Zaczęło się dość niepozornie. Bo choć sięgając po pierwszy tom sagi Roya Jacobsena, wiedziałam, że jest to książka nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera, to spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co dostałam. Czyli naprawdę spokojnej historii, wypełnionej zapachem wilgotnej ziemi i mgły. A jednak coś w tej historii jest, że nie można się od niej oderwać. Bo jeśli choć raz czytelnik postawił swoją stopę na wyspie Barrøy, to ta już na zawsze pozostanie w jego sercu.
„Tylko matka” to już czwarty tom tej niezwykłej sagi. Niezwykłej, bo choć ma w sobie tę skandynawską surowość, którą charakteryzują się książki z tego regionu, to ma w sobie również ogromną dozę spokoju i przyciąga czytelnika w tylko sobie znany sposób. Po podróży przez prawie cały kraj Ingrid w końcu wraca na Barrøy – swoją rodzinną wyspę, której jest niekwestionowaną królową. Jednak choć życie mieszkańców Norwegii powoli się stabilizuje, to niedawno zakończona wojna jeszcze długo będzie rzucała swój cień na cały kraj. W tym samym czasie na Barrøy przypływa Mathias, pięcioletni chłopczyk, który w tajemniczych okolicznościach traci ojca. Ingrid decyduję się przygarnąć chłopca.
Ingrid to jedna z lepiej wykreowanych bohaterek literackich. Do bólu prawdziwa, oszczędna w emocjach, a jednak można odnieść czasami wrażenie, że wewnętrznie ona wręcz kipi od nich. Bo choć teraz na wyspie znajduje się coraz więcej mężczyzn i można momentami odczuć, co zresztą mówi też sam autor, że Ingrid jest królową wyspy jedynie na papierze. Natomiast przy tak silnej postaci, wszyscy mężczyźni w jej otoczeniu stopniowo bledną i zdają się wtapiać w tło. O takich bohaterkach aż chce się czytać. W tej części Ingrid jest już dojrzałą kobietą, matką i panią na wyspie. Przechodzenie z nią przez kolejne etapy jej życia, wojnę i w końcu jej zakończenie to była niesamowita przygoda. To będzie jedna z moich ulubionych bohaterek literackich.
Jest to proza budowana słowo po słowie, przecinek po przecinku z detali. Ona nie zachwyca akcją. Nie uświadczycie tam też wielu dramatycznych wydarzeń. Ona ma zachwycać swoim niezwykłym liryzmem, budowaną strona po stronie intymnością. To tak jakby Jacobsen całymi dniami siedział pochylony nad płótnem i cienkim pędzelkiem malował obraz. Gdzie każde machnięcie pędzlem jest ważne, a chwila nieuwagi może zniszczyć cały obraz, całą magię tego miejsca.
Jeśli jesteście miłośnikami literatury pięknej i nie do końca trafiają do was powieści obyczajowe, to ta seria może stać się waszym comfort read. Bo choć Jacobsen nie stroni od trudnych tematów, to potrafi je opisać w taki sposób, że cokolwiek by się nie działo, wyspa Barrøy otula nas kocem i uspokaja. Bo takie właśnie są te książki i „Tylko matka” – kojące, muśnięte jesiennym wiatrem i pachnące otaczającym wyspę morzem. I nawet jeśli z początku te książki wydadzą się wam niepozorne, to one w was zostaną i po czasie, będziecie do nich wracać, by ponownie znaleźć to ukojenie i niesamowity klimat, który unosi się na Barrøy.