Kontynuacja Jeleniego sztyletu i Bursztynowego miecza, cyklu o wojowniczce Wszeborze Lapis.
Pożar nie pyta o drogę, a za każde zwycięstwo należy zapłacić krwią. Bora powraca po raz ostatni, by rozstrzygnąć wojnę dwóch królestw i przywrócić dawną chwałę Staremu Ludowi. Siejąc spustoszenie i wzbudzając nieludzki strach, nadal stara się zapewnić bezpieczeństwo swoim najbliższym i zachować resztki człowieczeństwa. Pozostaje jedną z wielu sił, które pragną wyznaczyć nowy kurs Awandii. Czy młody król i żądna władzy babka dziewczyny zaakceptują nową rolę Wszebory? Zły szept krąży pośród licznych oddziałów zebranych z resztek armii i nowych sojuszników z Galindii, ale zdrada może nadejść z najmniej spodziewanej strony.
Pierwszy tom dostał ode mnie cztery gwiazdki a kolejne już nie przekroczyły trzech. Przede wszystkim brakowało mi tej klimatycznej i skromniejszej perspektywy z części pierwszej. Aczkolwiek rozumiem jej brak, skoro fabuła wypłynęła na szersze i bardziej gatunkowo przewidywalne wody (przeznaczenie, misja, wybawicielka). Zatem to nie jest jakiś wielki zarzut. Niemniej wystarczający, aby nie dać czwartej gwiazdki. Reasumując, fabuła okazała się typowa, ale wstydu nie ma.
Straszna męka przedrzeć się przez ten tom, coś oooookropnego. Każda strona gorsza od poprzedniej i cały tom czytało się jakby ktoś podmienił autorkę. Wszystkie wątki były wciskane na siłę, nic nie kleiło się żadnego realistycznego przebiegu wydarzeń a Bora ma tyle osobowości co kartka mokrego papieru.
I dlaczego czytam jakieś BDSM pod koniec???? co to było z tym , aż mi się nie dobrze zrobiło i przeskakiwałam akapity bo było to autentyczne wciskanie gwałtu jako coś co bohaterka 'chciała'. Super!! Myślałam, że gorzej być nie może a jednak autorka zaskakiwała mnie z każdym nowym rozdziałem.
Wreszcie mocna kobieta, która wie co chce i zrobi wszystko by tego osiągnąć. Jest zawzięta, uparta, ma swoją opinię. Cała ta kompleksowa osoba z krwi i kości, z trudnym przeżyciami, która nie ugina się nikomu - zdeptana coraz bardziej z każdą stroną. Wielka szkoda bo pierwsze dwie książki czytało się z taką przyjemnością.
Ogólnie też wątek miłosny z Dago był strasznie irytujący - trzy książki przeczytałam i nadal nie wiem dlaczego są tak w sobie zakochani. Mają coś ze sobą wspólnego oprócz Włóczni czy.... bo nic mi do głowy nie przychodzi. I ciągle się rozbierali, o boooże człowieku dosyć tego. Pamiętam jedną scenę gdzie Bora I co się dzieję? Dago wyprasza wszystkich, i już ściągają bluzki i rozpinają spodnie. Aż mi się śmiać chciało. Czy autorka jest jakoś sfrustrowana czy co, że ciągle wciska nam takie scenki?
A wiecie co było najciekawszym momentem całego tomu? Bora ze Slavikiem na plaży :) Od nich jako jedynych poczułam, że jednak coś iskrzy i jest jakieś napięcie, pociąg do wyładowania.
Odradzam inwestowania w ten tom pieniędzy oraz czasu bo sami siebie będziecie okradać.
1,5 Z przykrością muszę to napisać. Jak na razie moje największe rozczarowanie... Pierwsze dwa tomy były bardzo fajne ale zakończenie tej trylogii mocno odbiega od jego początku. Może powodem jest to że to debiut a może wydawnictwo pospieszało. Bora na ostatnich ~200 stronach została praktycznie zniszczona jako postać, zakończenie słabe, na siłę, bez polotu. Szkoda!
Niestety ale jestem mocno rozczarowana. Nie rozumiem po co w tym tomie jest smok? Bora tak bardzo o niego walczyła a on okazał się tak na prawdę zbędny. Dola też się zbytnio nie przydała. Właściwie mam wrażenie, że nawet sama Bora nie była w tym tomie potrzebna. Była bo była i tyle. Tu się raczej szamotała sama ze sobą niż być użyteczna. Bardziej mi się podobał początek tomu niż jego koniec. Zniknął Stary Lud, który rzekomo zbierał się na skraju lasu, ale nigdy nie został wykorzystany. Później zniknął Dago, który albo zginął albo zamieszkał z Borą, ale niestety możemy się tego tylko domyślać bo "tata zabrał syna na polowanie." Znika Slavik, który prawdopodobnie zatracił się w swoim żywiole. A co najgorsze nie wiemy co się stało z przyjaciółmi Bory po ich pojmaniu i zawaleniu się zamku!!! Szkoda że nie ma pokazanego jak Bora przywraca wiarę w Stary Lud, jak wyrusza w podróż aby uwolnić serca strzyg. Autorka chyba za bardzo skupiła się na konflikcie Bory z babką. Czyje się tak jakbym niepotrzebnie przeczytała pół książki bo smok w końcu i tak spalił Waregów i nastał pokój. Było by szybciej zrobić to na samym początku bez zbędnej dramy.🤷
Podsumowując był to najsłabszy tom :(
This entire review has been hidden because of spoilers.
Nie każda historia fantasy potrafi tak mocno chwycić za serce i równocześnie rozbudzić wyobraźnię, jak trylogia Marty Mrozińskiej. „Smocza łza”, wieńcząca opowieść o Borze i Starym Ludzie, to książka, którą nie tyle się czyta, co przeżywa. Od pierwszych stron wciąga jak poranna mgła nad puszczą — gęsta, tajemnicza i pełna nieoczekiwanych kształtów.
Marta Mrozińska od pierwszego tomu („Jeleni sztylet”) pisze z lekkością, ale to właśnie w „Smoczej łzie” widać, jak bardzo rozwinęło się jej pióro. Styl autorki dojrzał, nabrał pewności i głębi, a jednocześnie pozostał przystępny. Przez tę książkę się nie idzie — przez nią się płynie, jak przez leśny strumień: czasem spokojny, czasem rwący, ale zawsze pełen życia.
Autorka mistrzowsko wplata w fabułę słowiańską mitologię, nie czyniąc z niej jedynie ozdobnika. Zmory, strzygi, Dola, a nawet Weles nie są tu pustymi nazwami — to elementy świata, który żyje, oddycha i czuje. To właśnie dzięki temu świat przedstawiony tak bardzo wciąga: jest obcy, a jednocześnie dziwnie znajomy. Mrozińska nie boi się czerpać z mitologicznego dziedzictwa, ale robi to z szacunkiem i wyobraźnią.
Bora to bohaterka, którą trudno zapomnieć. Nieidealna, niepokorna, obciążona odpowiedzialnością, której nikt nie chciałby dźwigać samotnie — a jednak to właśnie w tej samotności dojrzewa, rozpada się i na nowo skleja. W „Smoczej łzie” jej wewnętrzna podróż staje się równie ważna, jak ta, którą odbywa przez świat pełen zmor, strzyg i starosłowiańskich bóstw. Mrozińska pokazuje, że bohaterstwo nie zawsze polega na podniesieniu miecza — czasem chodzi o to, by nie stracić siebie.
„Smocza łza” nie daje wytchnienia. Kiedy już myślimy, że bohaterowie choć na chwilę mogą odpocząć, autorka serwuje kolejne dramaty, dylematy, niełatwe wybory. Relacje między postaciami są złożone, wielowarstwowe — od lojalności, przez zdradę, aż po miłość, która choć może nie jest wieczna, to bywa wystarczająco silna, by coś zmienić. Czuć tu prawdę emocji i autentyczność postaci. A Bora? Jej było mi po prostu… szkoda. Jak przyjaciółki, która dźwiga zbyt wiele, ale nie przestaje iść.
„Smocza łza” to zakończenie godne tej niezwykłej trylogii. Dynamiczna akcja, świetnie skonstruowany świat, głęboka psychologia postaci i styl, który zachwyca – wszystko to sprawia, że trudno się z tą książką rozstać. Sama odwlekałam moment zakończenia lektury, bo nie chciałam opuszczać Bory. A to, drodzy czytelnicy, jest zawsze najlepszy znak.
Z całego serca polecam trylogię Marty Mrozińskiej — nie tylko jako przygodę fantasy, ale jako opowieść o człowieczeństwie, odwadze i słowiańskiej magii, która wciąż tli się gdzieś między słowami.
Cóż to był za szalony rollercoaster zdarzeń, emocji, bohaterów. Z góry uprzedzam, że recenzja będzie zawierała spoilery zarówno do tej części jak i poprzednich.
Bora powraca z głębin wraz z potężnym smokiem. Lecz wielka moc i władza przychodzi ze swoimi obciążeniami, a nasza bohaterka będzie musiała uznać ograniczenia własnego ciała i zanim poleci ratować królestwo musi choć przez chwilę postawić na siebie co przyjdzie jej z niemałym trudem.
Mimo, że jest siłą z którą należy się liczyć nie osłoni jej to przed typowymi dla dworów manipulacjami i szlacheckimi gierkami, zwłaszcza, że babka Tarnina sączy swój jad do ucha króla, a także zyskała potężnego sojusznika na swoje rozkazy nie z tego świata... Wojska Waregii nie śpią i zrobią wszystko aby nie ustąpić pola lecz czy w starciu z wojskami Awandii oraz nieznanymi sobie siłami będą w stanie opierać się w nieskończoność?
Dawno nie spotkałam na kartach powieści tak złożonych bohaterów, targanych wieloma wątpliwościami i z trudnością odnajdujących się w trudnych realiach wojny.
Za każdym razem jak przysiadałam do czytania to z wypiekami na twarzy śledziłam losy naszych bohaterów i nieraz z obawą przerzucałam kolejne kartki w cięższych momentach.
Jedno trzeba powiedzieć jest to kawał świetnej słowiańskiej fantastyki w iście moim zdaniem momentami wiedźminowskim stylu gdzie potwory nie są tylko mrocznymi marami ale były kiedyś ludźmi, których spotkała krzywda od tego największego potwora czyli drugiego człowieka... Zdecydowanie ta historia pozostawia do myślenia.
Nieco momentami tylko przytłaczał mnie chaos w głowie bohaterki jak i ogólny chaos wojny, ale nie można tego w żadnej mierze brać jako minus, gdyż żaden konflikt, czy zbrojny czy wewnętrzny, nie ma ustalonego początku i końca biegnąc po prostej linii.
Zakończenie kosmicznie mnie zaskoczyło gdyż nie spodziewałam się tak nagłego i gwałtownego rozwiązania całej akcji. Epilog nieco wygładził mi odczucia po ostatnim rozdziale mimo to trochę mnie ono zawiodło. Chociaż cieszę się, że tak pozytywny koniec spotkał naszą bohaterkę, która swoim cierpieniem i wyrzeczeniami mogłaby obdzielić spokojnie z kilka osób.
Osobiście uważam, że jest to jedna z lepszych polskich serii fantastycznych i w przyszłości chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Po wydarzeniach z Bursztynowego miecza nie miałam wątpliwości – muszę wiedzieć, dokąd poniosą Borę dalsze mroczne ścieżki. Słowiański świat wykreowany przez Martę Mrozińską ma w sobie coś uzależniającego, a drużyna, której kibicuję od pierwszego tomu, coraz bardziej zyskuje na wyrazistości. Dlatego z wielką ciekawością sięgnęłam po finałowy tom trylogii pod tytułem Smocza łza, licząc na jeszcze więcej magii, mitów i emocji.
Smok. Pożar nie pyta o drogę, a za każde zwycięstwo należy zapłacić krwią. Bora powraca po raz ostatni, by rozstrzygnąć wojnę dwóch królestw i przywrócić dawną chwałę Staremu Ludowi. Siejąc spustoszenie i wzbudzając nieludzki strach, nadal stara się zapewnić bezpieczeństwo swoim najbliższym i zachować resztki człowieczeństwa. Pozostaje jedną z wielu sił, które pragną wyznaczyć nowy kurs Awandii. Czy młody król i żądna władzy babka dziewczyny zaakceptują nową rolę Wszebory? Zły szept krąży pośród licznych oddziałów zebranych z resztek armii i nowych sojuszników z Galindii, ale zdrada może nadejść z najmniej spodziewanej strony.
Bez trzymanki. Bywa, że książka cię porwie. A bywa, że najpierw cię kopnie, przeżuje, potem przytuli, a na końcu zostawi w emocjonalnej kałuży. Smocza Łza Marty Mrozińskiej zrobiła dokładnie to – bez ostrzeżenia i bez litości.
Bora wraca. I nie, nie z pokojem, uśmiechami i lukrowanym zakończeniem z dopiskiem „żyli długo i szczęśliwie”. Wraca z ogniem, zgliszczami, wyborami, które uwierają, i smokiem, który absolutnie nie nadaje się na maskotkę.
Mrozińska pisze tak, że tekst wchodzi pod skórę. Nie głaszcze po głowie, nie szepcze „będzie dobrze”. Raczej chwyta za gardło i nie puszcza – bo choć boisz się, co będzie dalej, to czytasz. I chcesz więcej.
Akcja? Potrafi pędzić na złamanie karku, ale też przytknąć do ziemi i dać oddech – choć nie zawsze przyjemny. Intrygi są gęste jak dym po spalonym grodzie. Emocje? Surowe, mocne, podane bez filtra. Raz się wzruszasz, raz masz ochotę trzepnąć czytnikiem o ścianę, a czasem po prostu siedzisz i czytasz z zaciśniętymi zębami, bo przecież to nie może się tak skończyć.
Czy są słabsze momenty? Jasne. Czasem tempo siada, czasem coś się przeciąga. Ale to drobiazgi. Bo całość ma charakter, wagę i serce – takie prawdziwe, z krwią i bliznami.
Krótko mówiąc: Smocza Łza to nie jest przyjemna przejażdżka. To jazda bez trzymanki – pełna intryg, brutalności, krwi i słowiańskiej magii – a przy tym mądra, dojrzała opowieść o wojnie, przemianie i wyborach, których nikt nie chciałby podejmować. Ale ktoś musi.
Nieważne, skąd nadejdzie cios, stwierdziłam. Przyjmę go, jak każdy inny, a potem wstanę, otrzepię ubranie i zmiotę przeciwników z powierzchni ziemi."
Oto on, finał historii naszej silnej, odważnej i niezwykle walecznej Bory. Spodziewałam się jednak po nim czegoś więcej i z żalem muszę napisać, bo nie chcę na siłę słodzić, że mało satysfakcjonująco wypadło to zakończenie. Czekałam na rozwinięcie tylu wątków, wielkie, epickie bitwy, zwroty akcji i emocje na miarę smoka, a tak naprawdę przez całą książkę nie działo się nic wielkiego. Za mało mi było aktywnie działającego Starego Ludu, za mało smoka, a wątek tytułowej Smoczej Łzy mógł zostać wykorzystany dużo lepiej. Zdziwiło mnie, że nie został połączony z mieczem i użyty w jakiejś finalnej bitwie. Do samego końca czekałam na jakieś wielkie WOW i niestety nie doczekałam się. Ostateczne rozwiązanie przebiegło strasznie szybko, nagle, chaotycznie i cóż... dziwnie. Zazwyczaj cała fabuła prowadzi do konkretnego finału, a tutaj miałam wrażenie, że zakończenie zupełnie nie potrzebowało całej reszty książki, zadziało się tak samo sobie.
Wielką zaletą tej historii są bohaterowie. Autorka od początku kreowała ich na postacie wielowymiarowe, nieidealne, często podejmujące złe decyzje. Ich droga była trudna i bolesna, a my przechodziliśmy ją wraz z nimi, obserwując jak zmieniali się z biegiem czasu. Bora dojrzała, nauczyła się ufać i polegać na innych. Kibicowałam tej dziewczynie od samego początku. Cieszę się ogromnie, że udało jej się znaleźć miłość i prawdziwą przyjaźń, należało jej się po tych wszystkich okropnych przeżyciach! Ale czy ostatecznie Bora doczekała się swojego happy endu? Musicie sprawdzić sami, bo mnie zakończenie zostawiło z wieloma pytaniami i domysłami.
"Smocza Łza" to dla mnie takie ⭐⭐⭐/6. Wciąż czyta się dobrze, ale nie aż tak płynnie i wciągająco jak poprzednie tomy.
SMOCZA ŁZA, czyli tom zamykający trylogię fantasy Marty Mrozińskeij - to mocny finał. Autorka rozkręciła krwawą drogę młodej kobiety, Bory, która pozbawiona normalności wkroczyła na ścieżkę niemalże szaleństwa. Ta niezwykła bohaterka, czarownica, władczyni Smoka, wściekła swoją siłą, jest postacią, która gonie uniosła ciężar całej opowieści. Za Wszeborą dobrze się podąża. Tom 3 jest pełen scen walki, ale i wątki prywatne, te bardziej czułe pełnią ważną rolę, można rzec, że wiodącą, ponieważ okazuje się, że pełna furii Bora ma serce i co ważniejsze - kieruje się nim. Marto Mrozińska ładnie domyka wątki, ale nie ma litości dla swoich bohaterów. Pisarka rozprawia się z ich życiorysami ostatecznie, nie dając im szans na szczęście. To mroczna wizja, brutalna, ale może przez to tak rzeczywista. Trudności, jakie napotykają na swej drodze nasze postacie wiodące, są metaforą życiowych potyczek. Może wszystko jest fantastycznie obkrojone, ulepione z baśni i słowiańszczyny, ale smutek, żal i wściekłość jest autentyczna i zrozumiała dla każdego. Podsumowując - POLECAM. Bardzo dobre fantasy, nasze, polskie, ciekawe, wciągające. Może nie zawsze lubiłam dialogi, ale światotwórstwo, to jak sobie pisarka wszystko zgrabnie rozplanowała - jest godne podziwu.Dobra konstrukcja, skorupa świata magicznego. Zaś trylogia wydana jest zacnie! Prezentuje się elegancko, co w moim odczuciu jest ważne, bo oczy prowadzą nas do wnętrza.
palić, niszczyć, zabijać... kochać tom 3 JELENI SZTYLET Wydawnictwo Zysk i S-ka egzemplarz recenzencki
Najgorsza z wszystkich trzech części, generalnie nudna, mnóstwo dłużyzn i wielokrotnie powtarzanie tego samego. Z tych trzech części dużo lepiej byłoby zrobić dylogie niż 79 raz powtarzać, że Bora jest dzika, nieufna albo ciężko jej coś zapamiętać. Postępowanie bohaterki niespójne, jakby autorka rzucała moneta, czy teraz na być krwiożercza, pieprznieta czy bezwolna.
Książka świetna, szkoda że tak wolno się wszystko działo w środku książki a na koniec , ostatnie rozdziały w przyspieszonym tempie, wszystko w nie wpakowane. Wydarzenia mogły być rozlozone bardziej równomiernie. No i najważniejsze pytanie KTO JEST OJCEM?!