Druga część opowieści o "Czarownicach..." tak bardzo różni się od poprzedniej, że mogłaby być niemalże oddzielną książką. I to niestety przez jej około 75%, takim romansidłem dla młodzieży. Irytowały mnie niedojrzałość Amelii i Diega oraz brak akcji. Narracja Martyny z pierwszej części nie przygotowała mnie do końca na przemyślenia tej dwójki. Końcówka za to powaliła mnie na łopatki, jeszcze bardziej niż w "Pierścieniu...". Warto było na nią czekać. Podobał mi się też motyw "deus ridens" (człowiek - boże igrzysko) Chociaż męczyłam się (najbardziej w środku lektury) i w pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy jest sens czytać dalej, chętnie poznałabym dalsze losy Amelii. Niestety nic nie wskazuje na to, by autorka miała kontynuować serię, mimo że zakończenie zostało otwarte. Z pozytywów mogę jeszcze dodać urzekające Dolomity, w których ma miejsce większość akcji. Polecam wpisać sobie nazwy miejscowości z książki w Mapy Google - widoki zapierają dech i na pewno jeśli będę miała możliwość, chciałabym je odwiedzić.