"Grzybologika" jest coraz gorsza w miarę czytania. Bo pomysł na książkę jest świetny, a parę pierwszych historii - bardzo zabawnych. Niestety, w połowie okazuje się, że za tytułowych "grzybów" autor uważa większość ludzkości. Wyłączeni z tej kategorii są jedynie niezbyt jasno określeni "przyzwoici warszawiacy z Warszawy" - z postaci występujących w książce należy do nich jedynie najbliższa rodzina autora. Sam wychowałem się w Warszawie, ale fiksację porównywalną z poglądami Złomnika zauważyłem tylko u jednego spośród moich kilkuset znajomych. Problem ten nasila się pod koniec książki, gdzie kończą się historie poszczególnych transakcji, a zaczynają fikcyjne opowiadania. Bez podbudowy faktograficznej Złomnik dużo gorzej radzi sobie z warsztatem pisarskim, więc końcówka jest nie tylko najbardziej bucowata, ale i najmniej zabawna (za chlubnym wyjątkiem opowiadania o Ukraińcu, który naprawia pół paska klinowego).
Lektura "Grzybologiki" ostatecznie wyleczyła mnie ze skłonności do starych, niecodziennych aut (którą z autorem niewątpliwie dzieliłem, skoro co najmniej dwa posiadane przeze mnie samochody znalazły się kiedyś na jego fotoblogu) i poniekąd uświadomiła, dlaczego ulegałem jej jedynie umiarkowanie. Najwyraźniej uganianie się po Polsce za żelastwem nie idzie w parze z szacunkiem do ludzi, którzy traktują je w sposób choć trochę bardziej użytkowy. "Być może jakiś ciągnik-samoróba z Podkarpacia ma błotniki zrobione z błotników Syreny Sport, a rama, na której jakiś Władek czy Józek pospawał sobie traktorek to przecięta rama od przedwojennego Lux‐Sporta", pisze Złomnik. A ja być może kupię sobie piętnastoletniego passata, w gazie, z rdzą pod tylną szybą, na rejestracji "z dużą liczbą liter L i R" i zacznę o złomniczej wizji świata powoli zapominać.