Hjem to dom, siedlisko, bezpieczna przystań. Czasem to miejsce, w którym się urodziliśmy. Innym razem nie starcza życia, by je znaleźć. Wybraliśmy je sami albo to ono wybrało nas. Bywa schronieniem, którego szukamy, gdy musieliśmy porzucić swój stary świat. To gniazdo, w którym wychowujemy pisklęta. Punkt odniesienia.
Dla Ilony Wiśniewskiej od lat domem jest Tromsø: niegdyś zasypana śniegiem mieścina na dalekiej północy Norwegii, dziś szybko rozwijające się miasto, trzecie co do wielkości w Arktyce. Sto pięćdziesiąt narodowości, tygiel kultur, ośrodek życia naukowego i popularny kierunek turystyczny – milion osób rocznie przybywa tu, by obserwować zorzę. Miasto, które wchłania albo izoluje, daje perspektywy albo nie daje wyboru. I to dotyczy nie tylko ludzi, ale także zwierząt.
Wiśniewska opowiada o Tromsø wielogłosem ludzi i ptaków, znajduje w ich losie podobne doświadczenia i potrzeby. Chodząc ulicami, w końcu spotyka samą siebie i nieoczekiwanie staje się bohaterką tej historii. Jej Hjem to intymna opowieść o przyjaźni, zapuszczaniu korzeni i o tym, że wszystkie żywe istoty potrzebują domu.
Nikt nie przetransportowuje wyobraźni w białe jak Ilona Wiśniewska. Osadzam się w nim już po paru stronach. Nikt też tak nie ociepla zimnego jak pisanie Ilony. Szanuję to, jak nigdy nie popędza swoich historii, nie pośpiesza zwierzeń swoich rozmówców. Czeka cierpliwie aż jedna z bohaterek, Bjorg, wyjaśni jej dlaczego w kuchni stoi tylko jedno krzesło, skąd jej wrażliwość na ptaki czy kim są osoby na zdjęciach. Autorka czeka na swoich rozmówców, jak czeka się na ciepło, które w końcu rozejdzie się po ciele, gdy wejdzie się do ogrzanego domu. Zbiera „skrawki pamięci”.
„Krysie” czyli mewy trójpalczaste stają w centrum najnowszego reportażu Ilony Wiśniewskiej. To one stają się punktem wyjściowym każdej jej rozmowy z mieszkańcami dalekiej Północy. Rozmowa o ptakach przekształca się we wnikliwe spojrzenie, co turystyka i ingerencja człowieka z wielu gatunków czyni „uchodźców ze środowiska, które stało się dla nich nieprzyjazne.”
Autorka nie pozostawia jednak czytelnika bez otuchy, wskazuje na możliwe rozwiązania i dające nadzieje inicjatywy. Takie jakie „Citizen science”, czyli nauka obywatelska, gdzie zwykli obywatele mogą zaangażować się w działania na rzecz nauki, środowiska, zwierząt. Ciekawym konceptem jest też turystyka regeneratywna, a to wszystko po to, by przestać traktować przyrodę jako surowiec, który nie dostaje nic w zamian.
Autorka buduje zdania Ilona ponownie pokazuje jak to w dalekich krainach czy w losie ptaków można zobaczyć nas samych. W zachwycająco szczery i bezpretensjonalny sposób dostrzega też w losie ptaków losy imigrantów. „W walce, w zmaganiach. Ptasi los to nasz los. Bo wiem, jak się czuje coś, czego pokochanie wymaga wysiłku.” A jest to los niełatwy. Czekałam na „wejście” do Tromso z perspektywy Ilony Wiśniewskiej, która mieszka tam od lat. Jak przeprowadzi nas przez kalejdoskop ludzi tam mieszkających, ludzi tam uciekających, z charakterystyczną dla siebie wnikliwością i wrażliwością. Nie zawiodłam się. Ponownie czytelnik zakochuje się nie tylko w zimnie (które też niepokojąco się ociepla), ale też w ludziach.
Kiedyś napisałam: „Język Ilony Wiśniewskiej jest jak ten grenlandzki. Też trzeba go czuć, a słowa są niczym gesty. Świat w istocie jest piękniejszy w jej języku. Daleki od tandetnej fascynacji podróżniczej jednym regionem, ale wyrazem najwyższej miłości, która przybiera wręcz formę filozofii życia.” To za tym uczuciem obcowania z taką literaturą tęskniłam.
Książka bardziej o ludziach i ptakach zamieszkujących Tromsø niż o samym mieście. Jako osoba, która rok temu była w tym cudownym, przepełnionym turystami miasteczku, jestem zakochana w tym reportażu. Brakowało mi trochę większego skupienia się na problemie turystyki w Tromso (z perspektywy mieszkańców) - wątek był, ale za mało rozbudowany jak na skalę problemu
Zimna północ, a jednak ciepła. To jedna z tych książek, które dają spokój. Mewy to niby główne bohaterki, ale oczywiście to tylko tło do opowieści o ludziach żyjących w Tromso. Kiedyś chciałbym zostać kittywalkerem.
W swojej najnowszej książce, Ilona Wiśniewska zabiera nas do Tromsø - jednego z największych miast Arktyki, gdzie ptaki morskie są ściśle związane z krajobrazem. Jak informuje autorka, przez ostatnie 40 lat osiem z dziesięciu ptaków morskich zniknęło z norweskiego wybrzeża. Poznajemy problem koegzystencji (lub jej braku) mieszkańców z mewami. Tak jak w każdym nadmorskim regionie, ptaki morskie od zawsze były częścią życia – ludzie podbierali im jaja, a po połowach dzielili się z nimi resztkami ryb. Zarówno zmiany klimatyczne, jak i rozwój miast i technologii (np. sposobu połowów), sprawiły, że mewy przestały towarzyszyć człowiekowi w ten sposób. Dla wielu stały się szkodnikami, które roznoszą śmieci, brudzą i hałasują. Ilona Wiśniewska przybliża nam postać Bjørg – kobiety, która od 10 lat związana jest z mewą JJ, której powrotu oczekuje każdej wiosny. Powstał nawet krótkometrażowy film o jej relacji z JJ, zatytułowany Lovebirds (2022). Autorka dołącza do kobiety w wypatrywaniu mewy, a także angażuje się w aktywną pomoc całemu gatunkowi – przez liczenie osobników przebywających na danym terenie po odchowywanie porzuconych piskląt. Oprócz mew, poznajemy interesujące osoby zamieszkujące Tromsø, zarówno Norwegów jak i obcokrajowców. Zdumiewa fakt, że to właśnie ci drudzy są bardziej zaangażowani w pomoc mewom i wykazują większą troskę o norweską przyrodę. Być może będąc na mniej uprzywilejowanej pozycji, są w stanie podejść bardziej empatycznie do niechcianych zwierząt. Podsumowując, autorka pokazuje nam Tromsø przez pryzmat jego rodzimych ptaków i ludzi, którzy starają się je ocalić. Wskazuje problemy związane z ochroną środowiska, mieszkaniem na obczyźnie, a także opisuje zmiany regionu zachodzące podczas poszczególnych pór roku. Jeśli interesuje Was natura i Norwegia, to na pewno spodoba Wam się ta opowieść!
*Opinia powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Czarne*
„Mam wrażenie, że ludzie, którzy sympatyzują z krysiami, widzą w nich samych siebie. W walce, w zmaganiach. Ptasi los to nasz los. Dobrze to rozumiem, bo wiem, jak czuje się coś, czego pokochanie wymaga wysiłku”.
Książki Ilony Wiśniewskiej najbardziej smakują mi zimą i właśnie wtedy szczególnie lubię po nie sięgać. W „Hjem” jest sporo ciszy, samotności i długiego czekania. Szukania miejsca do życia i prób jego oswojenia. To smutna i refleksyjna opowieść o ludziach, przyrodzie i jej powtarzającym się cyklu, ale i o zmianach, do których zwierzętom jest znacznie trudnej przyzwyczaić się niż nam. Niektóre gatunki, w tym np. trójpalczaste mewy (po norwesku nazywa się je krykkje, co brzmi jak „krysie”) wymierają na naszych oczach. Niechciane, przeganiane i budzące frustrację niczym hałaśliwi turyści czy imigranci z biedniejszego kraju. A przecież i ptaki i ludzie potrzebują czasem czyjegoś wsparcia by przetrwać. Kogoś, kto uwierzy, sklei połamane skrzydła i nauczy latać. Ilona Wiśniewska przypomina o tym w wyjątkowy sposób. Czytajcie.
„Jest coś przejmującego w wołaniu pozostającym bez odpowiedzi”.
Dużo zrobiło, że tam mieszkałam trzy miesiące i wiedziałam dokładnie o jakie miejsca autorce chodzi. Kompletnie nie tego się spodziewałam, ale nie znaczy że to coś złego. Dobra lekturka
Gofry i chleb. JJ je uwielbia. Nie ma zresztą wyjścia, bo mewy w Tromsø, największym mieście północnej Norwegii, najczęściej karmi się właśnie w ten sposób. JJ - mewę trójpalczastą - zaobrączkowano w 2004 roku. Od kilku lat jej najlepszą ludzką przyjaciółką jest Bjørg, która co roku czeka aż sympatyczny i niezwykle głośny ptak wróci, by zbudować gniazdo i wychować kolejne pokolenie.
Historia Bjørg to jedna z kilku opowieści o mieszkańcach i mieszkankach Tromsø i okolic, które znajdziecie w "Hjem", najnowszym reportażu jednej z najlepszych polskich reporterek. Wiśniewska od lat opisuje polskim czytelnikom "historie północne". Zadebiutowała reportażem "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen", a za wydany w 2018 roku "Lud", w którym opowiedziała o mieszkańcach Grenlandii, była nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W finale tej prestiżowej nagrody znalazła się w 2023 z kolejną książką poświęconą Grenlandii - "Migotem".
W "Hjem" poznajemy zarówno poruszającą opowieść o mieście, jego - ludzkich, jak i nieludzkich - mieszkańcach, jak i opowieść o świecie, który za chwilę zmieni się nie do poznania. To efekt ocieplania się klimatu, ale też niezwykłego wzrostu turystyki, która staje się jedną z najważniejszych gałęzi lokalnej gospodarki.
Zakupu w ogóle nie miałam w planach, wyszło przez przypadek, przy okazji.
Ilona Wiśniewska chwyciła mnie za serce Migotem – była to jedna z piękniejszych książek, jakie przeczytałam w 2022 roku i jeden z lepszych reportaży, jakie przeczytałam w życiu w ogóle.
Hjem jest inny niż Migot. Nie ma śniegu i zorzy, ale są ptaki, które w tym roku opanowały moje życie, więc coś chyba jest na rzeczy. No i to odkładane przeze mnie Tromsø.
Jest to bardzo pouczająca opowieść o ludziach i ptakach, o cywilizacji, o tym, że Norwegia chyba nigdy nie wpadnie do grupy moich ulubionych krajów (mamy jakiś zgrzyt). Będę dużo czulej patrzeć na mewy, chociaż pewnie i tak nie rozróżnię krysi od innych rodzajów. Czytając tę książkę, zatęskniłam za północnym krajobrazem i znowu zatęskniłam za życiem, które nigdy się nie wydarzyło, chyba że gdzieś na alternatywnej linii czasu. Dobrze było znowu pobyć za kołem podbiegunowym i popatrzeć na przyrodę, nawet z pożyczonej od autorki perspektywy.
Jestem fanką twórczości Ilony od czasów "Białego" czyli w zasadzie od początku, a i tak jestem zaskoczona jak bardzo wciągnęła mnie akurat ta opowieść (o mewach trójpalczastych???). Może to wynika też trochę z tęsknoty pomieszanej z nostalgią za Tromsø ("Niektórzy mówią, że tu chodzi się tylko pod górkę") i że dowiaduję się z tej książki o zmianach w miejscach, które widziałam x lat temu i świadomości, że kiedy tam wrócę to już będzie zupełnie inna mieścina niż ta, którą zapamiętałam.
"Była to opowieść o cierpliwości i o czekaniu. I o tym, że jeśli Północ jest twoim domem, często czekasz sam."
"Raz, gdy miasto pokryła spektakularna warstwa szadzi, na murze przy cmentarzu ktoś odwazył się napisać palcem I tak umrzemy. A potem wszystko stopniało."
"Ciągle się z kimś umawiam na ławkach, bo co lepszego można robić latem w mieście za kołem podbiegunowym."
Książka o północy i o mewach, ale chyba przede wszystkim o nieubłaganym końcu świata, który sobie sami sprowadziliśmy dewastując przyrodę dla naszych ludzkich egoistycznych celów. A teraz jeszcze resztki tej rozpaczliwie próbującej przetrwać przyrody tępimy i nienawidzimy, bo skrzeczy nocami za oknem i obsrywa gzymsy. Uwielbiam Wiśniewską za ten spokojny ton, którym opisuje koniec świata jaki znamy, ludzi którzy jeszcze próbują coś ratować z tego co było albo chociaż cicho opłakują i tą większość, której przedśmiertne drgania przyrody przeszkadzają w spokojnym i dostatnim życiu we wnętrzu przewodnika turystycznego po Norwegii. Moja druga ulubiona książka Autorki, po Białym.
Chciałabym ocenić wyżej, ze względu na sentyment do Tromsø, ale te 3 gwiazdki i tak już wydają się nieco na wyrost. W opisie książki można przeczytać, że autorka „chodząc ulicami, w końcu spotyka samą siebie i nieoczekiwanie staje się bohaterką tej historii”. Nieoczekiwanie? Raczej nie dla osób, które czytały jej poprzednie książki. W mojej ocenie Ilona Wiśniewska niestety pisze za dużo o sobie. Szkoda, bo malowany przez nią obraz Tromsø, kiedy akurat autorka go sobą nie zasłania, jest piękny.
To nie jest książka tylko o ptakach, ale to właśnie ptaki doprowadzają reporterkę w miejsca, w które sama się nie spodziewała się zajść. One są tu przewodnikiem. Przewodnikiem także po ludzkich duszach, ludzkich cierpieniach, ukazują szlaki samotności czy wyobcowania - same cierpiąc na te same przypadłości właśnie z rąk człowieka. Niesamowicie piękny reportaż, ale tylko sięgajcie jak macie czas na slow reading - bo to bardzo bystra i wartościowa książka wymagająca skupienia, czasu i wejścia w buty autorki (co z resztą mistrzowsko jej tu wyszło). Także bądźcie częścią tej historii z otwartością na czułość i uważność
Zacząłem słuchać audiobooka pierwszego dnia w Tromsø, skończyłem podczas lotu do domu. Fajne uzupełnienie wyprawy, pozwala nieco inaczej spojrzeć na centrum miasta, zrozumieć dlaczego autobusy jeżdżą tu własnym rozkładem, a nawet łatwiej wypatrywać ledwo widoczne spod śniegu ławeczki.
Dzięki książce zrozumiałem też, że mieszkałem w piwnicy.
Reportaż dobrze napisany, ale nie dowiedziałem się prawi nic o Trømso, w którym właśnie jestem, ani też nie poczułem lepiej miasta. Rozumie ekologiczny wydźwięk i problematyki ekspatów, ale strasznie brakło mi jednak norweskiej perspektywy. Może to nie ten reportaż po prostu, ale blurb jednak obiecywał coś innego a tego nie lubię.
Bardzo ładna historia. To kolejna książka tej autorki, która przenosi nas na daleką północ. Miałem okazję odwiedzić Tromsø - czytając tą książkę czułem jakbym tam był. Żałuję, że powstała dopiero teraz. następnym razem na pewno będę miał oczy szerzej otwarte.
Z Hen się minęłam, ale wszystkie inne książki Autorki to samo dobro. A Hjem to z kategorii najpiękniej i najprościej. A jako że jestem z Gdyni i lubię robić fotki mewom naszym - to tym bardziej.
Pomysł, miejsca, ludzie i klimat arcyciekawy, zwłaszcza jeśli kogoś interesuje ta tematyka. Dla mnie osobiście język trudny do przebrnięcia, ale całokształt na duży plus.