Współczesne Katowice, nowoczesne korporacje i magia z czasów, o których wszyscy woleliby zapomnieć.
Na osiedlu Tysiąclecia zostaje zamordowana agentka służby ochrony, powołanej do pilnowania, by zwykli ludzie nie odkryli istnienia czarów. W wyniku intryg magicznych organizacji śledztwo prowadzi francuski pechowiec i ambitna studentka z Gdańska. Nie znają miasta, nie wiedzą komu mogą zaufać, a nie ulega wątpliwości, że ktoś próbuje ich zabić. Jeśli chcą wyjść z tego cało, muszą się sporo nauczyć o śląskiej mitologii, lokalnej kuchni i sobie nawzajem. Czy w czasach Internetu jest jeszcze miejsce dla magii? Czy ludzie pochodzących z różnych regionów i stuleci są w stanie znaleźć wspólny język? I najważniejsze pytanie: czy można jeść krupnioki na śniadanie?
Przyjemne polskie urban fantasy, które mocno kojarzyło mi się z Storm Front. Mamy tu magiczną policję, klasyczne motywy z magią niszczącą elektronikę i tajemniczego głównego bohatera z pradawną przeszłością. Całość nie jest może wybitnie świeża, ale wprowadza kilka swoich pomysłów na ogranie już utartych schematów, a sama intryga jest krótka i nie nuży. Podstawowe, dobre i godne polecenia urban fantasy.
Narracyjnie czyta się przyjemnie i gładko, humor bardzo do mnie przemawia, w fabule natomiast nieco się zgubiłam, i przez to końcówka i rozwiązanie weszły mi bez należytego napięcia, bo chyba nie ogarnęłam poszlak. Nadal, kawał solidnej i klimatycznej roboty.
Solidne 3.5 Fantastyczny pomysł na świat, postać Pechowca od razu przypadła mi do gustu, natomiast było kilka rzeczy, które moim zdaniem wymagałyby dopracowania. Końcówka była za mocno przyspieszona, książka spokojnie mogła być wydłużona o kolejne 100 stron.