Prowokacyjny tytuł obiecuje pieprzną treść, której jest w tej książce jak na lekarstwo, co nie przekreśla wysokiej jakości jej zawartości. Śmiem twierdzić, że gdyby cała powieść została napisana z takim pazurem, jak jej pierwsza część, to wyszłaby petarda. Niestety w drugiej części Leïla Marouani spuszcza z emocjonalnego tonu i wytraca tempo, by podkręcić je dopiero w ostatnich scenach, tym niemniej mimo tych kompozycyjnych mankamentów jest to pozycja warta uwagi dlatego, że na bardzo skondensowanej przestrzeni wyjaśnia przyczyny, dla których młode pokolenia muzułmanów żyjących we Francji od urodzenia radykalizują się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do pomysłów, jak odwrócić tę falę uderzeniową. Główny bohater powieści, z pochodzenia Algierczyk, żyjący na wysokiej stopie przedstawiciel paryskiej finansjery, próbuje na wszelkie możliwe sposoby wydostać się z klisz, w jakie wpasowuje go otaczająca rzeczywistość: pobożnego muzułmanina (w oczach młodszego brata), idealnego syna (w oczach matki) oraz niewidzialnego mężczyzny (w oczach francuskich kobiet). Aby ukryć swoje pochodzenie i móc liczyć na zdobycie dobrego wykształcenia i świetnie płatnej pracy zmuszony jest do wypowiedzenia wojny etnicznej przeciwko samemu sobie: nieustannie skracać mające tendencję do kręcenia się niesforne włosy, stosować kremy rozjaśniające skórę czy zmienić na drodze prawnej swą tożsamość, gdyż pewne drzwi dla Mohameda Ben Mokhtara będą zamknięte tylko i wyłącznie z powodu brzmienia jego nazwiska. Aby móc myśleć o dobrym liceum, możliwym do sfruktyfikowania kierunku studiów, a później o pracy dającej kokosy musi dokonać nie integracji, lecz całkowitej anihilacji pod względem identyfikacyjnym.
Napisana w pierwszej osobie powieść o zapisie przypominającym zwierzenia na psychiatrycznej kozetce ukazuje daleką od stereotypów postać obarczoną wieloma wewnętrznymi ograniczeniami, która nie jest ani terrorystą ani islamistą w politycznym sensie. Wręcz przeciwnie, jest ona w pewnym sensie ironiczna, jeśli chodzi o tryptyk seksu, religii i tożsamości, tak wyraźnie obecną w mentalnym podłożu świata arabskiego w ogóle, a Maghrebu w szczególności. Francuska pisarka dokonuje w niej wiwisekcji dotkniętego fanonowskim kompleksem „czarnej skóry i białej maski” Araba zamkniętego w swoistej schizofrenii, z której nie może się uwolnić, chyba że poprzez wspomnianą wojnę etniczną toczoną przeciwko samemu sobie, a która doprowadzi go do utraty rozumu. Z jednej strony jego otoczenie, zwłaszcza rodzinne, wymaga pobożności, przestrzegania religijnych nakazów i zakazów, małżeństwa z muzułmanką, spłodzenia czeredy potomstwa i obnoszenia się z dumą ze swego pochodzenia, z drugiej zaś ten nieszczęsny bohater ma bolesną świadomość tego, że bez przeobrażenia się w „nowego Francuza” i zachowanie wierności oczekiwaniom jego rodziny będzie mu pisane co najwyżej wykonywanie tych samych, co jego ojciec, podrzędnych prac, po które nie chce schylić się żaden Francuz.
Napisana w opozycji do stereotypów o arabskich terrorystach i muzułmańskich zamachowcach -samobójcach, w (niekiedy) wysokim emocjonalnym rejestrze, stanowi bezkompromisową krytykę francuskiej polityki integracyjnej i zaryzykowałbym stwierdzenie, że jej oddziaływanie i siła rażenia z powodzeniem mogą zostać wykorzystane w dyskusji nad kryzysem męskości w ogóle. Czy główny bohater tej powieści ma zadatki na incela? Powiedziałbym, że nawet spore z jedną zasadniczą różnicą, mianowicie taką, że winą za swój przymusowy celibat nie obwinia tylko i wyłącznie kobiet, lecz dodaje do tego środowisko, z którego się wywodzi i wychowanie, jakie otrzymał. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak współczesny mężczyzna jest zagubiony między tradycyjnym wzorcem męskości tkwiącym korzeniami w patriarchalnej kulturze a zmianami ról społecznych oraz przeobrażeniami kulturowymi, tak wewnętrzne niepokoje bohatera Leïli Marouane tkwią w schizofrenicznym rozdarciu między francuską receptą na sukces a arabską dumą płynącą z wierności samemu sobie. Tertium non datur jest główną przyczyną jego nieszczęść.