Montana, 1911 rok. Po powrocie do Garnet Katie postanawia zawalczyć o syna. Niestety lata, które spędzili oddzielnie, odcisnęły piętno na ich relacji, więc próby Katie są bezowocne. John i Mary wychowują jej dziecko i celowo trzymają ją na dystans. Sytuacja Katie wydaje się przesądzona aż do czasu wspólnego wyjazdu na spęd bydła. Z dala od Garnet Katie odzyskuje wiarę w siebie i podejmuje próbę zdobycia zaufania i miłości syna. W międzyczasie poznaje tajemniczego mężczyznę, który początkowo budzi jej strach, ale ostatecznie zaczyna ją fascynować.
🌎🐂 Montana, ludność rdzenna, pęd bydła, silne kobiety 🐂🌎
Po dwóch gorszych tomach wracamy na zachwycającą drogę! Nie będę ukrywać, że Katie wkurzała mnie swoją osobą od pierwszego tomu i na początku nie byłam zainteresowana dalszym biegiem jej życia, jednak wróciliśmy do szybkiej i ciekawej fabuły i jestem wkręcona. Wplecenie bohaterów z ludności rdzennej dodało wiele uroku tej historii. Jeśli chodzi o podłoże romantyczne to mam faworyta dla Katie, ale zapewne się zawiodę znajać moje szczęście.
Główna bohaterka przeszła przemianę i nie jest tak irytująca jak w pierwszych tomach serii. Choć wciąż żal że Izzie jako matka i żona nie ma nic więcej do zaproponowania niż bycie tłem.
Już po raz piąty odwiedziłam Garnet. I po raz kolejny weszłam w życie amerykańskich osadników.
Tym razem historia opowiedziana jest oczami Katie. Pokazuje jej walkę o uczucia swojego syna oraz to jak dużą przemianę przeszła i dalej przechodzi w imię matczynej miłości. Coraz mniej zostaje w niej z tej eleganckiej, wychuchanej damy. Patrzymy jak rodzi się kobieta silna i nie bojąca się podjąć nowe wyzwania. Kobieta, która coraz szerzej otwiera oczy na rzeczywistość i przestaje wierzyć w absurdy stworzone przez elitę. A wszystko to jest dla jej syna.
Bardzo spodobał mi się wątek nazwijmy to – indiański. Czekam niecierpliwie jak on się rozwinie. Bo coś czuję, że tu to się będzie działo.