Z drugiego końca kraju do Miasta na B. trafia Tatko.
To znaczy jeszcze nim nie jest, jeszcze może zdobywać świat, jeszcze kartkuje scenariusz życia, na marginesach dopisując sobie pomysły, nowe postaci do obsady.
Co on chce napisać? Nie jest biegły w pisaniu, za to umie działać. Intuicyjnie tworzy więc zarys akcji, zgrabnie ją rozwija, wyzwala perypetie, a na punkt kulminacyjny wręcz się wspina, żeby być jeszcze bardziej widocznym. Taki jest ten Tatko. A potem już szybki finisz w oczekiwanym przez wszystkich rozwiązaniu. Czy to on napisał dramat – czy to dramat wziął sobie go za bohatera?
Postaci poboczne starają się nadążać, ale czy to łatwe – być ciągle w biegu? Zmęczone, zwolniły nieco, żeby słowa i czyny zapleść w całość. Dopisały didaskalia.
„Nikt nie pytał, czy potrzebują pomocy albo wsparcia, a Celina nie śmiała prosić, skoro nic nie było w ofercie. Jak się załaduje wóz, to trzeba potem go uciągnąć, myślała, dając sobie przyzwolenie na trwanie w tym marazmie i niedoli”.
Takich rzeczy nie robi się dzieciom. Tak nie może być! Nie może być tak, że oto kochany tata idzie w tango i zostawia małą dziewczynkę, skazaną na ślepy los... „Tatko”, bo o nim mowa, i Mała, czyli córa. Ten duet skazany jest na porażek. Cały ta książka to zapis stop-klatek – cały ten cyrk i degrengolada widziana oczami dziecka. Historia pisana przez całe życie. To dziecko, przede wszystkim kocha, bo miłość ma różne odcienie, a niektórych nie da się wypłukać z serca nawet hektolitrami alkoholu. Mamy tu też dziecięcą nadodpowiedzialność i pomysł, by naprawić przeszłość. Bo przecież to wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej. Tymczasem nie ma recepty na tacierzyństwo, a ostatecznie, leku na śmierć.
Bardzo poruszający tekst. Myślę, że wiele osób, znajdzie tam fragmenty swoich biografii. Nie jesteście sami. Jest całe mnóstwo takich tatków.
Bardzo polecam
Książkę otrzymałam od autorki. Dziękuję. W tekście wykorzystałam słowa autorki.