Hania Lilpop, późniejsza Anna Iwaszkiewicz, zasłużyła na swoją biografię już dawno temu.
Kim była jedna z najlepiej znanych małżonek w historii literatury polskiej XX wieku? Muzą, ostoją, przyjaciółką. Panienką z dobrego domu, zagubioną, zranioną i osamotnioną po odejściu matki i samobójczej śmierci ojca, czasem bezwolną i niepewną. Kobietą borykającą się z chorobą psychiczną, która w poszukiwaniu spokoju i pewności uciekała w niezrozumiałe dla wielu religijne światy. Ale też – a może właśnie przede wszystkim – intelektualistką, tłumaczką i twórczynią.
Sylwia Góra rekonstruuje jej życiorys z fragmentów, strzępów i okruchów. Listów, które Anna pisała przez całe życie – głównie do męża, ale także do innych członków rodziny i do przyjaciół. Dzienników prowadzonych przez młodziutką, a potem dojrzałą już Annę. I tego, co w dziennikach, listach i wspomnieniach napisali o niej inni, a pisało wielu: Irena Krzywicka, Maria Dąbrowska, Anna Kowalska, Paweł Hertz, Antoni Słonimski, Zofia Nałkowska, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Krzysztof Radziwiłł, Jerzy Liebert, Piotr Mitzner czy Julia Hartwig. Jej cechy posiadają bohaterki tekstów Iwaszkiewicza – Wilda z Hilarego, syna buchaltera, tytułowa Anna z Anny Grazzi i Joanna z Matki Joanny od Aniołów. Echa ich wspólnego życia w podróży znajdujemy w tomie poetyckim Mapa pogody, ale przede wszystkim Anna jest obecna w jego Dziennikach i korespondencji.
Choć postać Iwaszkiewicz nie jest zupełnie wyrugowana z historii literatury, aż do teraz nie było równie intymnego jej portretu.
„Nie baw się myślą o tem, czego nie masz, ale z tego, co masz, wybierz to, co najbardziej jest cenne, i pomyśl, z jakim byś też trudem się o to starał, gdyby go nie było”
Ciekawa herstoria. Kolejny przykład na to, że można być wybitną, ale przebojowość mężczyzny obok każe ciągle w siebie wątpić. Czekam na obiecaną ekranizację, która – mam nadzieję – przywróci miejsce Hani Lilpop i Annie Iwaszkiewicz w polskiej kulturze.
Cieszę się, że oddano głos Annie Iwaszkiewicz w takiej formie. Prosto, skupiając się na najważniejszych aspektach jej życia (młodość, literackie fascynacje, małżeństwo i choroba). Po skomponowanej tak książce dostajemy przystępną biografię, którą doprawdy czyta się jak powieść.
Historia prowadzona jest jakoby jednocześnie z fragmentami listów samej Anny, Jarosława, czy innych znajomych. Lubię taką formę, bo jeszcze bardziej wierzę wtedy opowieści, wiem, że to faktycznie miało miejsce. Nie da się ukryć, że to zdecydowanie pomogło autorce w poprowadzeniu biografii Iwaszkiewiczowej.
Dowiedziałem się dużo, ale szczerze zabrakło mi w kilku miejsc rozwinięć, których autorka uważa nie da się rozwinąć. Irytowało mnie na poły powtarzanie tegoż w kilku miejscach opowieści. Doprawdy wierzę, że pewne opowieści pozostały niezapisane, niewypowiedziane i po prostu nie da się z nich niczego skonstruować. Jednocześnie powtarzanie, że czegoś nie można ,,unaocznić/wydarzyć’’ denerwowało mnie i wytrącało z równowagi.
Na pewno zapamiętam talent literacki tej zbyt skromnej kobiety. Pisała naprawdę lekko, poetycko, sielsko - w duchu Jarosława, tego nie da się ukryć. Zabrakło mi także rozwinięcia homoseksualizmu męża, albowiem autorka jedynie napomina na postaci, z którymi był związany i jak to miało się do samej Anny, do jej zdrowia. Przypominam sobie listy Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego, gdzie wiele o samej Annie można odnaleźć i przeczytać, co tu na tyle niestety się nie zmieściło. A jednak dla mnie, to kluczowy wątek jej herstorii. To, jak ich kochankowie, ich samotności opierały się o siebie.
Bez wątpienia postać Iwaszkiewiczowej to postać, która wzrusza. Pisarstwem, ale przede wszystkim życiem, obłędem, chorobą. Pozostająca praktycznie cały czas w cieniu - ale nie tylko cieniu męża literata - przede wszystkim cieniu samej siebie. I to autorce, Sylwii Górze udało się pokazać we wspaniały sposób. Świetnie skonstruowany rozdział o chorobie Anny tylko to potwierdza. Doprawdy rodzina Iwaszkiewiczów to element historii XX wieku, który nie schodzi z moich powiek, co to były za persony, co to były za światy.
Górze udało się w zwięzły i prozatorski sposób zawrzeć życie Anny Lilpop. Przedstawić ją jako kobietę utalentowaną, niezapomnianą. Ukazać jej bóle, tęsknoty, obłędy i życie zawsze gdzieś nie tak jakby chciała. Biografia Iwaszkiewiczowej to szlachetny punkt w biografistyce polskiej, na pewno współczesnej - tej feministycznej i skupionej na tych, co zdawałoby się zapomniani.
Mam nadzieję, że gdzieś tam kiedyś na sierpniowych stawiskich polach Anna była choć po troszę szczęśliwa z Proustem w ręku, z Iwaszkiewiczem w pamięci.
,,Bałam się szalenie tęsknoty za nią tutaj, bo tu każdy spacer, każdy widok zawsze podziwiany, sklepik, gdzie ją spotkałam, wszystko ją przypomina. Wszystko tu nasiąknięte jest moim myśleniem o niej, ale przez dziwną, naturalną człowiekowi przyrodzoną pasję dręczenia się z chwilą, kiedy tu już miałam być, chodząc ciągle do tych miejsc i wolę już nie oddalać od siebie wspomnień, którym oprzeć się i tak nie mogę.’’
Nie jest to typowa biografia – i całe szczęście. Sylwia Góra nie prowadzi nas prostą, chronologiczną ścieżką przez życie Anny Iwaszkiewicz, nie usiłuje wtłoczyć jej w schemat narodzin, edukacji, ślubu, twórczości i śmierci. “W stronę Anny” to raczej próba zbliżenia się do postaci poprzez motywy, spotkania, myśli, uczucia i rozproszone ślady. To opowieść oparta na fragmentach, notatkach, cytatach, listach – jakby autorka składała mozaikę z okruchów tego, co po Annie pozostało. A pozostało niewiele. Tym większe znaczenie ma tu to, co ukryte między wierszami – wybory lekturowe, fascynacje filozoficzne i historyczne; Proust, ślady muzyki i duchowości. Ta cicha obecność literatury jest w tej książce jak druga linia melodyczna – to nie tylko życie u boku Jarosława Iwaszkiewicza, ale życie ze słowem, z myślą, z nieustannym intelektualnym dialogiem. Góra ukazuje Annę nie jako „żonę wielkiego pisarza”, ale jako osobę o głębokiej samoświadomości, wyraźnej, choć może niedocenionej indywidualności. Wrażliwą tłumaczkę, subtelną czytelniczkę, kobietę wyczuloną na niuanse języka i muzyki. A jednocześnie osobę, która nie rości sobie prawa do bycia twórczynią w pełnym tego słowa znaczeniu. Jej działalność tłumaczeniowa, intelektualna, duchowa traktowana jest jak forma ćwiczenia, próby – nie coś, co zasługiwałoby na publiczną ekspozycję. “W stronę Anny” to książka kameralna, napisana z wyczuciem i powściągliwością, która odpowiada bohaterce. To portret zbudowany z nieoczywistych elementów: z tego, co przemilczane, z tego, co poboczne, z tego, co osobne. I może właśnie dlatego – tak sugestywny. Sylwia Góra nie rekonstruuje życia Anny Iwaszkiewicz w pełni – nie da się tego zrobić, skoro Anna zostawiła po sobie tak mało. Ale może właśnie w tej niepełności tkwi siła książki. To nie jest opowieść o „wielkości”, lecz o istnieniu. O byciu córką, matką, żoną, katoliczką, intelektualistką – osobą składającą się z ról, wyborów, milczeń i refleksji. To biografia nieoczywista – i potrzebna. Tak jak potrzebne jest spojrzenie w stronę Anny – nie tylko w stronę Iwaszkiewicza.
Nie wiem co sądzę o tej książce. Czytając ją, przypomniało mi się podejście polskiego środowiska artystycznego z początków „odkrywania” artystów „naiwnych”.
Z jednej strony bardzo doceniam dokładne, rzetelne próby wytłumaczenia okoliczności które zaszły w życiu Anny, z drugiej strony mam wrażenie że autorka nieco ją upupia i udziecinnia. Że skupia się bardziej na jej diagnozie, jej traumach, próbując nimi wytłumaczyć życie Anny. Być może to jest po prostu kwestia szczerości i rzetelności.
Mam też wrażenie, że autorka zupełnie niepotrzebnie powtarza się wielokrotnie, tłumaczy oczywistości i powtarza po ekspertach. Więcej wiary w intelekt czytelników!
Zabrakło mi informacji o Annie. Słów Anny. Jej myśli, jej miłości, jej ducha. Poczułam się zachęcona do odszukania jej dzienników i poczytania. Na pewno to zrobię, bo jej wrażliwość i podziw do natury bardzo do mnie przemówiły.
Doceniam bezpośredniość i szczerość autorki, mimo że czasem jej język dziwił.
Nie czytalam jeszcze książki, która wywołała u mnie taki smutek. Zmarnowany talent Anny został po prostu zmarnowany. I tyle.
Bardzo ciekawa dla mnie książka, bo nie widziałam nic o Hani/Annie. Nie mnie oceniać czy była ona wybitną kobietą, ale nawet jeśli, to przebojowość i charyzma mężczyzn wokół kazała jej w siebie wątpić (może to też kwestia wychowania, które otrzymała?). Urzekło mnie postrzeganie świata przez Annę, fragmenty z jej tekstami były przeze mnie wyczekiwanymi. Po jej wysłuchaniu mam ochotę zanurzyć się głębiej w tamtej epoce i środowisku Skamandrytów. Nie jest to typowa biografia i dobrze! Autorka pisze bezpośrednio i szczerze, chociaż czasem miałam wrażenie, że nadużywa powtórzeń.