Kurczę, ja jednak chyba się nie zgrywam z tą serią :/
Z "Post Scriptum" miałam podobny problem, to jest czytałam powieść, jakby to był oaranormalny kryminał i czułam się zawiedziona rozwiązaniem 'zagadki'. Które w "Vice versa", co tu dużo mówić, pojawia się trochę znikąd i nie jest podprowadzone na tyle, by czytelnik mógł na własną rękę zgadnąć, o co chodzi. Są poszlaki, ale nie łączą się one na tyle, by wywołać satysfakcjonujący moment eureki u czytelnika; raczej skonfundowane drapanie się po głowie.
I tylko nie wiem, czy to moja wina, bo "źle" wyczuwam gatunek serii, czy książek, które nieco chwiejnie poruszają się w ramach gatunku.
Owszem, jest i "urban", i "fantasy". I jak zwykle Milena Wójtowicz świetnie łączy prozę życia codziennego z nienormatywnymi elementami. BHP, psychologia czy ochrona środowiska nie są elementami, które w pierwszej chwili łączylibyśmy z dziwnymi, zmyślonymi stworzeniami czy wątkami paranormalnymi, ale u Wójtowicz to wszystko się pięknie zazębia. Bohaterowie też są sympatyczni (choć momentami nieco przefajnieni, na szczęście nie w irytujący sposób) i oglądanie ich nienormatywnego "slice of life" jest miłym, odprężającym doświadczeniem.
Ale trudno mi się oprzeć wrażeniu, że jest tu materiał na szczuplejszą, zwięźlejszą, tak jakby... ostrzejszą książkę. W takim sensie, że można się golić ulubioną stępioną golarką, ale lepszy efekt osiągnęlibyśmy wyposażając się w ostrzejszą brzytwę.
Ale co kogo bawi :)