Nie mogę jednak powiedzieć, że do końca czuję się usatysfakcjonowana. Czytałam przed Hard Feelings ksią��kę, która też miała motyw ślubu w Vegas i myślałam, że fabuła, którą stworzyła Jennifer, utrzyma dobry poziom. Jednak zabrakło mi lepszego początku i później to stworzyło lekturę trudną do czytania. Widoczne były sinusoidy, pomiędzy dobrym i konsternującym mnie wydarzeniem, wątkiem. Tak, opis w miarę przejrzyście naprowadza na fabułę i wyżej wymienione motywy. Teoretycznie wiedziałam, na co się decyduję, ale praktycznie po skończeniu historii nie czuję, że jestem w stanie podpisać się pod nią dwiema rękami.
Streszczając fabułę, już od początku dostajemy cykl przyczynowo (wiadomość SMS do Cecily od Dominica z zaproszeniem do klubu) - skutkowy (Cecily ucieka, pomimo dobrej atmosfery, ponieważ podsłuchała rozmowę telefoniczną Dominica). Koniecznością było tutaj wprowadzenie misscommunication thrope, gdzie nie do końca był dla mnie wyważony i taki mocny w postawie, który naprawdę dałby początek relacji loathe to love.
Nie znając dobrze bohaterów, po całej tej akcji, postać i zachowanie Cecily było dla mnie niczym innym jak infantylnym zachowaniem, bo ogółem ta akcja poszła w dziwnym kierunku. Nie była to do końca jej typowa reakcja. Jasne, poznamy dopiero później dlaczego, ale sam fakt przedstawienia tego, dlaczego ona w ogóle musiała poszukać Dominica, jest trochę dziwne. On tylko wyszedł odebrać telefon, a Cecily za nim poszła, kiedy miała odpowiedzieć znajomej-barmance, czy chce jeszcze jakiegoś drinka. Wychodząc, wyjaśniła, że na to pytanie musi odezwać się Dominic.
Później to przekierowało głównych bohaterów do jednostronnej nienawiści Cecily do Dominica, ale że tak powiem, 8 miesięcy później spotkają się ponownie na połączonym panieńskim i kawalerskim kuzyna Dominica i przyjaciółki Cecily. Który jest w Vegas- już sami musicie ułożyć puzzle, co z tego wyszło.
Trzeba jeszcze nieco powiedzieć, o wątku wspólnej wycieczki z rodziną Cecily i tak, jak myślałam, że może to jakoś przejdzie i zatrzyma mnie bliżej siebie, no to nie mogę przejść obojętnie. Tutaj trzeba się pochylić nad personą Savage Grandma i tego, jak została przedstawiona. Rozumiem, że autorka chciała pokazać, że babcia jest takim wzorem dla Cecily i wsparciem. Jest osobą, która jeszcze trzyma Cecily bliżej rodziny pomimo wszystkiego, co się wydarzyło…ale coś mi tutaj nie grało. Nie chodzi o to, że w książce autorka sięgnęła po lekko spirytualistyczne podejście do tematu opuszczania lądu (d@th doulA i te sprawy), ale o to, jak sztucznie to wyglądało. 2-3 razy mieliśmy do czynienia z takim podejściem, gdzie naprawdę bohaterowie zaczęli się oczyszczać z tego trzymającego zła. Na pewno ta wyprawa zmieniła całą rodzinę Hamptons (nie zaprzeczę), ale wydaje mi się, że bez spirytualistycznych aspektów cały przebieg historii byłby taki sam. Zamiast osoby Rainbow i gadki o aurach i vortexach, mogli nadal się udać na tę wyprawę. Albo w drugą stronę - dać trochę więcej tego klimatu i idąc tym tokiem dać Rainbow więcej niezależności.
Ciężko też było patrzeć na to, jak Dominic, się agentem literackim i jego wewnętrzne myśli były przepięknie poprowadzone (każdy czytelnik, który czyta książki i cały czas kształtuje swoją wyobraźnię, na pewno znalazłby z nim nić porozumienia), a ciąg wydarzeń żył zupełnie innym tempem, w końcu samej wycieczki, która była stworzona po coś.
Ogółem jest to średnia książka. Cały przekaz, który miał prawdopodobnie wybrzmieć do mnie, mieszał się z różnymi wątkami, czy scenami zbliżeń, czy ślubu w Vegas, przez co nie mogłam się skupić. Moja początkowa ekscytacja zmieniła się w dalsze dłubanie przez wątki z celem ukończenia tego szybko. Plus zauważyłam, że z każdym procentem do 70% miałam tylko sporadyczne ataki energii na czytanie.