Historia złego człowieka, który musiał uratować świat.
Bernard Witten nie lubi ludzi, a zwłaszcza marzycieli. Problem w tym, że w jego warmińskiej wsi żyje ich wielu. Wierzą w dyduki, leczą się u Baby, a o tym, jak żyć, szepcą im duchy. To tutaj Śmierć wyczytuje nazwiska z kartki (i czasem się myli), diabły wpadają z wizytą do księdza i można zaprosić lisa na wesele. Za takie bzdury Bernard najchętniej wybiłby wszystkim zęby.
Kiedy jednak nad Warmię nadciąga wyniszczająca susza, słońce wypala ziemię i ludzi, a magia przestaje działać, mieszkańcy rozpaczliwie szukają ratunku. A tylko Bernard Witten wie, jak ocalić wieś przed katastrofą. Wierzy jednak, że zmieniać coś na Warmii to jakby popełniać grzech. I że dobry gospodarz nie zmienia się nigdy.
Bo jest tylko jedna Warmia i jeden Bernard Witten.
Łukasz Staniszewski w swojej wciągającej warmińsko-magicznej powieści opisał historię mityczną, a zarazem bardzo współczesną, w której czarny humor, ironia i erotyzm wtórują pieśni o końcu i początku świata.
Barwny obraz warmińskiej wsi, gdzie rzeczą normalną wydaje się spotkanie na swojej drodze jajożera, deduków, biesów i innych diabłów. Normalną dla wszystkich mieszkańców… może poza Bernardem Wittenem, który jest człowiekiem surowym, twardo stąpającym po ziemi, myślącym nad wyraz racjonalnie.
Gdy w Skowyczach zaczyna panować susza, wszyscy zwracają się z prośbą do Wittenów o wodę ze zbiornika. Towarzyszą temu naprawdę dziwne okoliczności i zdarzenia, które momentami sprawiają, że czytającemu unosi się kącik ust w krzywym uśmiechu. Ewentualnie wyda wtedy też ciche parsknięcie. Ale tylko tyle…
Język książki jest piękny. Porywający. Historia mniej, chociaż lektor (Wojciech Stagenalski), który jest tutaj naprawdę fenomenalny, był w stanie mnie przenieść do tej dziwnej, zabitej dechami wiochy, gdzie przez stodołę można się dostać prosto do piekła.
Przedziwna to powieść w ktorej sacrum łączy się z profanum. Sporo opisów a'la pijany wujek z wesela, które mogą kłuć w oczy wrażliwszych czytelników. Czy dostalam to czego oczekiwalam od tej ksiażki? Nie, ale w sumie nie wiem do końca czego się spodziewałam. Na plus opisy warmińskiej wsi, które pobudzają wyobraznie. Ogólna ocena 3.5
Staniszewski chwyta językiem baśni i zatrzymuje refleksją na temat końca świata
elementy składowe tego typu książek już znamy; miesza się w nich lokalny folklor z udziwniająco-ironiczną, prawie poważną narracją, jakby opowiadający próbował przez cały czas puszczać do nas oko; widzieliśmy to niedawno u Radka Raka w „Baśni o wężowym sercu”, książce mniej udanej, bardziej chaotycznej, która mimo wszystko zdobyła Nike; Staniszewski stoi mocno na tym samym gruncie, co Rak i widać, że czuje się na nim pewnie; jego zmitologizowana wieś — osadzona w nieokreślonych czasach — ocieka brudem, krwią i smarkami, po kątach śmierdzi mięso i niemyte ciała, głupota spotyka się z przebiegłością w wybuchowej mieszance; dzieją się cuda i odstają od rzeczywistości tylko na milimetr; świnia mówi, ale równie dobrze może po prostu po swojemu chrząkać; w zbiorniku wody coś stuka, ale nie wiemy, co chce nam powiedzieć; diabły wchodzą księdzu pod sutannę, ale nikt nie zwraca na nie uwagi; magiczny realizm znalazł bardzo płodny grunt w suchej ziemi Warmii Staniszewskiego
blurb wspomina też o erotyzmie — i tak, znajdziemy tu sporo opisów ciał i tego, co ciała czasami ze sobą robią, ale wszystko konsekwentnie tonie w syfie; nie ma nic pięknego w Skowyczach; ludzie znajdują się bardzo blisko zwierząt; mężczyźni traktują swoje żony jak bydło, główny bohater wręcz brzydzi się seksu ze swoją partnerką, a wielkiego penisa człowieka, którego mieszkańcy wsi chcą złożyć w ofierze, żeby spadł deszcz, nie dało się opisać w bardziej odrażający sposób — można to traktować jako plus albo minus; moim zdaniem zohydzenie ludzkich ciał zagrało na korzyść brudnej całości
chłopom odbija; walczą, próbują zamordować Piotra, kozła ofiarnego, który najpierw uciekł z młodą Mirką, a później ją zgubił; handlują wodą podczas suszy; Bernard, główny bohater, rozmawia ze swoim zmarłym ojcem i wybiera się na wyprawę do zaświatów, Marcin z wypaloną papierosem dziurą na czole zabiera się za prorokowanie, Kubuś zapisuje żywoty mieszkańców wsi — i w tym samym czasie kobiety uświadamiają sobie, że nie czują się najlepiej w obecnym układzie sił, budzi się w nich świadomość nierówności; Annie, żonie Bernarda, nie podoba się, że mąż się jej brzydzi, a sama rolą nie różni się od zwierzęcia hodowlanego; zawód: kobieta; zawód: pani domu; zawód: najbardziej zawiódł mnie mój mąż — w tym wątku widzę, jak bardzo koniec świata sprzęga się z ekstrakcyjnym światopoglądem, według którego wszystko, co widać dookoła, co żyje i oddycha, to zasób; archetyp dominującego mężczyzny, pana ziemi, to siła, która ciągnie planetę do piekła
niebo pustoszeje, a ratunek to droga w zaświaty, żeby wygrzebać z siebie dawno zabitą czułość i odpowiedzialność
Swiat Warmii przedstawiony jest w bardzo oryginalny sposób, w którym obnażane (ale tez uwypuklane i koloryzowane) są wiejskie zachowania i wierzenia. Historia przedstawia złego gospodarza zakochanego w swoich krowach, który nie jest w stanie nawiązać ciepłych relacji z innymi mieszkańcami wioski, włączając w to swoja własną żonę - postać, w mojej ocenie, najbardziej skrzywdzoną przez zachowanie gospodarza. Główny bohater jest postacią przytłaczającą, a przemiana na “ostatniej prostej” wydaje się byċ dosyć przewidywalna. Niemniej, książka jest warta polecenia, a Autorowi nie można odmówić talentu literackiego oraz łatwości żonglowania słowem.
Pięknie się tu przenikają światy ludzkie i zaświaty nieludzkie. Jeśli kogoś nie zrażą turpistyczne opisy zostanie nagrodzony historią i postaciami zostającymi w głowie na dłużej. Piękny język, opisy, porównania.