W skali od 1 do 5 – minus 3, w porywach do minus 2, słowem: autentyczny koszmar. Skłania przy okazji do refleksji, jak nisko musiała upaść kultura, żeby takie gówno, autorstwa nomen omen kulturoznawcy, uchodziło w ogóle za literaturę. Tym bardziej to zasmucające w kontekście na przykład recenzji na lubimyczytać.pl pełnych zachwytów i wzruszeń, jakie użytkownikom tamtego portalu podczas lektury tego czegoś najwyraźniej towarzyszyły.
Ludzi piszących jak Ćwiek są w Polsce setki, jeśli nie więcej. I większość z nich, podobnie jak Ćwiek, ma głowy napakowaną tanimi grepsami i schematami z filmów, seriali, gier i innego popkultowego śmiecia. Problemem Ćwieka i jego naśladowców jest całkowita niemożność wyjścia poza zgrywę polegającą na żonglowaniu cytatami, wulgaryzmami i tanią pornografią. Zero refleksji, zero dystansu, zero ironii – po prostu nieustająca papka skojarzeń, infantylnych historyjek na poziomie wiecznie napalonego gimnazjalisty i całkowicie bezrefleksyjnego pożeracza kultury, który udaje „pisarza”. O jakichkolwiek zabiegach literackich, zabawie formą, NAŚLADOWANIU MISTRZÓW NA POZIOMIE POETYKI a nie grepsiarskich skojarzeń oczywiście nie ma tutaj mowy.
No i problem najgorszy – udawana fantastyka. O ile w cyklu o Lokim zanurzenie w konkrecie współczesności da się jeszcze znieść, to tu element fantastyczny jest jedynie pozorowany. „Chłopcy” niestety tylko udają fantastykę, oferując zamiast niej przesadnie realistyczny obraz małomiasteczkowego wieśniactwa i żenujących postaci tytułowych, którzy „zajebiści” mogą wydawać się tylko kompletnemu idiocie.
O stosunku „Chłopców” do „Piotrusia Pana” na poziomie literackim nawet nie warto wspominać z litości dla autora. Warto natomiast zacytować, ku pamięci potomnych, jak autor pięknie, z wrodzonym talentem literackim i kulturoznawczą wrażliwością, przedstawia dojrzewanie bohatera stworzonego przez Barrie’ego:
„Poczuł narastające podniecenie. Znał to uczucie od zawsze, ale dopiero piraci nauczyli go, że tak właśnie powinien je nazywać. Powiedzieli mu też, co należy z nim robić, i to zarówno gdy jest sam, jak i gdy ma w pobliżu kogoś, kto może mu w tym pomóc. Tak, odkrył prawdziwą nową przygodę, gdy nauczyli go dymać, pieprzyć, rżnąć, pierdolić i jeszcze dostrzegać, na czym polega różnica między tymi czynnościami. W zamian Piotruś dał im Tygrysią Lilię, córkę wodza Indian, gdy już z nią skończył. Gdy do niej przyszedł pewnej nocy, oddała mu to wszystko w jednej chwili i z uśmiechem. Była dlań cudowna i chętna, zachowywała się, jakby długo na to czekała, więc po wszystkim uznał, że to było wspaniałe i będzie stanowiło uczciwą wymianę z kamratami. Nie zamierzał wszak karmić ich ochłapami.”
Brawo! Autor! Autor!