Krzemienna 1930 roku… Jakie namiętności targają mieszkańcami wiejskich chałup, plebanii, domu organisty i karczmy w Krzemiennej? Niewielka wieś kryje sporo tajemnic, nie tylko historię Emilii i jej rodziny. Zamknięta społeczność tworzy mały wszechświat, pełen zmysłowości, utraconych uczuć, niespełnionych miłości, ale i przemocy, zdrad i skrywanych lęków.
… i współczesna Warszawa, gdzie Marianna, wnuczka Emilii – samotna wśród anonimowych tłumów – wydeptuje swoje osobne ścieżki. Jak ślady losów Emilii wpłyną na życie Marianny? Czy traumę można dziedziczyć? Przeszłość łączy się z teraźniejszością o wiele mocniej, niż nam się wydaje.
„Poświst” Justyny Hankus to nie tylko intrygująca historia o pogmatwanych rodzinnych losach, to również przesiąknięta postaciami Południcy, Płanetnika i kłobuka, naznaczona dźwiękami skrzypiec i upiorów wędrujących przez wieki, zanurzona w polskiej tradycji przypowieść o tym, co w nas dobre i o tym, co ludzkie.
4.5 ⭐️ Historia o zawiłych relacjach rodzinnych, które oddziałowują na całe pokolenia. Świetne to było! Mam wrażenie, że "Poświst" jest jeszcze bardziej dopracowany niż "Dwie i pół duszy". Poszczególne wątki są misternie splecione, a klimat grozy jest odczuwany jeszcze intensywniej. Justyna Hankus stała się właśnie moją ulubioną polską pisarką.
Nie mam pojęcia jak ocenić tę książkę więc tego nie zrobię. To jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie w życiu przeczytałam. Bardzo doceniam przepiękny, prawie poetycki język i ten sposób narracji. Fabuła jednak (no właśnie, jaka fabuła?) gubi się gdzieś w metaforach. Nie mam pojęcia co chciała nam przekazać autorka i nie mam pojęcia o czym właściwie była ta książka. Jakby ktoś przystawił mi broń do głowy i kazał to streścić, to bym zginęła, bo bym nie potrafiła. Lektura pozostawiła mnie jednak z uczuciem, że doświadczyłam czegoś niesamowitego i to nie w negatywnym sensie. Ocenie gwiazdkowej jednak się to wymyka. Myślę, że ta książka to właśnie takie bardziej, po prostu, odczucie i będę długo o niej pamiętała.
This is a piece of art. It’s not just a book. Every word matters, every word wraps you like a blanket, wet with your granma’s tears. Justyna Hankus’s talent is unimaginable. Books like this make me think I will never write a single word as it’d be unworthy being called a word in comparison to the story woven here.
This is a dark fantasy bordering on magical realism set in an isolated mountain Polish village Krzemienna in the early 1930s for roughly 60% of the story, later shifting to Warsaw in the 2020s. The English title should be the same as the Polish, namely “Poświst. Folk noir”. The first word is the name of an ancient (pre-Christian) Polish pagan deity of the wind and storm. The novel is one of the nominees for the Polish main SFF award named after Zajdel in 2026. Two years ago the same author was nominated as well with her novel Dwie i pół duszy. Folk noir, which I reviewed HERE. She can be named as the mother of a new genre -folk noir in Poland, which actively borrows from Polish (and Slavic in general) mythos, merging it with ordinary life, so the result is closer to LatAm magical realism than urban fantasy.
Krzemienna is a village where everyday life naturally intertwines with superstitions, and Slavic demons are just as present as neighbors or family secrets. So, for example, people put stuff in their ears not to hear otherworldly spirits during the night and one here questions the existence of the Utopiec (Drowned man) or the Południca (female spirit of noon heat); they simply are, just like ordinary villagers. If someone falls ill, they ask local old woman Agata Rojowa for a cure – everyone knows she is a witch, even though she keeps the house of the local priest, but she is ‘our witch,’ a guardian of the village from supernatural.
Life isn’t easy in the village; there is the harsh reality of rural life, where men get drunk and beat their wives, where parents don’t spare a rod to spoil their children and where wives, after seeing lusty stares of their husbands on a local beauty, spread vile rumors about her. Local church organist Joseph Ott, who was a talented musician but penury led him to the army and now his unfulfilled dreams he forces on his unwilling children, chiefly Emilia…
Years later, in contemporary Warsaw, Marianna (who, as we find later, is Emilia’s great-granddaughter) has fears of unknown origins, which psychologists fail to dispel but all readers understand are a generational trauma, even if Marianna knows nothing about her mom, who died young or the faraway village.
It is an interesting, atmospheric novel, quite unlike the majority of my reads. At the same time, I cannot say that I really enjoyed it – it is good, but not exactly what I’m after.
(3.5) Nie mam pojęcia o czym tak naprawdę była ta książka. Klimat fenomenalny jak i język którym jest napisana, pierwsza część szczególnie. Za każdym razem jak myślałam, że ta historia już gdzieś zaczyna zmierzać i trochę się układać w całość to znowu się rozjeżdżało. Widzę jakieś połączenia, które wspominane są w opisie ale jednocześnie to po prostu nie stworzyło fabuły, jej nie ma. Nie potrafię stwierdzić co tak naprawdę autorka miała na myśli/ na celu. Ta książka to na pewno bardzo wiele emocji i różnych odczuć, głównie niepokój, trochę jakby błądzenie we mgle. To było naprawdę fajne przeżycie, ale chyba oczekiwałam czegoś innego i liczyłam na coś innego. Na pewno ją zapamiętam bo jest wyjątkowa, ale trochę żal że ta historia nie była jednak bardziej spójna.
Nie mogę z tej książki, również kandydat na Zajdla, ale dla mnie to zwyczajny przerost formy nad treścią. Ni to fantasy, ni horror. To trochę opowieść o wsi wypełnionej duchami, o przodkach, o czymś nieuchwytnym. Jak o tym piszę to już czuję się jakbym zmyślał. I cała ta książka taka jest. Ewidentnie pisana pod nagrodę literacką, czego nie chce widzieć w fantasy. Zero sedna fabularnego, jakiejś sensownej historii, liczy się tylko trudność słowa i poetyckość.
Moje pierwsze zetknięcie z prozą Justyny Hankus i folk noir (cóż by to miało nie być) okazało się udane. Podobało mi się zwłaszcza wtłoczenie elementów nadprzyrodzonych w codzienność i historyczno-rodzinne traumy. I pisane to wszystko bardzo zgrabnym językiem. Jednak jak zwykle w przypadku takich rozbitych czasowo narracji, zastanawiam się nad koniecznością tego rozbicia...
Czytając Poświst Justyny Hankus, miałam wrażenie, że zanurzam się w coś pierwotnego, gęstego i niepokojąco znajomego – jakby między wierszami tej książki szeptały głosy moich prababek. To nie jest kolejna rodzinna saga ani opowieść o losach wsi – to literacki rytuał przejścia, w którym magia przenika się z traumą, a przeszłość nie tylko wpływa na teraźniejszość – ona ją współtworzy. Powieść Justyny Hankus to jedna z tych książek, które trudno zaklasyfikować, a jeszcze trudniej – zapomnieć. Mieszanka słowiańskiego realizmu magicznego, rodzinnej sagi i mrocznego thrillera psychologicznego tworzy opowieść, która działa na wielu poziomach – emocjonalnym, kulturowym i duchowym. Akcja powieści toczy się dwutorowo: w Krzemiennej w latach 30. XX wieku oraz we współczesnej Warszawie. Obie przestrzenie – choć diametralnie różne – łączy jedno: silna, kobieca narracja, która niesie w sobie ciężar pokoleniowych traum i nienazwanej tęsknoty. Wątek wiejski to bezsprzecznie najmocniejszy punkt książki. Hankus z ogromnym wyczuciem maluje portret społeczności, w której żyje się blisko ziemi, śmierci i Boga – ale też blisko demonów, zmysłowości i przemocy. Ludowa wyobraźnia przeplata się z katolickimi rytuałami, a opowieści o Południcy czy Kłobuku nie są folklorystyczną ciekawostką, lecz realnym tłem dla ludzkich dramatów. Postać Emilii – kobiety osadzonej w niełatwych realiach rodzinnych, pełnych przemocy i trudnych wyborów, których nie da się cofnąć – to bijące serce tej części. Jej losy są poruszające, intensywne i niejednoznaczne. Zaś współczesna narracja, prowadzona przez jej wnuczkę Mariannę, rozwija wątki związane z dziedziczeniem traum, tożsamością i próbą odnalezienia siebie w świecie, który nie zostawia miejsca na mistycyzm. Warszawa w powieści jest chłodna, obojętna ale niepozbawiona głębi. Marianna – postać zupełnie inna niż Emilia – staje się medium, przez które przeszłość wchodzi w teraźniejszość. Wątki rodzinne, duchowe i kulturowe łączą się tu w misternie utkany gobelin. Justyna Hankus nie daje prostych odpowiedzi, ale stawia pytania, które zostają z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki. To, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to sposób, w jaki autorka splata te dwie rzeczywistości. To nie są dwa oddzielne wątki – to żywy organizm, historia, która toczy się dwoma torami, ale bije jednym sercem. Przeszłość nie jest tu retrospekcją – jest siłą sprawczą, fundamentem, który czasem się kruszy, a czasem wraca, by domagać się zadośćuczynienia. Literacko Poświst zachwyca. Styl autorki jest gęsty, momentami poetycki, ale nigdy sztuczny. Emocje są autentyczne, napięcie budowane subtelnie, a słowiańskie elementy – traktowane z szacunkiem, bez infantylizacji. To literatura, która wymaga uważności i daje w zamian coś więcej niż tylko historię – daje szanse na zagłębienie się w opowieść i towarzyszenie jej bohaterom na każdym kroku. Cała książka przesiąknięta jest melancholią, ale nie przytłacza. Jest w niej ogromna czułość wobec ludzkiego cierpienia – i wobec tego, co nie daje się nazwać. Hankus pisze w sposób gęsty, obrazowy, ale nie manieryczny. Czytając czułam tę opowieść głęboko w sercu.
Są książki, które po prostu się czyta. I są takie, które się przeżywa – całym ciałem, sercem i pamięcią, jakby ich słowa miały bezpośrednie połączenie z czymś bardzo głęboko ukrytym w duszy. Poświst Justyny Hankus zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To historia, która otwiera drzwi do innego świata – mrocznego, gęstego, nasyconego ludową duchowością, ale jednocześnie przerażająco znajomego. Jakby opowiadała coś o mnie, o moich przodkach, o czymś, czego nigdy nie mieli szansy opowiedzieć. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy szukają czegoś innego niż typowa beletrystyka – czegoś, co łączy głębię emocjonalną, historyczną i duchową. Poświst to książka, która zostaje pod skórą.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydanwictwu Powergraph #współpracabarterowa #współpracarecenzencka #współpracareklamowa
Z dobrych rzeczy - powieść napisana jest ładnym, dość bogatym językiem, który bardzo przyjemnie odmalowuje sceny i osoby. Świetny jest też klimat - takiej trochę mrocznej wsi na uboczu, targanej rozmaitymi niedużymi, ale też i całkiem sporymi dramatami, na ogół skrytymi w zaciszach chałup. Wsi, w której występują tajemnicze, nadprzyrodzone zjawiska, z którymi mieszkańcy są zżyci praktycznie od zawsze. I... chyba tyle.
Reszta to - niestety - minusy. Przede wszystkim: nie wiadomo, po co w ogóle ta książka powstała. Co autorka chciała przekazać jej treścią. Do jakiej konkluzji doprowadzić czytelnika. Czym się pochwalić. Fabuła idzie sobie, idzie, po czym nigdzie tak naprawdę nie dochodzi. Do tego powieść rozpada się na dwie, niezbyt przystające do siebie części. Ta z 1930 oferuje pełną panoramę wsi i trapiących ją zjawisk, natomiast ta współczesna podąża tropem nieudanego warszawskiego życia potomkini jednej z mieszkanek wsi. Nadto - liczba postaci jest niepotrzebnie rozmnożona, zwłaszcza że większość z nich nie ma realnego wpływu na cokolwiek, co niesie ze sobą intryga. A wisienką na torcie jest dekoracyjność fantastyki. Owszem, jest tu utopiec, kogut-bazyliszek, koci inkluz, chodzące wierzby, ożywiony posąg Nepomucena, płanetnik (ani razu tak nie nazwany) i jeszcze parę drobiazgów - jednak te nadprzyrodzone dodatki albo do niczego nie służą poza metaforycznym pomachaniem rączką czytelnikowi (np. utopiec rzuci ze dwie nieistotne uwagi, inkluz sobie pochodzi), albo przez chwilę stoją w świetle narracji (płanetnik czy kogut) - nie wiadomo tylko, po co. Nigdzie się nie dowiadujemy, czym konkretnie są te istoty, i jaką konkretnie mają rolę. Jakie znaczenie mają ich działania. Coś na zasadzie - chcieliśta folkloru, no to go mata.
To prawda, książkę czyta się gładko, nawet jeśli tu czy tam jest wyczuwalnie gorzka w wymowie, ale po przekręceniu ostatniej strony zostajemy z garścią luźnych sznurków i zaplątanych w nie pakuł. Trochę słabo, jak na powieść nominowaną do Zajdla...
Spodziewałam się podobnych odczuć jak przy części pierwszej. Niestety odczuć nie miałam żadnych bo za nic nie mogłam się połapać o czym jest ta książka. Masa wątków, za mało zarysowani bohaterowie, przez pierwsze sto stron wchodzi tyle historii, tyle osób o których absolutnie nic nie powiem bo zwyczajnie nie pozostawili mi żadnej charakterystyki w głowie. Zmęczyłam się strasznie i w pewnym momencie porzuciłam lekturę :( Wielka szkoda
Poświst to książka, którą czyta się bardzo szybko. Wciąga historią, bohaterami i atmosferą małej wsi Krzemienna. To miejsce, gdzie wszyscy się znają, każdy ma swoje sekrety i mniejsze lub większe grzechy. Trudno tu oddzielić plotki od prawdy, a przeszłość nie chce dać o sobie zapomnieć. Jest też warstwa nadprzyrodzona. Pojawiają się utopce, inkluzy i inne, mniej przyjazne, byty z ludowych wierzeń. Nie dominują jednak fabuły, raczej budują klimat i sprawiają, że przez całą książkę czuć niepokój. Pod tym wszystkim kryje się jeszcze opowieść o traumie dziedziczonej, o tym, jak przeszłość przechodzi z pokolenia na pokolenie i wpływa na ludzi, nawet jeśli wydaje im się, że dawno została zamknięta. Wszystko jest napisane bardzo sprawnie. Rozdziały są krótkie, akcja płynie, a autorka umiejętnie dawkuje informacje. Dzięki niej upalna sobota minęła mi wyjątkowo przyjemnie.
Audiobook. Dla mnie to jest jakas masakra.Napisana takim jezykiem, który do mnie kompletnie nie przemawia… W dodatku lektorka też nie zachwyca… Choć generalnie lubię takie klimaty tu mnie wręcz wszystko odrzuca…
Jest klimatycznie, dużo obyczajowości. Oniryczna fantastyka trochę, bardziej sprzyja budowaniu atmosfery niż fabuły. Ta momentami kuleje, ale koniec końców czytałam ostatnio znacznie gorsze rzeczy, więc tego...
Jak dla mnie przerost formy nad treścią. Owszem piękny język, ale sama historia naciągana. Punkt kulminacyjny bardzo mnie rozczarował. Po licznych zachwytach nad tą książką liczyłam na coś więcej.
Bardzo fajny klimat, idealny na magiczny listopad. Chyba sporo odwłoań do ludowych wierzeń, ale tutaj nie wiem, więc mogłam coś przeoczyć. Tekst o ustawieniach hellingerowskich zapada w pamięć...