Mimo że Katie wyszła za mąż, nie może cieszyć się nowym życiem i zostać w Montanie. Niespodziewane wydarzenia w Londynie zmuszają ją do powrotu do rodzinnego domu. Zabiera ze sobą Tima i Kennedy – córkę siostry – i bez zwłoki wyrusza w drogę. Podróż, która początkowo miała być krótka, bezpowrotnie zmienia ich życia.
Chyba najgorszy tom, który dotyczył historii Katie. Strasznie nie podoba mi się to zakończenie, podróż do Anglii, gruźlica i ta "inspiracja" Titaniciem bardzo mnie zniechęciły do dalszego czytania. Rozumiem, że zrobienie Cory dzieckiem Wohifa miało wywołać dramatyzm, ale czuję, że historia nie będzie kleiła się dobrze w przyszłości. Jeśli wyjdzie 8 tom to raczej po niego sięgnę, ale czuję, że nic ciekawego i sensownego już się nie wydarzy.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Jak dobrze, że @karolina_wojciak_author nie kazała nam długo czekać na dalsze losy Katie i pozostałych mieszkańców Garnet.
Muszę przyznać, że tytuł „Strata” jest bardzo adekwatny do tego co znajdziemy w książce. Jest to chyba, przy najmniej dla mnie, najsmutniejsza część tej serii. Po przeczytaniu szóstego tomu można było się spodziewać jakiej sielanki czy uspokojenia w życiu Katie. Ja oczekiwałam jakiś szczegółów co do życia małżeńskiego nowo poślubionej pary. Liczyłam albo na jakiś dramat albo na wybuch ogromnej, zbudowanej na przyjaźni, miłości. Tym czasem nic z tych rzeczy. OK, mamy punkt zwrotny, który mógłby rozwalić wszystko, ale nie do końca tak się dzieje. Tak więc tak sobie z Katie żyjemy w Montanie, do momentu kiedy musimy wrócić do Londynu. I w tym momencie zaczyna się dramat. Z każdym rozdziałem przeżywamy coraz to nowe i coraz gorsze koszmary. Nie chcę zdradzać za dużo, ale pomysł aby włączyć w historię najbardziej znany statek na świecie, było genialnym pomysłem. I moją zgubą, bo strasznie wczułam się w emocje Katie. Spłakałam się strasznie.
Więcej już nie zdradzam. Sami musicie przeczytać. Czytajcie i płaczcie, tak jak ja.
Od pierwszych stron wiedziałam, że ta część będzie wyjątkowo emocjonalna. Pomimo to, że gdzieś mniej więcej w połowie książki, przeczuwałam zakończenie czując, że autorka prowadzi nas ku dramatycznemu finałowi, to jednak do samego końca trzymałam się nadziei na inne zakończenie. I właśnie ta umiejętność grania na emocjach czytelnika sprawia, że książka tak mocno wciąga.
To historia pełna napięcia, pięknych, ale i trudnych momentów, które poruszają serce i zostają z nami na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Dla mnie – jedna z najmocniejszych części całej sagi.
Czy jestem zawiedziona? Tak, bardzo. Choć nie lubiłam głównej bohaterki (moja ulubienica to Izzie), to liczyłam że jej los pokaże że nigdy nie jest za późno na nowy początek. Z technicznych spraw, dodam, że to pierwszy tom z całej serii, gdzie na dużą skalę czułam, że Autorka biegnie do mety, nie rozglądając się na boki. A szkoda. Ten tom mógł być naprawdę fajny. Moja ocena 3.5