Nowa książka Katarzyni Boni, autorki Ganbare! Warsztatów umierania. Osobista opowieść o życiu w cieniu katastrofy klimatycznej, zmieniającym się świecie, stracie i nowych początkach.
Motyle i hipopotamy.
Dziób tukana czterokrotnie większy od jego głowy.
Zimę, smak wanilii i oliwy.
Codzienną poranną kawę.
Brzozy. Przynajmniej w naszej szerokości geograficznej.
A także sosny, świerki i modrzewie. Wszystko to i wiele, wiele więcej utracimy wraz ze światem, który właśnie znika. Płonie w pożarach lasów, topi się z lodowcami, dusi pod warstwą dwutlenku węgla, za którego podliczaniem nie sposób już nadążyć. Więc dlaczego nie czujemy przerażenia? Dlaczego emocje nie nadążają za odczuciami przegrzanego ciała? Jakie jest to niemieckie słowo na nieprzystawalność uczuć do rzeczywistości? I którędy do wyjścia z tej katastrofy?
Katarzyna Boni stworzyła poruszającą opowieść o zagubieniu w przyszłości, która nadeszła. I o osobistym wymiarze planetarnego kryzysu. Ale to nie jest kolejna książka o globalnym ociepleniu. To zapis prywatnej drogi, która wiedzie od poczucia bezsilności w obliczu straty ku nowym początkom. Żałoba po świecie przyrody przeplata się z żałobą po odchodzących najbliższych, a perspektywa zostania matką – z lękiem o świat, w którym przyjdzie żyć kolejnym pokoleniom.
Z tej intymnej narracji wyłania się uniwersalny obraz naszych wspólnych obaw, niepewności i nadziei.
Bardzo mnie dotknęła ta opowieść, która jest — nie ma co ukrywać — zapisem powolnego końca świata.
Nie mogę się nadziwić, że im więcej czytam historii z okresu pandemii i rozmyślań nad kryzysem klimatycznym, tym klarowniejsze staje się dla mnie to, że ja też przeżywałem podobne stany w dokładnie tym samym czasie: lęku, zagubienia, wypalenia. I wciąż przeżywam — pewnie jak my wszyscy, choć nie każdy świadomie — żałobę po czymś, co znika, co po cichu odchodzi. Boni zagłębia się w przyczyny pożarów lasów, w historie torfowisk — niegdyś licznych, dziś osuszonych — które zaburzają rytm istnienia naturalnego porządku. Pisze też o antropocenie, tak często wypieranym przez masowe media. Mój ulubiony fragment książki to ten o „Sim City”: o tym, że żeby uwolnić napięcie i przetrwać, przesyłamy dalej treści — posty, rolki. Nasze wewnętrzne mechanizmy muszą się jakoś zaadaptować, lecz na niewiele się to zda w kontekście ocalenia planety.
Nie będę ukrywał — w tej książce mało jest nadziei. I choć autorka opisuje czas swojej ciąży, to nad całością wyraźniej unosi się całun śmierci. To bardzo przygnębiająca lektura; niejednokrotnie chciało mi się przy niej płakać, zwłaszcza gdy czytałem ją na biwaku w środku lasu. Nie mogę ścierpieć myśli, że ten las może kiedyś ot tak zniknąć.
Polecam. Dla jednych ta książka będzie kubłem zimnej wody, dla innych zapewne rzeczą godną wyśmiania — żyjcie dalej w swoim „delulu”. Może tak lepiej.
Nie wiem czy taki format książek na dłuższą metę mi odpowiada, ale na pewno była to ciekawa odskocznia od typowych reportaży. Doceniam bardzo wrażliwość autorki do otaczającego ją świata i przeżywania życia.
W zalewie histerycznych wydumań jest to bardzo ciekawy głos i pokazanie drogi od „tęsknienia za czymś na wszelki wypadek” i żałoby, po osadzenie w życiu, w kontekście zmian klimatycznych i przeżywania życia.
Dobrze mi się to czytało, pomimo całego ładunku smutku. A może właśnie nie pomimo - bo to treść, która pomaga przeprocesować w jakimś stopniu żałobę klimatyczną, zauważyć i przetrawić żal za tym, co drogie, jeszcze zanim przepadnie i zrobić jedyne, co naprawdę można - żyć tak, jak się da, jak długo się da. Z jeszcze większą uważnością będę najbliższej wiosny wsłuchiwać się w mój ukochany, poranny ptasi trel.
Książka, która uwiera. Apokalipsa jest nudna. Nudna na tyle, że łatwo zacząć ją przegapiać. I wtedy pojawia się Boni i mówi, że tak, jest to nudne, ale się dzieje. I chyba nie przestanie.
W obliczu tych wszystkich głupot powielanych przez „znawców „ ta książka pozwoliła mi na utożsamienie się z niepokojem i lękiem związanymi z odchodzącym powoli światem, który znany. Dobrze wiedzieć, że jest więcej ludzi którym zależy…
Musiałam dawkować sobie lekturę tej książki, bo - zwłaszcza na początku - wywoływała we mnie fizyczny ból. Boni pisze o sobie, ale trochę też jakby o mnie, o wszystkim tym, co mnie obchodzi, co mnie dołuje, co wywołuje we mnie ataki paniki. I okazało się - na szczęście - że są sposoby radzenia sobie z całym tym bagażem lęków i zgryzot. Ale tak w ogóle, to wspaniała książka, nawet jeśli nie podzielacie opisywanych tu strachów.
Potrzebie nawiązywania relacji z przestrzenią, pisze Zofia Król w eseju “Droga przez łąkę”, towarzyszy dzisiaj strach przed katastrofą i poczucie bezradności. Pyta Król: “Kto marzy o chodzeniu miedzą, kiedy płoną pola i lasy”?
Autorka przemieszcza się po widokach z pomocą pomarańczowego ludzika, którego wszyscy znamy z pewnej cyfrowej mapy i pisze o sposobach wnikania w przestrzeń - fizycznych jak chodzenie i tych pośrednich, choć najbardziej nam dostępnych, zapisach literackich. Doświadczanie świata za pomocą języka wpływa na nasze doświadczanie go w fizycznej realności, przypomina Król powołując się na świadectwo angielskiego poety W.H. Audena.
Są jednak tacy i takie, którym nie wystarcza ani język, ani chodzenie po miedzy, gdy płoną lasy.
Katarzyna Boni w “Którędy do wyjścia?” swoją historię zaczyna od fotografii przedstawiających zwęglone domy, czy noc “rozświetloną pomarańczową łuną”. To płoną lasy i miasta na Sycylii. Jest rok 2021, w Grecji spłonęło sto tysięcy hektarów lasów i pól, a na południu Włoch “płomienie sięgały pięćdziesięciu metrów”.
Boni - podobnie jak niektórzy bohaterowie książki Król - postanawia skonfrontować się z utrwalonym w fotografii widokiem. Motywuje ją “potrzeba dotknięcia poczerniałych od ognia drzew”, która - jak przyznaje - “zamieniła się w obsesję”. Obsesję wynikającą z tego, że choć mózg czuł przerażenie, to ciało nie. Autorka próbuje zrozumieć, dlaczego zadomawiamy się w katastrofie i co może być momentem konfrontacji, która uruchomi emocje.
Chodząc po spalonym lesie Boni czeka na łzy. “Na przerażenie. Strach. Rozpacz. Na bezradność”. Pisze: “Chciałam, żeby wreszcie do mnie dotarło, że przyszłość już tu jest”. Jak to jest - pytał cytowany przez autorkę Joanthan Safran Foer - że “między świadomością a uczuciami” panuje rozdźwięk. Szokują nas doniesienia o katastrofie, ale szybko przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. “Kiedy czułem się poruszony, uczucie to było przejściowe”, pisze autor niezłej książki o zmianach klimatu, zatytułowanej podejrzanie aktywistycznie “Klimat to my”.
“Którędy do wyjścia?” to opowieść o wnikaniu w widok - bliskim przyglądaniu się światu, który w przyspieszonym tempie zanika. Wnikaniu bardzo bezpośrednim, jak choćby wtedy, gdy autorka nurkuje przyglądając się rafie koralowej i jej zadziwiającym mieszkańcom. Wnikaniu intelektualnym - lekturach i rozmowach. Ale też wspólnocie ciała i umysłu, które pod wpływem tego, co zwykliśmy nazywać “złymi wiadomościami”, buntują się. Jesteśmy skonstruowani do tego, by poruszenie było przejściowe. Nadzieję znajdujemy właśnie w przychodzących po tragedii momentach spokoju. Choćby był to spokój żałobny. Boni nazywa to “nieporozumieniem ciała, umysłu i duszy”. “Chcemy płakać, ale za czym tu płakać, skoro lodowce jeszcze przykrywają Arktykę, a saole chodzą po wietnamskiej dżungli”, pyta.
Narratorka tej opowieści wymyka się i choć zapowiada opowieść o sobie, większość książki poświęca innym. Wraca w finale, gdy pojawia się znany wszystkim duet śmierci i nowego życia. Umierają dziadkowie autorki, na świat zapowiada się Maciupek. Boni - podobnie jak dzisiaj wielu twórców i twórczyń - szuka nowych słów opisujących ten stan.
W książce wielokrotnie pojawia się lekko ironiczne, zaczerpnięte z języka poezji pytania: “Jakie jest to niemieckie słowo?” Reprezentowane przez “niemieckie słowo” konstrukty filozoficzne mające precyzyjnie, a zarazem z otwartością na interpretacje, przestają pasować do naszego świata. Język jest nam jednak potrzebny, jak pisał Barry Lopez, cytowany przez Zofię Król amerykański podróżnik, “powstrzymuje nas przed ześlizgnięciem się w abstrakcyjną przestrzeń”.
I takie słowo się pojawia u Boni. To “apokalipso”. Połączenie “apokalipsy” z “kalipso”, stylem muzyki, czy - szerzej - kulturą swoje korzenie mającą na plantacjach trzciny cukrowej w dziewiętnastowiecznym Trynidadzie. Apokalipso “pokazuje, że choć sytuacja jest naprawdę zła, nie powinniśmy się poddawać, bo - choć niektóre rzeczy się kończą, inne zaczynają. Przestań jęczeć, zacznij tańczyć”, cytuje Boni literaturoznawcą z Liverpoolu, Sama Solnicka.
Zofia Król odczuwa - nie bez dawki ciepłej ironii - empatię z pomarańczowym, zmęczonym ludzikiem, który przemierza wirtualne widoki. Pod koniec swojej książki wyraża nadzieję, że i on będzie miał chwilę na odpoczynek w przyjemnych okolicznościach. Książkę Boni kończy zaś dźwięk kroków Maciupka pod drzwiami. Pojawiły się korzenie, choć jeszcze “krótkie i cienkie”, to liczne i jedyne, na jakie - pisze autorka - ją stać.
Zapuszczanie korzeni, leżenie na trawie, chodzenie. Choć żyjemy w przyszłości, wciąż możemy pójść na spacer. Ujrzymy wtedy perspektywę - fizyczną - która daje poczucie bycia usytuowanym (to znowu Król) i może dostrzeżemy cienkie, krótkie ale liczne korzonki, które dają nam radość i - przynajmniej na chwilę - nadzieję?
Nie jest łatwo, widoki bywają trudne, a możliwe konsekwencje wiadomości tragiczne. Ale jak pisze w “Sztuce chodzenia” Thoreau “ponad wszystko, nie możemy pozwolić sobie na to by nie żyć teraz”. Boni i Król pokazują, że życie teraz jest możliwe. I nawet trochę szczęścia się w nim znajdzie. Czas na apokalipso.
Boni rzuca we mnie porównaniami o końcu świata, które trafiają mnie w serce. Na każdej stronie łamie gatunkowe normy. I dobrze. Piszę o katastrofie bezpardonowo. Wymienia litanie ginących gatunków, aż rzygać się chce, że a) znowu pierdyliard nazw, o których słyszę pierwszy raz w życiu b) nie wierzę, że my - ludzie - je wszystkie wybiliśmy c) bo to też cmentarz przyszłości, na którym pogrzebane jest pytanie dziecka: “dlaczego ten ślimak jest brunatny”, bo już wszystkie ślimaki są jednego koloru.
Chciałbym mieć pióro Boni, gdyż potrafię włączyć wyobraźnię czytelnika, który wyobraźnię zatracił, bo call-of-duty i Lema mamy na ulicach, a rzeczywistość jest bardziej przerażająca niż jakikolwiek wyobrażony koszmar. Boni pisze tak, że wiem, co jest pięć. I mogę mówić ludziom na przykład to, że tak ciepło jeszcze nigdy nie było, ale tak zimno jak zeszłego roku już też raczej nigdy nie będzie. Albo że cały wyprodukowany przez nas plastik waży więcej niż wszystkie zwierzęta razem wzięte. O kurwa.
Pisze też o niewiarygodnej sile natury i o słowach. O słowie “awe”, który określa stan przerażenio-zachwytu, gdy stoimy w kanionie (nigdy nie w mieście) i czujemy się tak mali w potężnym świecie, że gdybyśmy mieli się narysować, zobrazowalibyśmy siebie wielkości mrówki. Pisze też o niemieckich słowach. To jakie było to niemieckie słowo?
Ale wreszcie Boni pisze też o tym, że to wszystko nic, gdy umiera dziadek. To wszystko nic, gdy rodzi się syn. Bo nagle ważniejsze jest, by nie potknął się i nie rozbił główki o próg, niż żeby panicznie dbać o równowagę w środowisku.
Książka mnie przeorała, ale też na końcu utuliła. Nie przestawała szeptać, że nadziei nie ma, ale może - choć nie ma jej dla człowieka - jest jeszcze dla człowieczeństwa.
Książka Kasi Boni to niezwykle intymna opowieść, która pozwala czytelnikowi wejść w świat autorki – pełen obaw, bezsilności, przerażenia, ale też czułości i zadumy nad tym, co dzieje się z otaczającym nas światem w obliczu kryzysu klimatycznego. Nie jest to kolejna publikacja, która z naukową skrupulatnością przedstawia dane i dowody katastrofy klimatycznej. Zamiast tego otrzymujemy osobisty zapis doświadczenia, utkany z emocji i obserwacji, w którym wiedza splata się z przeżywaniem prywatnej żałoby.
Boni prowadzi nas poprzez krajobrazy i spotkania z przyrodą, z niezwykłą czułością opisując rośliny, zwierzęta i dźwięki natury. Te obrazy przywołują wspomnienia dziecięcej wrażliwości i zachwytu, kiedy potrafiliśmy chłonąć świat bezpośrednio, całym sobą.
Jedno z ostatnich zdań – „Ale przez te kilka lat, które potoczyły się inaczej, niż planowałam, okazało się, że oprócz żałoby doświadczam życia” – wspaniale podsumowuje całą książkę. Pomimo motywu żałoby jest to opowieść przede wszystkim o życiu: o powolnym oswajaniu lęku, o szukaniu wyjść tam, gdzie wydaje się ich nie być, i o nadziei, która potrafi wykiełkować nawet w trudnych czasach. Przepiękna książka.
"[...] Od tego momentu ilość wody na ziemi, która krąży pomiędzy różnymi formami pozostaje taka sama. Kiedy ją pijemy - pijemy kosmos."
Utkwiło mi to w głowie. Tak wiele łączy dno oceanu z kosmosem. W obu przypadkach - tak wiele pozostaje nieodkryte.
Depresja klimatyczna - też ją przeszłam, całkowicie rozumiem autorkę. I myślę, że warto wiedzieć z czym będziemy się mierzyć za kilkanaście lat ze względu na zmiany klimatu. Ale również warto robić co w naszej mocy, by te zmiany spowolnić. Bo jak najbardziej, nie zatrzymamy tego.
Klimat będzie się zmieniał i kiedyś pochłonie nas słońce - nie ważne jakbyśmy się starali. Też pamiętacie to dziwne uczucie, gdy uświadomiliście to sobie w dzieciństwie?
Ale wyciągam z tego wszystkiego, że warto mieć empatię. Warto zapłakać nad znikającym lodowcem i nad wymierającym gatunkiem. Warto zmieniać swoje nawyki, żeby zmiana eskalowała i stała się globalna ale nie zatracając w tym siebie. To się chyba nazywa równowaga ...
Mam tylko nadzieję, że nie dożyję braku wiatru i świata bez czekolady.
“Kiedy Norgaard rozpoczynała rozmowę o zmianie klimatu, zazwyczaj kończyło to konwersację. Nie dlatego, że jej rozmówcy uważali, że nie ma o czym rozmawiać, tylko dlatego, że czuli się z tym tematem niekomfortowo. Żyli w „mentalnym krajobrazie (...), w którym możliwość zmian klimatycznych jest jednocześnie bardzo niepokojąca i prawie w całości ukryta, jest równocześnie powszechną wiedzą i czymś nie do wyobrażenia””
Na początku był dyskomfort, później niezgoda, która ustąpiła miejsca smutkowi, potem była złość, po to by na końcu pojawiła się akceptacja i… żałoba?
Wiele osób się odbije od tematu “końca świata”, część osób zrezygnuje “gdzieś pomiędzy”, ale dla gotowych na refleksje czeka naprawdę przemyślana i poruszająca pozycja.
Uwierała mnie ta książka, przekazem, językiem i formą, gniotła moje emocje i kilka razy doprowadziła do szczerego wzruszenia. Dawno nie czytałam czegoś tak bardzo „nie mojego” co by mnie tak mocno zachwyciło