„Mimo to odzieram się, znaczy - mówię.”
Zbroja dotyka historii, z którą w polskiej literaturze się jeszcze nie spotkałam. Tworzy powieść fikcyjną, ale tka ją z prawdziwych historii. Podczas jednego ze spotkań autorskich przyznała, że podczas research’u do książki poznała wiele kobiet z małych miast, a swoją narratorkę utkała „ze swoich lęków, dorastania w latach 2000.” Joanna, narratorka, wyjeżdża z Zachodu na Wschód, dokładniej do Tajpej, który nie przyjmie jej z jej cichą chorobą na trzy litery. Na tyle cichą, że nie była jej świadoma póki przypadkowe badanie nie przyniosło wyniku wypowiedzianego przez słuchawkę telefonu: „Ejcz aj wi”. Kiedy pierwszy partner seksualny daje Ci nie tylko miętówkę, ale śmiertelny wirus. A Ty pozostajesz niewinna, jak ten cukierek, ale już nie w oczach społeczeństwa. „Hifiara, Hifcia, Hifolka” ksywki, które można usłyszeć, ksywki, które oswajają życie z wirusem, który kiedyś dziesiątkował, dziś da się z nim żyć i taki obraz stopniowo przedstawia nam autorka. Oswaja chorujących i ich otoczenie.
„Ja tylko chciałam, żeby ktoś chciał.”
Zbroja pisze tak, jak się żyje. Szybko. Urywkami. Myślami, które tlą się w nas jak flashbacki, powidoki siebie, wizje nas, które roztrzaskały okrucieństwo, a zaraz banał rzeczywistości. Mnie „Muszę ci coś powiedzieć” po prostu rozbroiło. Autorka rozbraja mnie swoją brutalną szczerością rozdartą przez jedną niefortunnę decyzję w życiu narratorki. Rozbraja mnie tak, jak rozbraja mnie pisanie Gosi Halber. To pisanie, które zrzuca pancerz i ukazuje nas sobie samym bezbronnymi, bez jakiejkolwiek asekuracji, bez kasku bezpieczeństwa gwarantowanego konwenansami, za którymi się chowamy.
„I każdy z nas się tego boi. Że przegra życie. A najbardziej boję się ja.”
„Jak może się czuć ciało rozmontowane społecznym uprzedzeniem” - to, moim zdaniem, najważniejsze pytanie, na które odpowiada Zbroja swoją nową, ważną powieścią.