🏄♀️𝟒,𝟕𝟓/𝟓
[ współpraca recenzencka ]
Wow. Tym jednym słowem określiłabym tą książkę, a w zasadzie całą dylogię. Na „Ocean Straconych Nadziei” czekałam już od ery wattpada, a kontynuacji wyczekiwałam jeszcze bardziej.
„Wyspę” zaczęłam czytać od razu po „Let me love you” i na początku ciężko było mi się wkręcić, bo po LMLY wpadłam w mini zastój, jednak jak porządnie do niej usiadłam, to już nie mogłam się oderwać.
Mimo że OSN czytałam dawno temu, bo w październiku, to nie miałam luk związanych z fabułą, bo od pierwszych stron ta historia to moje imperium rzymskie i cały czas siedziała mi w głowie.
Już w recenzji pierwszego tomu mówiłam o bohaterach, bo dopiero tam ich poznałam, więc nie będę rozwodzić się na ich temat, bo moja opinia pozostaje niezmienna. Bardzo ich lubię i cieszę się, że powstały o nich aż dwie książki (mam nadzieję że w przyszłości gdzieś się jeszcze przewiną 🤭) Ale Caleb… the man that you are. Uwielbiam go, mimo że czasami mnie denerwował, to jego gesty i słowa wobec Cassie nadrabiały.
Sama akcja niezmiennie, bardzo ciekawa. Cały czas coś się działo, nasuwały się nowe pytania i mimo że zazwyczaj otrzymywaliśmy na nie odpowiedzi to zauważyłam parę niedociągnięć.
Podczas czytania bałam się, co wydarzy się dalej. W pewnym momencie był taki wysyp zwrotów akcji, że nie wiedziałam co się dzieje, do tego stopnia że ledwo nadążałam.
Folly Beach to dylogia o zdecydowanie nietypowej tematyce. Wakacyjny vibe i zagadka morderstwa to dosyć niespotykane połączenie, lecz zdecydowanie genialnie. W dodatku cudownie wykreowani bohaterowie, dopełnili tą historię.
Przez te 433 strony, przepłynęłam w dwa dni, bo Zuzia ma niesamowity styl pisania. Podziwiam ją za pisanie perspektywy poszukiwanego, bo nic nie można było z niego wywnioskować, nawet płci. Uważam, że Zuza ma po prostu łeb do tego, bo ja w życiu bym nie wpadła na to, co ona tu wymyśliła.
Jak wspominałam wyżej, nudy nie było. Nie wiem czemu, ale jakieś 3 razy muszę napisać o tym, jakie to jest genialne. Dawno nie czytałam tak „przekminionej” książki, gdzie wszystkie kropki się łączyły. Czuję się po prostu, jakby Zuzia mną zmanipulowała, bo jak zawsze udawało mi się przewidzieć TĄ rzecz, tutaj mi się nie udało. Co wywołało u mnie tak ogromny szok i zdezorientowanie, że nie umiem opisać tego słowami.
Zbliżając się do końca, powiem o malutkim minusiku, czyli ucinaniu niektórych sytuacji gdzie byłam ciekawa kontynuacji. Nie zawsze tak się działo, jednak przy niektórych wydarzeniach czułam lekki niedosyt.
Jeśli chodzi o zakończenie to wywołało u mnie masę emocji i nie wierzę, że to już koniec. Pamiętam to wyczekiwanie na kolejny tom, bingo u Zuzi, zagadki na targach, a to już koniec historii Vaiany i Puy. Bardzo się do nich przywiązałam i mam nadzieję że Zuzia wepchnie ich do kolejnej książki.
Podsumowując, „Wyspa Skradzionych Marzeń” to książka idealna na lato. Ta historia to emocjonalny rollercoaster, trzymający w napięciu. W dodatku jest to cudowna młodzieżówka z definicją wątku enemies to lovers, bo ta chemia między bohaterami… CUDO.
Bardzo, bardzo polecam i nie mogę doczekać się następnej powieści spod pióra Zuzi. Jestem pewna że również zakochacie się w Calebie (i Cassie XDDD)