Przy takim tytule trudno się nie połasić na to dość oczywiste stwierdzenie, że to książka pisana prosto z wnętrza. Rzucone na papier, wyciągnięte z głębin pamięci przebłyski, wspomnienia, wymiany zdań. Fragmentaryczne, przetworzone przez zawodną pamięć, nieobiektywne. Ponumerowane od stu do jednego migawki z życia dorastającej w latach dziewięćdziesiątych dziewczyny składają się na obraz dość typowy dla ówczesnej polskiej rzeczywistości. To trzymająca się razem, ale jakoś osobno rodzina. A w tej rodzinie - spowodowane przesiedleniami, okrutną historią, dotkliwą żałobą - przekazywane z pokolenia na pokolenie trauma, strata, zagubienie. A przede wszystkim, w powracającym jak mantra motywie jedzenia, wspomnienie niedostatku.
Przetrawiający swoją historię narodową (jak w „Traumalandzie” Bilewicza) i pokoleniową (biorąc sztandarowy przykład w postaci bestsellerowych „Chłopek” Kuciel-Frydryszak) Polacy odkrywają pewne mechanizmy i zachowania, które okazują się dość powszechne w naszym kraju. Jednym z tych mechanizmów jest pewne odcięcie emocjonalne i zastępowanie bliskości poprzez namacalną ofiarę z czasu i trudu potrzebnego na przygotowanie zastawionego stołu. I tak w wielu rodzinach uczucia są okazywane poprzez często przemocowe wciskanie jedzenia. Bo kiedyś brakowało, kiedyś nie było. Zrobisz babci przykrość i nie zjesz?
„Trzewia” są pełne tego typu obrazków i historyjek. Czasem niesamowicie celnych i zakończonych doskonałą puentą - jak na przykład powracający w postaci klamry kompozycyjnej obraz ukrywania się za wielkim brzuchem dziadka - a czasem słabszych czy takich jednak niedopieczonych. Gdy jednak taki słabszy kilkulinijkowy kawałek staje w pełnym świetle pustej kartki, zamiast błyszczeć, niestety uwiera. Na pewno świetnym zabiegiem jest każdorazowego precyzowanie, z którym dziadkiem czy babcią mamy do czynienia poprzez powtarzanie niczym epitet homerycki związanych z nimi miejsc. W ten sposób jednym tchem mówiąc „babcia z Wołynia/Reblina/Słupska” czy „dziadek z Chodzieży/domów dziecka/Gdańska” przypominamy sobie wciąż na nowo całą historię tułaczki i związane z nią poszukiwanie tożsamości czy pewne poczucie wyobcowania.
Wydaje mi się, że choć autorka dojrzewała wiele lat do spisania tej historii, mimo wszystko ten debiut mógł jeszcze trochę poleżeć i w pełni dojść. Jest to trochę sama esencja, zaczyn, po którym mamy odczucie braku większej całości, w którą można się naprawdę wgryźć. Jak z ciastem drożdżowym: może gdyby postała w cieple uwagi, urosła do większych rozmiarów, a potem została zagnieciona na nowo, mogłaby być naprawdę wspaniała. Mimo uwag to jednak rzecz wciąż warta uwagi i dająca do myślenia - bo chyba każdy znajdzie tam choć jeden kawałek, w którym może się odbić jak w lustrze.
Wielu krytyków tymczasem narzeka, że debiutujące teraz pokolenie nic tylko nurza się w autoterapeturycznym sosie i rozdrapuje rodzinne rany. Może i sporo teraz powtarzalnych powieści i nie wszystkie są wybitne, może trzeba spojrzeć na to trochę szerzej. Skoro żyjemy w tym samym kraju, nasze rodziny były doświadczane przez los przez podobne dramaty, a potem radziły sobie z traumami w podobny sposób, to nic dziwnego, ze kolejne pokolenia wyrzucają z siebie podobne historie. Że wychowując się podobnej rzeczywistości, otoczeni podobnymi artefaktami tych samych czasów, teraz mierząc się z przeszłością i tym, jak nas ukształtowała nasza historia rodzinna i mechanizmy przetrwania w tejże rodzinie (czy to butelka, różaniec, przemoc czy talerz jedzenia), produkujemy podobne powieści.
Akurat teraz jesteśmy w takim momencie, że mamy na to czas, że chodzimy na terapię, że próbujemy pogłębić nasze zrozumienie - samych siebie jako jednostek, ale też wspólnoty pewnych doświadczeń. Podejrzewam, że gdybym napisała mój debiut, spotkałabym się z tymi samymi zarzutami, że znów międlimy to samo. Ale nawet jeśli jest to męczące i monotonne dla krytyka, to może właśnie tego spojrzenia w głąb i rozbebeszenia teraz potrzebujemy jako pokolenie?