasznie szkoda, ponieważ gdyby nie ta jedna, niby mała, nieważna rzecz, to Sztuka zrywania na pewno otrzymałaby ode mnie pięć, zasłużonych gwiazdek.
Pomimo tej małej wady, cała lektura była naprawdę świetna i zdecydowanie godna polecenia dla osób, które uwielbiają słodkie, delikatne młodzieżówki, które pomimo kolorowego wyglądu, niosą za sobą ogromne przesłanie oraz wiele ważnych w życiu wartości, które na pewno kiedyś komuś się przydadzą. Polecam. 4,25
[współpraca reklamowa z wydawnictwem]