Dwa teksty-hasła szczególne zapamiętałem z dawnych, dawnych czasów, kiedy dzieciakiem będąc, spędzałem u babci weekendy, a czasem i całe wakacje (których formalnie jeszcze nie miałem). Zdania te sączyły się czasem z radia, małego prostopadłościennego odbiorniczka, a czasem ze znacznie dla mnie atrakcyjniejszego (nie umiem wyjaśnić, dlaczego) kaseciaka. Rzeczone hasła, które przechowuję we łbie do dziś to "Będąc młodą lekarką..." oraz "Kocham pana, panie Sułku". Nieśmiertelna klasyka radiowego humoru. Ucieszyłem się nielicho, kiedy w moje łapska wpadła niepozorna książeczka z tekstami Jacka Janczarskiego. Wspomnienia młodości zaczęły powracać falą wzburzoną i nieokiełznaną... I wszystko byłoby pięknie, bo teksty są żartobliwe, czasem zawierają wielce istotną szczyptę absurdu, czasem zaprawione są humorem czarnym i wisielczym; bo pan Sułek ze swoim pogardliwym "cicho!", ze swymi licznymi zaletami i wołającym o pomstę do nieba urokiem osobistym, bo w końcu pani Eliza wpatrzona w ukochanego wejrzeniem tępym i bezkrytycznym; bo ilustracje i dodatki też niczego sobie; bo to, owo i może nawet jeszcze trochę. W czym więc problem? Papierowym bohaterom daleko do ich radiowych wcieleń. Czytając teksty zawarte w książce uświadomiłem sobie, jak wiele dla tych postaci zrobili Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski, jak bardzo nadali kształt i charakter pani Elizie i panu Sułkowi. "Kocham pana..." w formie książkowej ma urok i wdzięk, tak myślę, głównie wtedy, kiedy każdemu dialogowi towarzyszą pobrzmiewające w głowie głosy nieocenionych odtwórców z kultowej audycji. Bez nich jest tylko tekst - zabawny, interesujący, przewrotny, ale jednak dość ubogi. Pierwszy raz z czystym sumieniem polecam posłuchać zamiast czytać.
To jest coś idealnego dla fanów pana Sułka. Czyta się słysząc głosy bohaterów tak dobrze znanych ze słuchowiska. Utrzymany humor, podejście bohaterów do życia i rzeczywistości.