W centrum tej opowieści jest zwykła polska rodzina. Matka, ojciec, rodzeństwo, dziadkowie. Tłusto zastawione stoły, sałatki z majonezem, ciasta z margaryną. Wielki brzuch dziadka, za którym można się ukryć. Zwyczajnie mieszka też w tym domu strata: w opowieściach litania wojennych traum, w teraźniejszości – nagły brak, po którym wycie niesie się z łazienki.
W tle Polska lat dziewięćdziesiątych. Wycinanie wzmianek o Spice Girls z "Popcornu", serowe flipsy zostające na palcach i zapach kiosku. To rzeczywistość nieodległa, a zarazem bezpowrotnie utracona. Jak bowiem uczy doświadczenie dziadków, do niczego nie można się przyzwyczajać. Raz jest się tu, raz tam, raz ma się, raz ma się odebrane. Zostają ciała, które trzeba nakarmić.
Debiut Aleksandry Paduch jest mikrohistorią jednej rodziny, a jednocześnie opowieścią o wielu polskich rodzinach, w których cielesność i bliskość były zarazem naturalne i wstydliwe, konkretne i niewypowiedziane. To precyzyjny, fizjologiczny opis lęków i pragnień, zagnieżdżonych w brzuchu i głowie. W trzewiach.
Dla mnie zbyt chaotyczna i zdecydowanie zbyt prywatna. Krótkie akapity, które zdają się być odrobinę wyrwane z kontekstu, brak wyraźnych powiązań między poszczególnymi częściami, mnóstwo postaci, o których niby dowiadujemy się sporo, a jednak zamykając książkę nadal nie wiemy nic.
Liczyłam chyba na coś zupełnie innego, a dostałam zaledwie jeden fragment, z którym mogłam się jakoś utożsamić. Niby ten tekst zawiera wiele uniwersalnych doświadczeń (bo która polska rodzina nie ma trudnej przeszłości zajadanej rosołem i kartoflami?), ale zostały dla mnie opisane zbyt powierzchownie, by móc je należycie poczuć. Od początku do końca pozostajemy od tej historii i jej bohaterów oddzieleni murem. Nie umiałam się w nią zaangażować emocjonalnie.
Ciężko połapać się w losach rodziny opisywanej przez autorkę. Dla niej pewnie różne rzeczy były oczywiste, według mnie niestety nie dostaliśmy jako czytelnicy zaproszenia do jej świata.
Zupełnie nie moja wrażliwość, nie mogłem odnaleźć się w splocie słów, krótkich rozdziałach i wrażeniach autorki. Czuję, że to na maxa prywatna rzecz i pewnych wydarzeń, osób po prostu nie potrafiłem zrozumieć, pojąć w jakiś sposób. Dużo tu wrażeniowości, którą zazwyczaj lubię, jednak w “Trzewi” nie mogłem jej pojąć. Zostaje ze mną ten fragment, bo sam pamiętam flipsy karmelowe.
,,Flipsy z królikiem na opakowaniu lepiły się na żółto do palców, a lizzywanie resztek przypominało inną przyjemność: nurzanie języka w oranżadzie w proszku, tej łaskoczącej, która ekscytowała kubki smakowe, a w ustach zabawnie strzelały miliony fajerwerków. Słodkich — podniecających, kwaśnych, niemal piekących. Moja siostra wolała jednak wyskubywać język do opakowania vegety. A wyglądało to tak, jakby już zawsze chciała ten mięsień ćwiczyć w proszku smaku umami, jakby chciała swój ozór przydusić w miłosnym uścisku do postrzępionych brzegów opakowania.”
mocne to było, językowo niebywale precyzyjne, piękne. szkoda, że książka zbiera sporo nieprzychylnych recenzji, skupiających się tylko na jednym temacie książki. Na mnie zrobiła wrażenie, a po skończeniu trochę sobie sama ze sobą pomilczałam.
Wszystko już było, mam wrażenie, że od lat czytam tę samą książkę o dojrzewaniu i dzieciństwie w latach 90, tylko zmieniają się nazwiska na okładce. Ma kilka małych zachwytów, ale od reszty się odbiłam.
Porcja niewielkich rozmiarów ale za to pełnowartościowa, wysokokaloryczna. Pożarłem. Drugi tydzień jak siedzi mi w głowie i trawię. Rozsmakowałem się w tej prozie. Mam apetyt na więcej. Rodzinne traumy zarysowane lekką kreską, ledwo naszkicowane, ale czujemy jak bardzo ciążą nad życiem bohaterki. Jest tu świadomość historii, luk, niedopowiedzeń i ukrywanych tematów ale na szczęście bez użalania się nad sobą, bez epatowania emocjami. Odnajduję się w tej prozie. Podobnie jak bohaterka mam sporo tego typu rodzinnych historycznych „ciężarów”. Wspaniałe jest to, że mimo że czujemy jak bardzo osobista to historia to jest ona tak bardzo uniwersalna. Ciekawe jest też to, że pisząc o „nieumiarkowaniu w jedzeniu i picu” sam styl jest niezwykle oszczędny, saute. Przypomina mi Annie Ernaux.
Nie wiem jak ocenić czyjeś wspomnienia. Niektóre dotykały moich nozdrzy, policzków, ust. Patrzyłem nawet w pusty sufit, widząc je przed sobą - tak jakby były moje.
Zwięźle, ale w punkt. Odpowiada mi ta narracja, pełna niedopowiedzeń, mocno zakotwiczona w Polsce lat 90-tych. Od razu przychodzą do głowy fragmenty z "Chłopek" o tym jak jedzenie wypełnia emocjonalne braki, jak służy okazywaniu uczuć.
Ciężka w odbiorze i niezrozumiała. Pisana w przypływie potrzeby opublikowania swoich prywatnych perypetii. Autorka nie nawiązuje relacji z czytelnikiem, miałam wrażenie że pisząc to myślała, że wiele faktów jest oczywiste, a są to przecież jej osobiste przeżycia. Brak konkretnej chronologii i zupełnie nieuzasadniony układ rozdziałów idących od 100 do 1.
Przy takim tytule trudno się nie połasić na to dość oczywiste stwierdzenie, że to książka pisana prosto z wnętrza. Rzucone na papier, wyciągnięte z głębin pamięci przebłyski, wspomnienia, wymiany zdań. Fragmentaryczne, przetworzone przez zawodną pamięć, nieobiektywne. Ponumerowane od stu do jednego migawki z życia dorastającej w latach dziewięćdziesiątych dziewczyny składają się na obraz dość typowy dla ówczesnej polskiej rzeczywistości. To trzymająca się razem, ale jakoś osobno rodzina. A w tej rodzinie - spowodowane przesiedleniami, okrutną historią, dotkliwą żałobą - przekazywane z pokolenia na pokolenie trauma, strata, zagubienie. A przede wszystkim, w powracającym jak mantra motywie jedzenia, wspomnienie niedostatku.
Przetrawiający swoją historię narodową (jak w „Traumalandzie” Bilewicza) i pokoleniową (biorąc sztandarowy przykład w postaci bestsellerowych „Chłopek” Kuciel-Frydryszak) Polacy odkrywają pewne mechanizmy i zachowania, które okazują się dość powszechne w naszym kraju. Jednym z tych mechanizmów jest pewne odcięcie emocjonalne i zastępowanie bliskości poprzez namacalną ofiarę z czasu i trudu potrzebnego na przygotowanie zastawionego stołu. I tak w wielu rodzinach uczucia są okazywane poprzez często przemocowe wciskanie jedzenia. Bo kiedyś brakowało, kiedyś nie było. Zrobisz babci przykrość i nie zjesz?
„Trzewia” są pełne tego typu obrazków i historyjek. Czasem niesamowicie celnych i zakończonych doskonałą puentą - jak na przykład powracający w postaci klamry kompozycyjnej obraz ukrywania się za wielkim brzuchem dziadka - a czasem słabszych czy takich jednak niedopieczonych. Gdy jednak taki słabszy kilkulinijkowy kawałek staje w pełnym świetle pustej kartki, zamiast błyszczeć, niestety uwiera. Na pewno świetnym zabiegiem jest każdorazowego precyzowanie, z którym dziadkiem czy babcią mamy do czynienia poprzez powtarzanie niczym epitet homerycki związanych z nimi miejsc. W ten sposób jednym tchem mówiąc „babcia z Wołynia/Reblina/Słupska” czy „dziadek z Chodzieży/domów dziecka/Gdańska” przypominamy sobie wciąż na nowo całą historię tułaczki i związane z nią poszukiwanie tożsamości czy pewne poczucie wyobcowania.
Wydaje mi się, że choć autorka dojrzewała wiele lat do spisania tej historii, mimo wszystko ten debiut mógł jeszcze trochę poleżeć i w pełni dojść. Jest to trochę sama esencja, zaczyn, po którym mamy odczucie braku większej całości, w którą można się naprawdę wgryźć. Jak z ciastem drożdżowym: może gdyby postała w cieple uwagi, urosła do większych rozmiarów, a potem została zagnieciona na nowo, mogłaby być naprawdę wspaniała. Mimo uwag to jednak rzecz wciąż warta uwagi i dająca do myślenia - bo chyba każdy znajdzie tam choć jeden kawałek, w którym może się odbić jak w lustrze.
Wielu krytyków tymczasem narzeka, że debiutujące teraz pokolenie nic tylko nurza się w autoterapeturycznym sosie i rozdrapuje rodzinne rany. Może i sporo teraz powtarzalnych powieści i nie wszystkie są wybitne, może trzeba spojrzeć na to trochę szerzej. Skoro żyjemy w tym samym kraju, nasze rodziny były doświadczane przez los przez podobne dramaty, a potem radziły sobie z traumami w podobny sposób, to nic dziwnego, ze kolejne pokolenia wyrzucają z siebie podobne historie. Że wychowując się podobnej rzeczywistości, otoczeni podobnymi artefaktami tych samych czasów, teraz mierząc się z przeszłością i tym, jak nas ukształtowała nasza historia rodzinna i mechanizmy przetrwania w tejże rodzinie (czy to butelka, różaniec, przemoc czy talerz jedzenia), produkujemy podobne powieści.
Akurat teraz jesteśmy w takim momencie, że mamy na to czas, że chodzimy na terapię, że próbujemy pogłębić nasze zrozumienie - samych siebie jako jednostek, ale też wspólnoty pewnych doświadczeń. Podejrzewam, że gdybym napisała mój debiut, spotkałabym się z tymi samymi zarzutami, że znów międlimy to samo. Ale nawet jeśli jest to męczące i monotonne dla krytyka, to może właśnie tego spojrzenia w głąb i rozbebeszenia teraz potrzebujemy jako pokolenie?
Nieprzegadana, zwięzła, nie epatuje emocjami, sprawozdawczo, dość chaotycznie. Po strukturze wspomnień i pamięci rekonstruuje historię rodziny kilku pokoleń. Głównie trudne wspomnienia, ale nie brakuje całkiem błahych (nigdy nie wiesz, co zapamiętasz). Wszystkie skrawki są przy tym dość plastyczne, opowiadają też doświadczenie pokoleniowe, więc dla ludzi urodzonych w latach 80., może wczesnych 90. pewnie takie, w których łatwo się odnaleźć. Przynajmniej niektórych. To historia o nieumiejętności radzenia sobie z emocjami, rozmową z bliskimi, czy akceptacją siebie. Z tej perspektywy uniwersalna. Wydaje się zbyt intymna, co paradoksalne - biorąc pod uwagę mur, który nas mimo wszystko oddziela od bohaterki (pozostaje w jakimś jednak ukryciu - niemal do końca). Mur jak słoik, wyrażający i oddzielający jednocześnie emocje ludzi sobie bliskich. Karmienie zastępuje tu miłość, a zajadanie maskuje traumy, lęki i smutki.
Bezpańskie psy, dłubanie słoneczniku, "Bravo Girls" z kiosku i zapach wydobywający się z paczki chrupek kukurydzianych. Ale też ubogie w smaki i zapachy obiady, marzenia o innym świecie i walka o przetrwanie w tym, który się wydarzył. Literatura coraz częściej sięga po opisywanie ostatniej dekady XX wieku.
Aleksandra Paduch zaprasza nas do opowieści o zwyczajnej, polskiej rodzinie. Takiej, w której rozmowę o emocjach zastępują zrytualizowane gesty. Takiej, w której co jakiś czas dochodzi do mniejszych lub większych tragedii, o których lepiej milczeć. W której są "dziadek z Boratyna/Reblina/Słupska" i babcia "z Wołynia/Reblina/Słupska". W której każdy czuje się samotny.
"Trzewia" to poruszające, pisane w pierwszej osobie, miniatury, które składają się na wciągającą opowieść o tym, skąd przychodzimy. Bardzo udany debiut pochodzącej ze Słupska, mieszkającej w Krakowie historyczki sztuki.
Problemem nie jest wtórność motywów, wszystko już było i zawsze będzie w tak zwanej literaturze pięknej i w sumie w każdej, znamy tę historię ale i inne historie, więc nie tu dopatruję się problemem. Nie jest nim też język, bo on jest poprawny, poetycki, dobrze dobrany do tonu opowieści. Nie urywa niczego, ale nie zgrzyta między zębami. Problemem jest pewnego rodzaju pustka: emocjonalna i intelektualna. Spisanie swoich, czy niekoniecznie swoich (bo już to jebanie autofikcji też mnie męczy, bo NIE W TYM jest problem) doświadczeń, to jeszcze nie jest powieść. Czy jak to się dziś mówi, proza. W "Trzewiach" dostrzegam przede wszystkim brak. Brak pomysłu, struktury, esencji opowiadania, tego o czym tak naprawdę chce się opowiedzieć. Dlatego oceniam tę książkę bardzo wysoko w kategorii "wprawka literacka", a nisko w kategorii "powieść".
Przepiękna, oszczędna fraza. Opowieść o nas wszystkich: o karmiących babciach, o brzuchach, o sałatce warzywnej, a przy tym, po prostu, o Polsce, o Polakach. Wreszcie coś nieprzegadanego. Literacka układanka, którą każdy może poskładać i uzupełnić sobie sam. Nie wiem, czy to autofikcja, nie grzebałam autorce w życiorysie, ale wiem, że w paru miejscach się odnalazłam, więc może to bardziej uniwersalna opowieść niż myślicie?
„Trzewia” to książka, która od razu przyciąga szczerością. Autorka potrafi opisać emocje w sposób prosty, a jednocześnie bardzo celny. Nie unika trudnych tematów, ale prowadzi czytelnika tak, że nie czuje się on przytłoczony. Zostaje po niej poczucie zrozumienia i spokoju.To dojrzała, poruszająca opowieść, która naprawdę zostaje w pamięci.
Polski debiut lepszy od koreańskiej noblistki – przynajmniej jeśli porównujemy ze zbudowaną podobnie „Białą elegią” Han Kang. Zapraszam do wysłuchania całości recenzji, bo ta powieść (oraz reportaże Klaudii Stabach) stoi za powstaniem cyklu „Jak przeżyć Boże Narodzenie po ludzku”. https://youtu.be/3y53Qtl1tWk
Spodziewałam się czegoś innego, a przynajmniej na odmienną treść wskazywał opis na odwrocie książki. Autorka dość konsekwentnie buduje abiektywny obraz jedzenia i wydaje się, że wstręt (tuż obok śmierci) jest tematem przewodnim. Trochę tu kastracji (w różnej formie), wydzielin, wymiocin, obrzydzenia jednych osób drugimi, ale ostatecznie niewiele ponad przypadkowe kartki z dziennika. Można oczywiście założyć, że taki też był zamysł, tylko: co to wnosi? Stylistycznie dobre, ale pozostawiły mnie bez większych refleksji.
To jest dobrze napisana książka, ale mam wrażenie, że trzeba lubować się w tego typu nostalgiczno chaotycznym trochę niedopowiedzianym stylu. Mi się to podoba, bo pozostawia miejsce na domysły.
Zbyt prywatna i jednocześnie zbyt oszczędna. Rozdziały urywały się zanim dobrze się zaczęły. Język jest piękny, a opisywane wspomnienia budzą emocje, pozostawiając czytelnika w dyskomforcie.