Rok, w którym nie umarłem to poruszająca książka autorstwa Mikołaja Grynberga, która w niezwykle szczery sposób ukazuje zmagania z życiem oraz nieuchronnością śmierci. To opowieść o miłości do życia, ale także o strachu przed tym, co nieznane. Autor w swojej narracji odnosi się do własnych doświadczeń, które kształtują jego postrzeganie rzeczywistości, a także do wspomnień o tych, którzy odeszli, a ich obecność wciąż jest odczuwalna w codziennym życiu.
Mikołaj Grynberg (ur. 1966) – fotograf i pisarz, z wykształcenia psycholog. Jego zdjęcia były prezentowane niemal na całym świecie. Autor albumów Dużo kobiet (2009), Auschwitz – co ja tu robię? (2010) oraz Ocaleni z XX wieku (2012). Wydał zbiór rozmów Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne (2014), tom opowiadań Rejwach (2016) oraz wspomnienia żydowskich emigrantów 1968 Księga wyjścia (2018). Od lat zajmuje się problematyką i historią polskich Żydów w XX wieku. W całej swojej twórczości przyjmuje szczególną perspektywę dialogu, koncentrując się na spotkaniu z innymi, otwarciu na ich osobiste przeżycia i historie.
Nie spodziewałem się, że tak łatwo wejdę w buty autora. Nie miałem zawału serca, ale miewałem ataki paniki. Te chwile, kiedy ciało zamiera, a umysł krzyczy: "to już”. I właśnie o takich stanach pisze Grynberg – z gracją, szczerze, bez lukru.
Łatwo ulec złudzeniu, że nasze doświadczenia są tylko nasze. Że nikt inny nie może poczuć tak samo. A potem trafiasz na książkę, która mówi: "ja też tak miałem”. I nagle czujesz się widziany. Rozumiany. I gotów, by odpowiedzieć tym samym — empatią, wyrozumiałością.
Ta lektura była dla mnie doświadczeniem wiążącym. Momentami bolesnym, niekomfortowym, ale bez wątpienia cennym. Nie da się odebrać Grynbergowi autentyczności – on nie tylko ją ma, on ją tu stawia na stole. Opisuje swoje doświadczenie „bliskości końca” w sposób, który obnaża lęk, ale nie epatuje siłą czy uporem. Pisze o swojej słabości, wciąż zbyt często uznawanej za "niemęską”. A przecież to właśnie ukrywanie tej części siebie prowadzi nas szybciej ku przepaści. Czy naprawdę warto ją wypierać? Moim zdaniem – nie.
Jestem wdzięczny, że ta krótka, acz treściwa książka powstała. I że ukazała się w serii "Tu/teraz” Agory, która – jak dotąd – trafia bez pudła. Każda jej odsłona niesie coś istotnego dla współczesnego świata. Tutaj przesłanie jest proste i mocne: tak, umieramy. Może się to stać w każdej chwili. Ale też – żyjemy. Spotkanie ze śmiercią może nas wybudzić. Skłonić, by wreszcie naprawdę spojrzeć na swoje życie, oddalić się od własnego lęku, stanąć twarzą w twarz z tym, co przed nami.
A przed nami przecież – wszystko. Samo życie. Sedno bycia tu i teraz.
Znakomita! Malutka książeczka o: życiu, walce o życie, trosce o życie, strachu przed jego utratą oraz o radości z życia. Refleksje autora nad kruchością życia sprowokowane doświadczeniem, w którym życie staje twarzą w twarz ze śmiercią. Mądra, wzruszająca, płynąca prosto z serca (po pierwszym zawale) historia, ubrana w zgrabne słowa i ozdobiona humorem. Do czytania wielokrotnego, by nie utracić zachwytu życiem odmienianym przez wszystkie przypadki.
Zawały serca są główną przyczyną zgonów u mężczyzn po 45. roku życia – naprawdę doceniam chęć autora do podzielenia się tak osobistym i trudnym doświadczeniem, które jednocześnie jest bliskie bardzo wielu osobom. Takie głosy są potrzebne, by inni też mogli poczuć się widziani i zrozumiani. Niezwykle autentyczna książka, znalazłam w niej kilka ciekawych przemyśleń i dużą dozę wrażliwości autora.
Nie chcę jej jednak gwiazdkować, bo to bardzo osobista literatura i nie czuję się w porządku z ocenianiem jej w kategorii gwiazdek.
cytat z książki: "Lepiej pisać mniej. Gdy się pisze więcej, to tylko jeden się namęczy pisząc, a drugi szukając myśli wartych przeczytania. Pisanie to bycie w ruchu między sobą a opowieścią. Są tacy, którzy muszą wszystkim o sobie opowiadać, ci zazwyczaj nie mają nic ciekawego do zaproponowania."
Nie mogłabym się zgodzić bardziej!
Nie wiem, może jak ktoś się pierwszy raz styka z doświadczeniem granicznym i własną śmiertelnością i jeszcze wpada w machinę opieki zdrowotnej, to jest to dla niego szok, zaczyna roztrząsać i tworzyć mitologię. Jak ktoś z tym żyje, to takie wynurzenia zdają się być banalne i pretensjonalne do bólu. Mam bardzo małą tolerancję na ludzi, którym się wydaje, że są pępkiem świata.Tych powodów, dlaczego ja podchodzę krytycznie jest oczywiście więcej, ale większość z nich jest bardzo prywatną i osobistą sprawą, niewytłumaczalne dla szerszej publiki.
Na plus, to jest faktycznie króciutka książeczka, nie musiałam się długo męczyć.
grynberg opowiada historie jak wuja ale wuja ktory jest ojcem po terapii i bardzo swiadomym rodzicem po uszy zakochanym w swojej zonie i to jest chyba najpiekniejsze polaczenie w polskiej literaturze
Najlepsza książka, jaką do tej pory przeczytałam w tym roku. Wspaniała, uniwersalna, na wskroś ludzka. Nie znalazłam tu podniosłego tonu, którego tak bardzo nie lubię. Jest codzienność okraszona mieszanką cierpienia i humoru.
Mikołaj Grynberg przeżył zawał serca i postanowił opowiedzieć innym jak to jest. Dobrze, że to zrobił, bo przekraczając granicę pewnego wieku i mierząc się z różnymi zdrowotnymi problemami, trudno nie mieć już jakiejś kolekcji przemyśleń na temat własnej śmiertelności, która najczęściej - co tu dużo mówić - napawa człowieka pewną obawą. I o tym dla mnie przede wszystkim jest ta książka - o lęku przed śmiercią, próbą oswojenia go i ułożenia sobie z nim życia. Co ciekawe - strach ten w głównej mierze dotyczy tego co to będzie, kiedy nas nie będzie, czyli w pewien sposób jest to po prostu lęk przed ostateczną utratą kontroli i wpływu na własny ekosystem. Dlatego od momentu wyrwania się z lepkich paluchów kostuchy autor przeżywa jakby dwa życia: jedno - tu i teraz, w którym konfrontuje się z zużywalnością ludzkiego ciała, uczy nie dostawać ataku paniki na każdy nietypowy sygnał napływający z organizmu i wiadomo, że nic nie będzie już takie jak kiedyś; drugie - alternatywne, w którym jego już nie ma, a życie jego bliskich toczy się dalej, więc tworzy scenariusze i czyni ustalenia na przyszłość bez siebie.
Wzruszający jest Grynberg w tym swoim obnażeniu. Bez wahania pokazuje własne słabości, ale też przecież wszystkich nas. Bo okazuje się, że w konfrontacji z systemem opieki zdrowotnej wszyscy jesteśmy na tej samej pozycji, można być najbardziej wygadanym pisarzem, a przy lekarzu czuć się jak dziecko. Kiedy człowiek otwiera oczy po operacji ratującej życie na początku zawsze jest mieszanką zdumienia i bezbronności. Bycie pacjentem likwiduje też status społeczny, zmusza do wyjścia z bańki i konfrontacji z tą Polską, której wcześniej można było unikać. Momentami jest to bardzo zabawne, ale na języku zostaje posmak goryczy. Oprócz intymnej opowieści o sobie samym, jakby mimochodem, czasem pojedynczym zdaniem, autor opowiada też o tym smutnym świecie.
„Rok, w którym nie umarłem” to opowieść na wskroś ludzka. Taka która jednocześnie dotyka i daje otulenie, ale też sprawia, że ma się ochotę przytulić samego bohatera. Cieszę się, że Mikołaj Grynberg w tamtym roku nie umarł, bo gdyby zabrakło i jego i Marcina Wichy jednocześnie (którego wspomnieniem zresztą mnie tutaj rozpłakał), polska literatura w męskim wydaniu zostałaby zupełnie pozbawiona czułości.
nie jest to najlepsza książka Grynberga (z tych, które czytałam), ale raczej taka być nie miała. Obawiałam się ckliwości, ale absolutnie jej tu nie ma. polecanko
tak działa moja głowa, kiedy się boję. takie to dobre, płynie się przez to z ciekawością, przewrotnością. pisać tak dobrze, oby tylko takie rzeczy czytać
Już bardzo dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak ta książka. Co za tekst! Jestem zachwycona tym, jak w tak oszczędnej formie można przekazać tyle refleksji i emocji. Każde zdanie ma znaczenie. Każde wnosi nowe emocje, doświadczenie, obserwacje, perspektywę. Tu nie ma ani jednego zbędnego słowa. Fenomenalny język, głębokie bardzo różnorodne refleksje oraz mocne - czasem ironiczne, czasem gorzkie, czasem nawet sarkastyczne poczucie humoru. Naprawdę parę razy się zaśmiałam, choć chwilę wcześniej było smutno lub po prostu poważnie. Książka mnie zachwyciła. A ostatnie zdanie... No cóż, otwiera nowy temat. Oby okazało się strzałem w płot.
Ta książka jest po prostu piękna. Więcej nie potrafię napisać. Kto kocha życie, umie kochać ludzi i osiągnął pewien wiek i stopień dojrzałości, ten przeżyje tę książkę całą/calym sobą. Słuchałam audiobooka jadąc autem, szlochałam i wybuchałam śmiechem na cały regulator, a mój pies patrzył na mnie z potężnym zatroskaniem. Dziękuję za to, panie Mikołaju, ta książka to samo życie.
Ujmująca jest szczerość i autentyczność autora w tym tekście. Wyobrażam sobie, że trudno jest opisać procesowanie intymnego doświadczenia tak, by nie wyszedł z tego kicz lub zbędny ekshibicjonizm. A tu udało się stworzyć coś surowego, prawdziwego, napisanego z wielką ogładą.
Czuję lekki niedosyt, choć to rzecz niewątpliwie esencjonalna. Grynberg z wisielczym humorem (i chwała mu za to) opowiada, co mu się przydarzyło. Najbardziej podobał mi się mikroświat szpitalny, z jego skomplikowanymi niepisanymi regułami i prawidłościami, którego nauczyć się musi każdy hospitalizowany. Znam. Dobrze czytać o tym z dystansem.