Chodzi za mną uczucie, że znajomość Llosą zaczęłam w złym miejscu. Choć To dla Pani ta cisza jest jedyną książką autora, którą dane mi było dotąd przeczytać, to wydaje mi się, że jest tą najgorszą.
Mario Vargas Llosa z pewnością czuł się tak, jakby krążyły mu po głowie różne idee, które sobie ukochał i postanowił wreszcie przelać je na strony, z całą troską i fascynacją. Znajdziemy tu całe rozdziały o historii muzyki kreolskiej, ale również w pewnym stopniu wzruszającą opowieść fabularną o muzyku – chłopcu, niesympatycznym, lecz kochanym przez tylu, obdarzonym cudownym talentem, lecz wyniesionym z wysypiska śmieci. Nad tym wszystkim góruje postać pisarza – badacza, który urzeczony muzycznym darem tego pierwszego, poświęca swoją rodzinę, pracę zawodową i spokój ducha, by opisać życie zmarłego muzyka; lecz ta historia nigdy nie wydaje się skończona, wystarczająco dobra. Wszystkie te komponenty wydają się pociągające, lecz efekt końcowy wypada… nudno, mdło i okropnie obco.
Być może książka ta wypadłaby o wiele lepiej, gdyby była tylko esejem o muzyce kreolskiej, lecz tym rozdziałom wtrącanym regularnie brakowało czasami pasji. A może inaczej, właśnie sama historia o chłopcu – muzyku i kochającym go z daleka pisarzu była prawdziwym sercem tej książki, lecz nie była w stanie porwać mnie ze sobą, była zbyt rozleniwiona i niepewna swych fundamentów. Owszem, bohaterowie, którzy nie wzbudzają naszej sympatii, bywają czasami źródłem pulsu opowieści, ale nasz główny narrator wydawał się zbyt odpychający i beznadziejny. Jedyną sceną, która rzeczywiście mnie zauroczyła, był moment gry tamtego gitarzysty, w której ciszy pochodzącej z czarno-białych stron rzeczywiście można było wydostać echo muzyki, która miała wtedy krążyć. Widzicie, te wszystkie małe rzeczy miały taki potencjał, lecz książce brakowało uroku, a zakończenie było dla mnie wręcz pogrążające.
Szczerze myślę, że to wszystko pochodzi z prostego faktu zestarzenia się autora, że to kwestia stępienia się jego stylu literackiego, bo to jest odpowiednie określenia – tępy. A z drugiej strony przypominam sobie takich autorów jak Nabokov, który do końca życia nie stracił tego swojego blasku w słowie pisanym, albo Hemingway, który rzeczywiście zmienił się jako autor, ale nabrał takiej dziwnej bezbronności, wrażliwości, nagości, która czaruje mnie do dziś, albo nawet Marquez, którego zdania do samego końca wydawały się rozgorączkowane. Może to kwestia natury zdolności pisania, może tego, jak ją wykorzystujemy, lecz napięcie u Llosy musiało się gdzieś zgubić, jeśli jego wcześniejsze prace są tak kochane. Coś straciło ostrość, coś stało się zbyt codzienne, i nie wychodzi nad powierzchnię.