No niestety NOPE.
Nie lubię i nigdy nie lubiłam Twardocha. Nie lubię jego literackiej "męskiej" gęby, nie lubię sposobu opisywania kobiet, nie lubię przyjętej pozycji, że literatura musi taplać się w totalnej beznadziei i brudzie, żeby móc nam coś prawdziwego powiedzieć. Nie podzielam jego fascynacji bronią i podawaniem miliona technicznych szczegółów jej dotyczących. No i przede wszystkim, wbew pozorom XD, nienawidzę tych pretensjonalnych powtórzeń.
Null dałam szansę, ze względu na tematykę.
I no nie wiem, to nie tak że w tej książce nic dla siebie nie znalazłam. Temat ważny i ujęty uczciwie, naprawdę dobrze napisane dialogi, oraz mimo całego mojego buntu przeciw formie i jednak pewnej pretensjonalności, końcówka mnie ruszyła.
Ma też pewnie ta książka jakąś wartość historyczną, myślę że trafnie opisuje różne grupy ludzi trafiających na front wojenny w Ukrainie i szereg napięć występujących między nimi, które aktualnie, w walce, nie mają znaczenia, ale zaczną je mieć jak wojna się skończy. Może jest też świadectwem lingwistycznym specyficznego języka wojennego który się tam wykluł.
ALE. To jest książka, która nie jest mi do niczego potrzebna.
Jest z jednej strony gdzieśtam bardzo prawdziwa, dla mnie na takim oczywistym dość poziomie (choć jak widać musimy sobie stale o tym przypominać), bo mówi o tym że wojna jest poprostu koszmarem. Wojna jest okropna i my też robimy się na tej wojnie okropni. Wojenne realia nie przystają nijak do tych w których na codzień żyjemy. Że jak ktoś był na wojnie to się radyklanie zmienia jako człowiek. I że nawet jeśli byłeś czy może wciąż jesteś osobą, która walczy o coś, to w zderzeniu z konkretnymi sytuacjami wojennymi nie ma to poprostu znaczenia. Albo że ma znaczenie, ale ustępuje pierwszeństwa codziennemu praktycznemu koszmarowi. W wojnę zostajesz też wrzucony z ludzmi ze wszelkich ścieżek życia, często z ludźmi z którymi w normalnych warunkach nie chciałbyś mieć nic do czynienia, ale podziały te gdzieśtam stają się nieważne, bo musicie sobie ufać i tkwicie wspólnie w tym koszmarze. Mieć poczucie sensu na wojnie jest chyba niemożliwe, a jednak, heroicznie, bohaterowie książki Twardocha o to walczą, heroizmem czynów małych i w szerszym rozrachunku pozbawionych znaczenia. I wszystko to, jak podejrzewam, jest szczerą prawdą.
Moje pytanie brzmi: po co mi to, po co ja mam o tym czytać. Są inne, lepsze książki na ten temat. Książki w których jednak zależy Ci na bohaterach, bez pretensjonalnej nuty, bez tego Ojca Dniepru i Matki Księżyca czy jak to tam było. Książki w mniejszej potrzebie większej ilości kropek. Ja już wolę czytać reportaż wojenny, tyle samo tam pewnie brutalnej prawdy a mniej powtórzeń, mniej stałego upewniania się że do mnie, czytelniczki, dotarło to co miało. Wojna nie ma w sobie nic z człowieka, ale wciąż toczą ją ludzie - konkluzja równie prawdziwa, co bez dobrej oprawy banalna. I tak jak suche opisy poszczególnych bohaterów i dialogi trzymały się mocno, i są moim zdaniem najlepszą częścią tej ksiązki, tak już wewnętrzna narracja głównego bohatera była dla mnie ciężka do przełknięcia, za dużo tam było komentarza odautorskiego, często w wątpliwym guście, a tutaj większośc rzeczy najlepiej wybrzmiałaby samodzielnie.
Wkurwiał mnie ogólny stosunek do kobiet autora (kobiety u niego, nawet teoretycznie ważne postaci, jak tutaj Zuia, zawsze pełnią jakąś rolę służebną względem narratora, to nigdy nie są pełnowymiarowe osoby. Zuia ma tutaj rolę przypominania bohaterowi o jego człowieczeństwie a jednoczesnie jest kobietą potwornie skrzywdzoną i oczywiście ta krzywda ją w pełni definiuje). Wkurwia mnie też jego obsesja opisywania wyglądu, zarówno kobiet jak i mężczyzn, ale szczególnie ta pogarda wobec kobiet po operacjach plastycznych twarzy ("glonojady"). Można się pewnie też sprzeczać, czy realizm książki by ucierpiał na braku rasistowskich czy szowinistycznych anegdot z frontu, albo czy brak realnego uwzględnienia perspektywy kobiecej na wojnę to wybór przypadkowy, dyktowany chęcią oddania tego co wybrzmiewa w głównym nurcie (ale czy tak bardzo głównym? przecież kobiet w armii ukraińskiej jest prawie 20 procent). Taka też jest z pewnością armia, ale wolę czytać jak sobie radzą z tym kobiety na froncie niż smutny mężczyzna z Warszszawy u Twardocha, dla którego te wszystkie estetyczne wzmożenia są czysto performatywne, bo te obelgi jakoś nigdy nie dotyczą jego personalnie. Łatwo mu, mimo jakichśtam skrupułów przystać, że no tak to już jest na wojnie. I może jest w tym nawet jakaś uczciwość intelektualna, może tak by to właśnie wyglądało, ale ostatecznie, ta konkretna perspektywa zupełnie mnie nie obchodzi.