Cassidy znowu wpada w kłopoty… ale tym razem nie z własnej winy! Czy jej przebiegła i karygodnie odważna dwójka potomków zaprowadzi ją w sam środek imperialnej wojny? Wszak nie ma bardziej zwariowanej i nieprzewidywalnej przygody niż rodzicielstwo – nawet w świecie, gdzie wpływy ważą więcej niż rycerski miecz, a najcenniejszą walutą jest zdrada. Cassidy nie może już uciekać przed polityczną zawieruchą; musi zdecydować, po której stronie naprawdę stoi – ludzi czy magicznych istot. Więzy krwi zetrą się z lojalnością wobec drużyny, zielone łąki ojczyzny Cass nasiąkną szkarłatem, a jej rodzina przejdzie najcięższą próbę. Czy dawna zabójczyni udowodni, że zasługuje na spuściznę Hervorów? Imponujące zwieńczenie trylogii o lojalności, buncie, miłości i własnej ścieżce znaczonej krwią.
Są takie książki, które czytamy, bo wypada. Są takie, które pochłaniamy z przyjemnością. I są też takie, które wgryzają się w duszę, rozsadzają emocjonalnie od środka i zostają z nami na długo po ostatnim zdaniu. „Więzi krwi. Walka o dom” to dokładnie ten ostatni przypadek. To nie tylko zakończenie trylogii. To emocjonalna kulminacja opowieści, która dwa lata temu porwała mnie bez reszty, i do dziś trzymam się jej kurczowo, jakby miała mnie ochronić przed końcem świata.
Ten tom to nie jest po prostu kolejna przygoda w Irandal. To walka – dosłownie i metaforycznie – o dom, o przyszłość, o siebie nawzajem. Cassidy, Kyle, Morrigan i Sorcha muszą zmierzyć się z zagrożeniem, które nie tylko może zniszczyć ich kraj, ale i porwać ich dusze w wir bólu, żalu i rozpaczy. W tej historii nie ma miejsca na powierzchowność. Każda emocja, każda decyzja, każda strata – boli jak własna.
Muszę to powiedzieć: Emilia Kolosa z tomu na tom staje się coraz lepsza. Jej pióro ewoluowało w coś lekkiego, przyjemnego, a zarazem pełnego głębi. Przez ten tom się płynie, niezależnie od liczby stron, bo książki nie da się odłożyć. Styl autorki balansuje gdzieś między liryką emocji a precyzją opisu – i robi to z klasą.
Fabuła to prawdziwy rollercoaster. Pojawiają się nowe postacie, wątki polityczne zyskują na znaczeniu, a relacje między bohaterami zagęszczają się do granic wytrzymałości. Motyw straty i żałoby rozdziera serce, motyw walki o dom chwyta za gardło, a pytania moralne, przed którymi stają postacie, przyprawiają o dreszcze.
I nie da się tego przemilczeć: emocje. Końcówka książki mnie zmiotła. Dosłownie. Łzy lały się strumieniami, a moja klawiatura jeszcze nie doszła do siebie po tym, jak została osmarkana niczym chusteczka w listopadzie. Wydawało mi się, że jestem odporna. Że po tylu książkach już nic mnie nie ruszy. Kolosa udowodniła, że się myliłam. I dobrze, że się myliłam.
Bohaterowie to sól tej opowieści. Każdy z nich to pełnoprawna postać z krwi, kości i własnych demonów. Cassidy – silna, zawzięta, ale pękająca w środku. Kyle – wciąż próbujący być bohaterem, nawet gdy kosztuje go to wszystko. Morrigan, Sorcha, a nawet postacie drugoplanowe – nikt nie jest tu przypadkowy. Wszyscy zostali dopracowani do granic możliwości, co sprawia, że jako czytelnicy przeżywamy wszystko razem z nimi. Bo ich się kocha. Bezwarunkowo.
Ogromne brawa należą się autorce za sposób, w jaki pokazała relacje między postaciami. W „Walce o dom” nie tylko rodzina z wyboru gra kluczową rolę – pojawia się też ta biologiczna, z całą swoją trudnością, niejednoznacznością i siłą. Relacje są zniuansowane, prawdziwe, często bolesne, a ich wpływ na bieg wydarzeń – ogromny.
Na sam koniec muszę powiedzieć jedno: Czytajcie tę trylogię. Nawet jeśli pierwszy tom nie chwyci Was od razu – warto wytrwać. Z każdym kolejnym tomem seria rośnie, dojrzewa, wciąga głębiej i głębiej. „Więzi krwi. Walka o dom” to godne, przejmujące i piękne zwieńczenie historii, którą chce się przeżyć jeszcze raz – nawet jeśli trzeba za to zapłacić mokrą poduszką i puchnącymi od płaczu oczami.
Więzy Lisłów – Walka o Dom (Perignon) . Lisioł postanowił, że czas wrócić na stare graty (bo zostawił tam trochę nieotwartych butelek), natomiast dla Cassidy powrót do Irandal oznacza zmierzenie się z całą masą niedokończonych spraw. Problem z byciem zabójcą na zlecenie jest taki, że nie można domyć łap z krwi. Dla Cass oznacza to dokończenie spraw z dziedzictwem swojego ojca… w kraju ogarniętym wojną. Może być weselej? Może *pisnął Lisioł, otwierając kufer na pokładzie statku* jako pasażerowie na gapę z Cass i Kylem mogą zabrać się ich dzieciaki, Loren i Keira. . Cass, Kyle, Sorcha i Morrigan nie tylko mają przed sobą problem pod postacią gildii zabójców Hervorów, ale również cesarza Blarisa, który uznał, że wojna oraz totalna dominacja z domieszką eksterminacji istot dotkniętych magią to jego nowe, ulubione hobby. Futrzak nie do końca rozumie, dlaczego Blaris nie zajął się hobby-horsingiem? Albo dzierganiem? No cóż *westchnął Lisioł, ucząc dzieciaki rabować truskawki* zawrócić już nie można, więc można stawić czoła burzy z podniesionym łebkiem (ale szukając norki na taktyczny odwrót!). . Co się zatem dzieje? DUŻO! Lisioł musi Wam pisnąć do ucha, że książka zmienia się wraz ze swoimi bohaterami. To już nie jest lekka przygoda z grupą wesołków, gdzie każdy problem dało się rozwiązać brawurą, bezczelnością, nieszczelnością i nietrzeźwością. Cass i Kyle są starsi, bardziej dojrzali. Takie same są problemy, z którymi przychodzi im się zmierzyć. Wojna to nie potyczka z kilkoma bandytami, to kataklizm, a Cass i Kyle muszą nie tylko dbać o swoją skórę, ale trzymać na oku swoje pociechy. A wojna to nie jest miejsce dla dzieci. . W „Walce o dom” są bitwy, oblężenia, spiski, porwania, zasadzki… wszystko, czego trzeba w finałowym tomie porządnej fantastyce. Futrzak jednak cieszy się, że osią dla tych wszystkich wydarzeń pozostali bohaterowie. Zwykle dzieci nie są ulubionym aspektem lektury dla Lisioła, ale Emilia Kolosa nie napisała ich byle jak – wręcz przeciwnie. Trzeci tom Więzów Krwi robi wszystko to, co finał robić powinien. Wszystkiego jest więcej i mocniej, ale to dalej przygody tych samych ciekawych, zawadiackich, czasami irytujących, bohaterów.