Witajcie na Tia Nari, wyspie polożonej na grzbiecie ogromnego konia.
Mówi się, że trzeba być trochę szalonym, by tu mieszkać. Ramin jest przekonany, że właśnie tak jest – o niczym nie marzy bardziej niż o wyprowadzce i podjęciu studiów medycznych gdzieś bardzo daleko. To i tak nigdy nie był jego dom. Zanim jednak zarobi na studenckie życie, pewnie straci resztę wiary w siebie i świat, który zdaje się mieć dla niego w ofercie tylko śmieciowe prace i frustrację. Zatrudnienie w stadninie Khanów – choć Ramin nie przepada za końmi – pewnie nie zmieni jego ponurego losu, bo czemu miałoby?
Maika’i, przemierzający wyspę na mechanicznym rumaku, wyczuwający magiczne prądy i układający się dopiero z własną tożsamością, trzyma się optymizmu, jak tylko może, choć nie jest łatwo – los rzuca mu pod nogi coraz to nowe wyzwania, a każde trudniejsze od poprzedniego. Stadnina Khanów to tylko kolejny etap jego niezwykłej wędrówki.
Na wyspie tętniącej barwnym życiem i magią nie brak zwyczajnych życiowych trudności – trzeba zmierzyć się z dorosłością, czy się tego chce, czy nie. Znajdą się też jednak wyzwania zdecydowanie nadzwyczajne. Bo komuś przyjdzie ratować świat na końskim grzbiecie. Ciekawe komu?
Autorka nominowanej do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla powieści Bóg Maszyna. Studiowała twórcze pisanie na Uniwersytecie Łódzkim i szlifowała warsztat ponad dwie dekady, by móc kiedyś podzielić się owocami swojej wyobraźni. Zagubiona w fantastycznych światach, czy to z książek, filmów, gier fabularnych, czy też własnych. Z zawodu technik weterynarii, nie wyobraża sobie życia bez tworzenia, herbaty i co najmniej trzech gatunków zwierząt w domu.
Niezwykle przyjemna, queerowa fantastyka z polskiego podwórka, choć osadzona w realiach inspirowanych Hawajami. Ogromny plus dla pani Gajzler za wstęp i trzeźwe podejście do swoich inspiracji. Już wcześniej miałam do czynienia z jej piórem, także wiem, że przyjemnie się je czyta; wolałabym, by ekspozycja w ,,Koanai" była nieco mniej przegadana, a bardziej pokazana, ale nie zmienia to faktu, że to miła, przyjemna pozycja do przeczytania.
„Koanai. Ostatnia legenda” Joanny W. Gajzler to książka, która od początku zachwyca pomysłem na świat. Wyspa położona na grzbiecie gigantycznego konia? Do tego wierzenia ludowe, mitologia, opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie – to naprawdę robi klimat i sprawia, że chce się zanurzyć w tej historii. Światotwórstwo jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej powieści.
To też książka, która spodoba się fanom koni. Jest tu sporo o hodowlach i stadninach, o końskich zachowaniach i pielęgnacji, a nawet scena komplikacji przy porodzie. Jeśli ktoś lubi czytać o relacjach człowieka i konia w fantastycznym świecie, to znajdzie tu dla siebie naprawdę dużo smaczków.
Problem w tym, że na tym tle fabuła trochę siada. Przez jakieś trzy czwarte książki dostajemy głównie rozmowy o wierzeniach, legendach i przeszłości, które zamiast budować napięcie, zaczynają po prostu nużyć. Dopiero pod sam koniec bohaterowie łączą siły i faktycznie stają się jeźdźcami – i to jest moment, na który czekałam od pierwszych stron. Tyle że wtedy książka się kończy, a człowiek zostaje z lekkim poczuciem niedosytu.
Tempo i proporcje są tu moim zdaniem źle wyważone – za dużo gadania, za mało akcji. A szkoda, bo potencjał na coś naprawdę wciągającego jest ogromny. Sam koncept wyspy-konia i całej mitologii wokół niej jest świetny, oryginalny i świeży.
Podsumowując – pomysł super, wykonanie średnie. „Koanai” ma klimat i ciekawą bazę, ale zabrakło w niej emocji i dobrze rozłożonego napięcia.
3,5 ⭐️Młodzieżowa powieść fantasy inspirowana Hawajami, przesycona magią i legendami, w której bohaterów łączy szczególna więź. Na czytelnika czekają mechaniczne konie oraz niezwykły, nietuzinkowy świat wykreowany przez autorkę.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje niezwykłe połączenie baśniowej atmosfery z motywem robotów, tropikalny klimat i oczywiście..konie! Do tego wplecione bardzo ważne przesłania o wartości relacji, potrzebie akceptacji oraz znaczeniu tolerancji. Przytoczone przykłady to zaledwie fragment, bo lektura skłania do refleksji nad wieloma innymi aspektami.
To opowieść, która nie goni za wydarzeniami. Przez większość książki akacja dzieje się niespiesznie dając przestrzeń na budowanie relacji między bohaterami. Ta część nie do końca mnie wciągnęła, chwilami trudno było mi się skupić, a myśli uciekały w inne strony. Odczuwamy, że bohaterowie zmierzają gdzieś naprzód, choć cel pozostaje niejasny. Z ciekawością sięgnę po kontynuację, a tę część polecam szczególnie młodym czytelnikom.
Pomysł na świat i główne problemy sugerują powieść dla młodszej młodzieży, a jednak w tych realiach osadzono młodych dorosłych po dwudziestce. Kula w kolano dla powieści, która jako całość wypada przyjemnie. Dodatkowo polubiłam bohaterów, choć gdybym czytała w papierze, a nie słuchała, to pewnie bym się poddała przez przeciąganie do maksimum akcji, która nie zawsze była tego warta. W sumie to głównie było nudno. Welp.
Znacie (Everynight ;)) Kapitana Planetę? W latach 90 z zapartym tchem śledziłam losy Planetarian, którzy za pomocą żywiołów wody, wiatru, ognia, ziemi i serca walczyli o lepszy ekosystemem naszej planety pokonując złoli. Co tam robiła moc serca? Nie wiem, ale Ma-Ti, Peruwiańczyk, który dysponował pierścieniem mocy serca był moim ulubieńcem.
Trochę wody w Wiśle się od tamtych czasów przelało, a problemy ludzkie nadal są takie same, mimo, że wychowaliśmy się na tak fantastycznej animacji. Dlatego też nie dziwota, że w końcu musiał nadejść dzień, w którym w książce znów pojawi się drużyna do zadań specjalnych, aby uratować świat, a przynajmniej wyspę, przed degeneracją. Koanai [współpraca reklamowa z wydawnictwem] to pierwsza część historii odgrywającej sie na Hawajach, gdzie w świecie pełnym starych legend konie wybierają swoich czterech jeźdźców, aby uratować świat przed rychłym upadkiem rodem z owych legend. I chociaż zazwyczaj przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę , w tym przypadku nasz bohater, Maika'i, wyruszył najpierw w drogę właśnie po to, aby zebrać drużynę. A wyruszył z bagażem doświadczeń (jest osobą transpłciową, której matka nie zaakceptowała), odrobiną magicznych umiejętności, i przede wszystkim na mechanicznym koniu, bo i takie maszyny znajdziemy w powieści. Trafia on do stadniny koni, gdzie pracę rozpoczyna drugi z naszych bohaterów - Ramin. Nie jest on fanem koni, ale po tym jak stracił pracę dowiedział się, że matka go okradła z wszelkich oszczędności, które odkładał na studia medyczne i wszystko przebimbała na hazard. Tak zaczyna się nasza przygoda.
Myślę, że zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę - razem z Raminem, któremu nie w głowie były do tej pory ani konie, ani legendy, zostajemy zarzuceni sporą ilością legend, wierzeń, magicznych zwierząt, przepowiedni i przede wszystkim na tym koncentruje się według mnie 1 tom pierwszy. Co nie znaczy, że nie mamy cięższych zagadnień na temat wyspy - czy to traktowanie zwierząt, eksploatowanie terenów, nielegalne uboje - to tylko część tych tematów.
Każdy z bohaterów i bohaterek został obdarzony osobowością i chociażby zarysem historii rodzinnych i przeszłości. Ich wzajemne relacje też są opisywane, chociaż ja pewnie chciałabym więcej, ale na to zabrakło miejsca, albo autorka celowo przeskakiwała do ważniejszych momentów, w których bohater lub bohaterka myśli coś w stylu "przez ostatnie tygodnie fajnie nam się razem pracowało i rozmawiało, x nawet mi się podoba". A ja to bym chciała poczuć to powoli budujące sie napięcie. Ale rozumiem, że nie wszystko zawsze się da, bo mnogość zagadnień i budowania świata na to nie pozwoli.
Ramin, marzy o studiach i opuszczeniu Tia Nari. Sytuacja życiowa jednak zmusza go do zatrudnienia się w stadninie koni, mimo iż nie przepada za nimi. Maika'i, przemierza wyspę na mechanicznym rumaku, a stadnina koni miała być tylko kolejnym etapem, jego niezwykłej wędrówki.
„Koanai. Ostatnia legenda” to fantasy młodzieżowe, które zabiera nas w podróż inspirowaną Hawajami. Podążamy śladem legend, pieśni, magii, przyjaźni oraz cudownej więzi z końmi.
Autorka ciekawie i nietuzinkowo wykreowała świat, dzięki czemu nadała powieści głębi jak i autentyczności. Stworzyła iście wakacyjny klimat i przyjemną atmosferę, jednak nie zabraknie w niej życiowych trudności. Bohaterzy muszą mierzyć się z dorosłością, niesprawiedliwością, problemami rodzinnymi, stratą, własną tożsamością, muszą zaakceptować, że życie nie zawsze układa się zgodnie z planem, który sobie założyli oraz, że w najmniej odpowiednim momencie czeka na nich coś dobrego. Poznajemy dwie główne postaci: Ramin oraz Maika'i; obserwujemy ich niespiesznie rozwijającą się relacje oraz ich przemianę, z przyjaźni po partnerstwo we wspólnym celu. Postaci drugoplanowe, pracownicy stadniny, również zasługują na docenienie. Ich rola w wydarzeniach świetnie wzbogaca fabułę, a każda z tych postaci posiada swój charakter, przez co zapadają w pamięć. Z wielkim zaciekawieniem śledziłam losy bohaterów oraz jak wygląda praca i funkcjonuje stadnina koni. To historia wciągająca, pełna nieoczywistych rozwiązań fabularnych, dopracowanej kreacji bohaterów, przy której świetnie się bawiłam. Legendy, pieśni, system magicznej więzi, mechaniczne konie, magiczne stworzenia zostały stworzone w przemyślany sposób, pełen detali. Świat ten jest nietuzinkowy, a autorka w zgrabny sposób do fantastycznego świata przemyciła problemy społeczne, które chwytają za serce i wywołują emocje.
Na koniec muszę wspomnieć o pięknym wydaniu, a każdy rozdział jest poprzedzony ilustracją 💚
Nawet nie wiecie, jak czekałam na tę książkę! Śledziłam proces jej tworzenia w mediach społecznościowych autorki i wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tym bardziej jestem w skowronkach, że mogła to być moja pierwsza współpraca recenzencka. Za co bardzo dziękuję wydawnictwu! 🩵
To książka niezwykle komfortowa, momentami wzruszająca i całkowicie w stylu autorki. Gdyby ktoś dał mi tekst w ciemno, myślę, że odgadłabym, że to właśnie jej dzieło.
Mimo że komfortowa, zawiera wiele ważnych tematów, które zostały świetnie i z wyczuciem wkomponowane w fabułę. Pojawiają się takie motywy jak: uzależnienie od hazardu, zmiana płci czy choroba nowotworowa siostry jednego z bohaterów.
Bardzo lubię, gdy takie zabiegi są stosowane – pokazują, że życie nie zawsze jest tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać.
Jeśli chodzi o głównych bohaterów – Raminę i Maika’iego – to przypadli mi oni bardzo do gustu. W przypadku tego pierwszego nastąpiła ciekawa przemiana, a ten drugi tak chwycił mnie za serce, że omg.
Jeśli chodzi o elementy fantastyczne i magiczne, to zdecydowanie są one niszowe – i bardzo dobrze, bo w końcu mamy coś nowego, nieoklepanego i zdecydowanie oryginalnego. Więc jeżeli szukacie czegoś niesztampowego, sięgnijcie po tę książkę.
Motywy, jakie tu znajdziecie: 🐴 konie i koniarski lifestyle 🐴 legendy 🐴 hawajski vibe 🐴 LGBTQ+ 🐴 coś dla fanów Star Stable 🐴 magia
duży zawód, bo uwielbiam pozostałe książki autorki. Baśniowa i magiczna kraina została pożarta przez współczesny język, slang i humor. To tylko i wyłącznie moje odczucia, niektórych to prawdopodobnie zabawi, ale ja nie jestem fanką tworzenia historii, której miejsce będzie toczyło się na fantazyjnej wyspie w kształcie grzbietu konia, a bohaterowie będą aż krzyczeli osobowością nastolatków z większych miast XXI wieku. Do tego, Ramin był niezwykle irytujący. Nie rozumiem, dlaczego Maika’i zapałał do niego aż takim uczuciem, kiedy ziom dosłownie nie szanował legend pochodzących z jego kultury, oraz gardził koniem którego dosiadał, mimo że „Mewa” tak bardzo je ubóstwiał. Co więcej, reakcja Ramina na zostanie „TYM” i pieprzenie Haunani, że został wybrany właśnie dlatego, by przekształcić jego niechęć do koni w miłość, było tak żałosne, że już ostatecznie odechciało mi się podążać za tym idiotyzmem XD równie dobrze można było wybrać takich pięćset tysięcy, a Pyłek wybrał akurat tego, kto dosłownie na niego pluł i nazywał go TUMANEM XD Biedna Lydia.
Szczerze to nie mam pojęcia, jak zrozumieć zakończenie książki. Bo historia urywa się w dosyć dziwnym momencie, a nie ma nigdzie sygnału, że to dopiero część pierwsza?? Sam świat i bohaterowie mi się podobają, ale byłam bardzo zaskoczona tym, że historia po prostu się... urywa? Nie wiem, czyj to błąd, może wydawcy, ale przydałaby się informacja, że ta historia ma ciąg dalszy, bo jako standalone nie ma sensu.
„Koanai. Ostatnia legenda” autorstwa Joanny W. Gajzler to powieść, która przenosi czytelnika na Tia Nari – wyspę pełną magii, dziwactw i niecodziennych wyzwań, osadzoną na grzbiecie… ogromnego konia. To już samo w sobie zapowiada niezwykłą historię, w której granice wyobraźni autorki potrafią zaskoczyć, a jednocześnie stają się metaforą świata, w którym trzeba odnaleźć swoje miejsce. Poznajemy Ramina – młodego chłopaka, który marzy o ucieczce i studiach medycznych, bo codzienność zdaje mu się pasmem frustracji i jałowych prac. Jest też Maika’i – optymista próbujący nadać sens swojej wędrówce i mierzący się z własną tożsamością, przemierzający wyspę na mechanicznym rumaku. Oboje wplątują się w historię, która początkowo wydaje się zwyczajna, a z czasem nabiera rozmachu i prowadzi ich ku roli większej, niż mogliby przypuszczać. Bo oto nadciągają wydarzenia, w których nie chodzi już tylko o dojrzewanie i radzenie sobie z własnymi problemami – ktoś będzie musiał uratować świat, i to właśnie na końskim grzbiecie.
To, co najbardziej urzekło mnie w tej historii, to niezwykła sceneria – wyspa tętniąca życiem, magią i kolorami, a jednocześnie pełna codziennych zmagań. Autorka wplata w nią elementy fantastyczne, ale nie zapomina o problemach, które są bliskie każdemu: dorastanie, poszukiwanie siebie, zmaganie się z poczuciem niedopasowania. Ramin swoją rezygnacją i rozgoryczeniem pokazuje, jak trudno bywa pogodzić marzenia z rzeczywistością, zaś Maika’i udowadnia, że nawet wtedy, gdy świat rzuca nam kłody pod nogi, warto szukać światła i uparcie trzymać się nadziei. Cytat: „Nawet na grzbiecie giganta trzeba nauczyć się chodzić własnymi krokami” pięknie podsumowuje przesłanie całej książki – niezależnie od tego, jak niezwykły jest świat wokół nas, to my musimy znaleźć w nim własną drogę.
Muszę jednak wspomnieć, że nie wszystko w tej książce w pełni mnie przekonało. Zdarzało się, że dialogi między bohaterami brzmiały dość podobnie i nie zawsze oddawały ich indywidualny charakter, przez co chwilami traciłam poczucie różnorodności postaci. Kilka wątków pobocznych, które początkowo zapowiadały się bardzo ciekawie, zostało jedynie zarysowanych i pozostawiło we mnie niedosyt – miałam wrażenie, że mogłyby wnieść do fabuły jeszcze więcej emocji i głębi. Do tego momentami brakowało mi mocniejszego wejścia w psychikę bohaterów, takiego, które pozwoliłoby lepiej zrozumieć motywacje stojące za ich decyzjami. Sama fabuła również nie zawsze była dla mnie równa – tam, gdzie oczekiwałam przyspieszenia akcji, narracja zwalniała, a w chwilach, gdy chciałam dłużej zatrzymać się przy emocjach, autorka szybko prowadziła historię dalej. To właśnie te elementy sprawiły, że moja końcowa ocena to 3,5/5 – nie dlatego, że książka nie ma potencjału, ale dlatego, że w kilku miejscach aż prosiła się o pełniejsze rozwinięcie. Mimo to cieszę się, że mogłam poznać tę historię i zanurzyć się w świat, który jest tak wyjątkowy i odmienny od wszystkiego, co znam.
Dla mnie „Koanai. Ostatnia legenda” to opowieść o dojrzewaniu i szukaniu własnej tożsamości w świecie, który nie zawsze jest przychylny. O tym, że czasem trzeba wykazać się odwagą nie w wielkich czynach, ale w drobnych decyzjach, które zmieniają kierunek życia. Jak napisała autorka: „Świat nie zawsze daje ci to, czego chcesz, ale zawsze podsuwa to, czego potrzebujesz.” To zdanie zostaje ze mną na długo, bo oddaje kwintesencję dorastania – nieustannego zderzania marzeń z realnością i szukania w tym równowagi.
Mi osobiście przypomina to powiedzenie: La vita è una corsa selvaggia, ma ognuno deve trova il tuo ritmo. Życie to dziki galop, ale każdy z nas musi znaleźć własne tempo. I chyba właśnie o tym jest ta książka – o szukaniu swojego rytmu w świecie, który zdaje się gnać szybciej, niż byśmy chcieli.
Hmm… Myślałam że jestem grupą docelową „Koanai”. Jestem dorosłą koniarą, która niedawno skończyła kierunek lekarski. Czytam opis i myślę - super, książka dla mnie. Nie całkiem, okazuje się. Ale zacznę od pozytywów. 1) Koniki <3 jestem koniarą, więc koniki zawsze spoko. Mój umysł działa bardzo prosto 😅 2) Świat Tia Nari. Piękny, barwny, klimat bardzo rzadko spotykany w literaturze. 10/10, uwielbiam 🥹 3) Jacek Rozenek - jako że słuchałam audiobooka to oczywiście pan Jacek to klasa sama w sobie.
Niestety na tym kończą się moje zachwyty, bo sporo elementów nie przypadło mi do gustu.
1) Bohaterowie są. Po prostu są. Zachowują się trochę jak marionetki umieszczone przez autorkę w przypadkowych okolicznościach, nie zmieniają się, nie ewoluują, nie przezwyciężają trudności. Zmiany są tylko kosmetyczne, a polubić ich trudno. Ramin zapowiadał się świetnie: jego historia, tło, przeszłość, to wszystko brzmiało obiecująco. Ale… to wszystko nie ma żadnego wpływu na fabułę. Jaka siostra? Jaka medycyna? Tematy wracają może trzy razy i bez konsekwencji. Z kolei Maika’i cierpi na absolutny brak charakteru. To trochę jak ozdobna książka z piękną okładką, ale pustymi kartkami w środku. W teorii ma ciekawe cechy, w praktyce jest po prostu nudny. 2) wątek queerowy podobnie. Nie ma żadnego realnego wpływu na fabułę. Można by go wyciąć a nic by się absolutnie nie zmieniło. Mam wrażenie, że został wrzucony tylko po to, żeby był. Szkoda, bo potencjał był ogromny. 3) zasada „show, don’t tell” jest naruszana nagminnie. Pod tym względem książka przypomina trochę „Atak klonów” XD Let’s walk and talk, walk and talk… 4) jak na książkę reklamowaną dla dojrzałego czytelnika, przekazy i aluzje są subtelne jak lewy prosty poprzedzony prawym sierpowym. Zero okazji do refleksji, do wątpliwości. BIAŁY CZŁOWIEK ZŁY. CLINTON ANDERSON ZŁY (taaak, dokładnie było wiadomo o kogo chodziło…). BIAŁY CZŁOWIEK NISZCZY PRZYRODĘ, O NIE. Widziałam jakieś tysiąc filmów na ten temat i przeczytałam drugie tyle książek. 5) nic tu się nie dzieje. Audiobook trwa 13h, z czego 12,5 to wstęp. No kurczę, jak na historię o mistycznych koniach jest bardzo… statycznie. 6) system magiczny bez żadnego ładu i składu. Ciągle nie wiem co robi, ja działa oprócz wyczuwania innych istot magicznych. 6) moje małe koniarskie spostrzeżenie: nauka jazdy na padzie do jazdy na oklep? Ała, biedny koński grzbiet.
Mam wrażenie, że autorka miała świetną koncepcję światotwórczą, ale nie bardzo wiedziała, jaką historię w tym świecie opowiedzieć. Bohaterowie się miotają, wyrażają frustrację, że nie wiedzą, co robić - a ja miotam się razem z nimi.
Nie zakładałam, że będę słuchała tej książki tak długo. Na początku byłam zachwycona, nie spotkałam się z książką osadzoną na Hawajach, skoncentrowaną na mitologii i wierzeniach. Jednak nie spodziewałam się, że przez większość książki będziemy poznawać same "suche" historie bądź przekazy. Zabrakło mi większej dynamiki, wydarzeń, bohaterowie też nie byli "moi". W innych pozycjach Gajzler od razu czułam to coś, tutaj mi tego zabrakło. Z pewnością jest to bardziej złożona pozycja niż Necrovet, lecz nie poczułam się aż tak zaangażowana, jak myślałam. Boję się, że niewiele z niej zapamiętam:/
🐎🐎 Koanai. Ostatnia legenda Joanny W. Gajzler to powieść, która od pierwszych stron przyciąga oryginalnym konceptem świata. Autorka przenosi czytelnika na Tia Nari – wyspę położoną na grzbiecie gigantycznego konia, gdzie codzienność splata się z mitologią, wierzeniami i magią. To niezwykłe tło od razu intryguje i budzi ciekawość, bo obiecuje spotkanie z fantazją świeżą i odważną. W tym miejscu zwyczajne problemy dorastania mieszają się z zadaniami o skali epickiej – aż po konieczność ratowania świata.
🐎🐎 Centralnymi bohaterami są Ramin i Maika’i – dwie zupełnie różne osobowości, które łączy los i konieczność odnalezienia własnej drogi. Ramin, sfrustrowany i zagubiony, marzy o ucieczce w świat medycyny, podczas gdy Maika’i – podróżnik na mechanicznym rumaku – kieruje się w stronę przygody i nadziei. Ich perspektywy pozwalają spojrzeć na wyspę z różnych stron: jedna ukazuje ciężar codzienności i brak wiary w siebie, druga – determinację i odwagę. Ten kontrast nadaje narracji wielowymiarowości, a czytelnik zyskuje szansę, by odnaleźć w bohaterach własne rozterki.
🐎🐎 Niezwykłą siłą powieści jest światotwórstwo. Gajzler czerpie pełnymi garściami z ludowych wierzeń, budując unikalną mitologię, w której magiczne prądy, legendy o dawnych jeźdźcach i symbolika koni mają ogromne znaczenie. Autorka opisuje wyspę tak plastycznie, że czytelnik niemal czuje zapach stadnin, słyszy dudnienie kopyt i wyczuwa pulsującą w powietrzu magię. Świat Tia Nari tętni życiem i kulturą, stając się jednym z najważniejszych bohaterów książki – fascynującym, choć nie zawsze przyjaznym.
🐎🐎 To także książka szczególnie atrakcyjna dla miłośników koni. Autorka z dbałością i autentycznością opisuje hodowlę, zwyczaje i pielęgnację zwierząt, ukazując ich rolę nie tylko w gospodarce, ale też w ludzkich emocjach. Nawet scena komplikacji przy porodzie klaczy ma swoje miejsce, co świadczy o dokładnym przygotowaniu i znajomości tematu. Wplecenie takich elementów do fantastycznej opowieści sprawia, że relacja człowieka i konia nabiera głębszego sensu i staje się jednym z filarów powieści. ㅤ 🐎🐎 Problemem pozostaje jednak tempo narracji. Przez większą część książki dominują rozmowy o wierzeniach, przeszłości i legendach, które choć ciekawe, spowalniają akcję i odbierają fabule dynamikę. Dopiero w finale bohaterowie faktycznie stają się tym, czym zapowiada tytuł – jeźdźcami gotowymi zmierzyć się z czymś większym od siebie. To moment, na który czytelnik czeka od pierwszych stron, lecz pojawia się późno i zostawia poczucie niedosytu. ㅤ 🐎🐎 Koanai. Ostatnia legenda to książka o ogromnym potencjale – z niebanalnym pomysłem, bogatym światem i bohaterami, w których można się przejrzeć. Choć niedoskonała pod względem proporcji między akcją a opisami, wciąż pozostaje fascynującą lekturą dla osób spragnionych świeżych wizji w fantastyce. To opowieść o dorastaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości i sile, jaką daje przyjaźń – zarówno z drugim człowiekiem, jak i z koniem. Gajzler stworzyła świat, do którego warto zajrzeć, choć pozostaje nadzieja, że przyszłe historie z tego uniwersum lepiej wykorzystają drzemiący w nim potencjał.
Ramin nie znosi koni; przykry wypadek z dzieciństwa, zdarza się. Problem w tym, że jego przyszłość może uratować tylko praca w stadninie, gdzie na domiar złego zostaje wybrany przez magicznego konia. Na osłodę dostaje za to świetnego chłopaka z niesamowitym mechanicznym wierzchowcem. Ta część wyszła nieźle. Jak romanse zwykle rozwalają mi akcję, tak tu (pomijając jeden mega sztuczny moment) było naprawdę w porządku. Ale też nie było tu za bardzo akcji do rozwalania. Jeśli ktoś nastawia się na ratowanie świata na skalę większą niż godzinna przejażdżka, niech lepiej poczeka na następny tom.
Ogólnie pierwsza połowa wyszła przyjemnie: były legendy, ale też teraźniejszość na wyspie. Zobaczyliśmy wycinek z życia każdego z bohaterów, pojechaliśmy na wycieczkę dla turystów, i na tym etapie świat wyglądał całkiem obiecująco. ...po czym okazało się, że poza mechanicznymi zwierzakami i paroma legendami absolutnie nic nie jest tu wymyślone, bo i manga istnieje, i tamagotchi, i mustangi żyją tam, gdzie u nas, i historia świata prawie nie zmieniona, włącznie z II wojną światową. I, okej, rozumiem, że trzeba mieć odpowiednik USA, jeśli chce się pisać konkretnie o Hawajach - tyle że z Hawajów, jakie my znamy, tak naprawdę została tu tylko historia monarchii i to nieszczęsne nie-USA, a problem turystów niszczących magię miejsca w poszukiwaniu właśnie tej magii dokładnie w tym samym stopniu dotyczy Tahiti na przykład. Poza tym serio, mówimy o książce z dorosłymi bohaterami, więc w domyśle dla czytelnika w podobnym wieku. Więc czy na pewno trzeba wszystko przekopiować jeden do jednego, żeby absolutnie każdy czytelnik na pewno zrozumiał, jak odnieść to do świata wokół nas?
Żeby było zabawniej, jest taki szczegół z naszego świata, który mógłby pomóc w kreacji bohatera: gdyby tylko Ramin miał szansę wychować się w jednej z tych rodzin muzułmańskich, które poważnie podchodzą do zakazu korzystania z magii, przyjęcie roli magicznego strażnika wyspy oznaczałoby dla niego odcięcie się od rodziny, z którą wyraźnie nie zamierza rozstawać się na zawsze. Ale nie, z religii mamy tu wspomnianych tylko bliżej niezidentyfikowanych "misjonarzy" siejących transfobię, oraz przeciwstawione im wierzenia rdzennych tianaryjczyków. Czyli znowu nic oryginalnego.
I nie, jazda na oklep naprawdę nie jest dobra dla konia, kiedy jeździec jest początkujący, a jeszcze rzekomo ma traumę do wyleczenia. A za wypuszczenie tegoż początkującego w teren na jego pierwszą jazdę od dzieciństwa u nas ktoś by dostał porządny opieprz. W ogóle, największą magią jest to, że przez całą akcję książki nikt nie spadł z konia.
Bardzo wciągająca, angażująca, nie mogłam się od niej oderwać, nie chciałam przerywać słuchania audiobooka, a jednocześnie nie chciałam jej kończyć, ponieważ nie chciałam rozstawać się z tymi bohaterami, z tym klimatem i z tym światem.
Słuchanie tego audiobooka sprawiło mi ogromną Przyjemność i Radość! Książka, ktòra wywołała uśmiech na mojej twarzy.
O determinacji, o wyjątkowej więzi łączącej człowieka z koniem, o stracie i próbach radzenia sobie z nią, o pasji, o miłości do koni, o tożsamości, o potrzebie akceptacji, o szacunku dla kultury.
Porusza też ważne i trudne społecznie tematy. Super wykreowani bohaterowie, zwłaszcza Ramen,Maikai i Lidia.
Przemiana głównego bohatera, Ramena, jest bardzo dobrze pokazana. Rozwój relacji między Ramenem a Maikai'm jest bardzo dobrze pokazany.
Fascynujący, świetnie wykreowany system mitologiczny.
Bardzo pomysłowy system magiczny.
Nie spodziewajcie się w tej powieści " pędzącej na łeb, na szyję" akcji, to jest raczej książka oparta na świetnie wykreowanych bohaterach, relacjach między nimi i super wykreowanym świecie.
Najbardziej interesującym dla mnie wątkiem był wątek Kanoka i Atiji.
Bardzo dotknął mnie wątek Lidii. Najbardziej poruszył mnie wątek Maikai'ego i Lilikai.
Już pierwszy zwrot akcji sprawił,że ścisnęło mi się serce, drugi mnie wzruszył i wywołał uśmiech na mojej twarzy,trzeci mnie zdumiał, następny mnie zszokował, kolejny mną wstrząsnął,a następny złamał mi serce. Rozwiązanie akcji było bardzo zaskakujące. Zakończenie było świetne, wzruszyło mnie i spowodowało,że czekam z niecierpliwością na kolejny tom.
Audiobook na platformie Storytel jest super zrealizowany. Lektor, Jacek Rozenek, świetnie czyta.
Polecam tę książkę szczególnie młodym dorosłym,ale nie najmłodszym.
Jeśli kochacie konie, to polecam Wam tę książkę z całego serca.
Jeśli lubicie książki z klimatem lat 90-tych XX wieku, to polecam Wam tę powieść bardzo serdecznie.
Jeśli kochacie konie, to polecam Wam tę powieść z całego serca.
Jeśli szukacie oryginalnej powieści fantasy z bardzo pomysłowym systemem mitologicznym, to polecam Wam tę książkę bardzo serdecznie.
Jeśli potrzebujecie książki ze świetnie wykreowanymi bohaterami, opartej na super budowanych relacjach międzyludzkich, to polecam Wam tę powieść z całego serca.
Czytaliście tę książkę? Jakie macie odczucia? A może zamierzacie czytać?
Po świetnym cozy Necrovecie dostajemy coś lekko bardziej akcyjnego. Kompletnie nie mój klimat, ale szanuję za ogrom pracy, który w to poszedł. To, czego właściwie można się spodziewać po tej powieści?
Świat w rytmie tętentu kopyt Dostajemy tu mix Hawajów z inwencją twórczą autorki. Absolutnie wszystko kręci się wokół koni: legendy, postacie, magia, wierzenia, bogowie. Mamy tu konie ogromne, mechaniczne, wodne, aż dziw bierze, że nie dostajemy pegaza. Sam świat jest prawdopodobnie cofnięty o kilka lat względem naszego, ale za to technologia poszła tu trochę innym torem, umożliwiając między innymi robo konie. Mimo to dostaniemy tu kilka mrugnięć oka co do aktualnych konfliktów zbrojnych, czy ogólnego traktowania zwierząt na świecie.
Czy ja muszę zostać bohaterem? W kwestii relacji i bohaterów dostajemy tu dwóch protagonistów o zupełnie przeciwnym podejściu. Maikai prezentuje nam sposób widzenia tubylca i szczerą chęć uratowania swojego domu. Ramen (Ramin ale w audiobooku słyszałem cały czas Ramen nic nie poradzę) za to ukazuje nam demony wojny oraz całkowity brak chęci do tego całego bohaterstwa. Fajnie się te poglądy ścierają. Nie zakochałem się może w żadnym z nich, ale byli na tyle głęboko rozpisani, że potrafili zainteresować.
Fabuła W tej sekcji mam chyba najwięcej zastrzeżeń, bo to dopiero początek naszej legendy. Tak naprawdę całość opiera się na zbieraniu drużyny i dogrywaniu się. Nie do końca wiemy, przeciw czemu ani czy w ogóle będziemy walczyć, więc bohaterowie głównie uczą się wszystkiego, czego mogą o wyspie, koniach i sobie nawzajem. Ma to swój urok, ale jest na tą chwilę pozbawione jakichkolwiek stawek czy zagrożeń.
Ostatecznie Koanai to pięknie snuta opowieść o malowniczej wyspie i koniach. Gdybym miał w rodzinie koniarę, rzuciłbym w nią tą książką. Myślę, że by to doceniła.
PS: Pan Rozenek to wspaniały wybór lektorski, pasuje do snujących się legend i idealnie oddaje ich klimat. Ale na Boga Maszynę, zdanie: "Trzeba być trochę szalonym, aby tu mieszkać", usłyszałem około trzydziestu razy i myślę, że nawet lektor miał go dość.
No co ja mam wam powiedzieć? Nie jestem koniarą, po książkę zapragnęłam sięgnąć ze względu na nietypowy koncept (jak dobrze, że podobne nietypowe koncepty pojawiają się na rynku, dzięki temu nie wieje nudą). Tak więc, nie jestem koniarą, a przy Koanai bawiłam się wyśmienicie!
O czym jest ta książka? Siadajcie wygodnie i słuchajcie. Bo mamy wyspę, nie? Rajską oazę, piękną, turystyczną. I na tej wyspie mamy konie, dużo koni! A poza końmi mamy legendy. Dużo legend! W tym wiele legend o koniach! No i historię o wybrańcach, a wszyscy przecież kochamy wybrańców!
Naprawdę, niesamowicie ekscytuję się tą historią. Sposób, w jaki została opowiedziana, te wszystkie emocje, które zostały w niej zamknięte, bohaterowie z duszą, często napisani w nieoczywisty sposób... No po prostu cud, miód i orzeszki!
Gorąco polecam nie pomijać przedmowy autorki. Według mnie to świetne uzupełnienie późniejszej fabuły. Moim zdaniem to jest przykład dobrego i nieszkodliwego zainspirowania się obcą kulturą i stworzenia swojego dzieła z szacunkiem do materiału źródłowego. Ogrom pracy, który autorka włożyła w research, nie powinien być pomijany.
Na pochwałę zasługuje również kreacja głównych i drugoplanowych bohaterów. Jest queerowo, jest magicznie i przede wszystkim wielowymiarowo. Autorka nie boi się przedstawiać przemian bohaterów. Na kartach powieści obserwujemy ich rozwój i to jest piękne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Koanai to historia młodzieżowa.
Można napisać młodzieżówkę z bohaterami, którzy są czymś więcej niż kukiełkami ustawianymi w określonych sytuacjach? Można!
Podsumowując, jeśli jesień przychodzi waszym zdaniem zbyt szybko, nie bójcie się złapać bilety "last minute" na Tia Nari i lećcie odkryć ostatnią legendę. Podobno trzeba być trochę szalonym, żeby pokochać Tia Nari — nie martwcie się o mnie. Wszystko pod kontrolą!
Jest to powieść, która ukazuje oryginalny świat inspirowany Hawajami. Wyraźnie je czuć w klimacie całej książki. Jednak Joanna z bardzo dużym szacunkiem podchodzi do tego źródła inspiracji. Już na samym początku książki jasno zaznacza, że nie przedstawia bezpośrednio Hawajów, a jedynie czerpie z nich motywy. Podkreśla to m.in. wyjaśnieniem dotyczącym imion i ich znaczeń. Sama historia koncentruje się na losach Ramina oraz Maika'ia. Pochodzą z dwóch różnych światów i początkowo mają całkowicie odmienne cele życiowe. Zmienia się to, gdy trafiają do stadniny Khanów.
Nie ukrywam, że powieść naruszała lekko moją cierpliwość. Pierwsza połowa historii dłużyła się i początkowo trudno mi było "złapać" rytm. Muszę również przyznać, że czytałam dalej pomimo delikatnego znudzenia tylko, ze względu na końską tematykę oraz sympatię do autorki po Necrovecie. Dopiero z czasem narracja nabrała tempa i mogłam zaangażować się emocjonalnie w fabułę.
Ogromnie doceniam sposób, w jaki Joanna Gajzler kreuje relacje romantyczne między bohaterami. Są one pozbawione toksyczności, oparte na wzajemnym szacunku, zaufaniu i komunikacji. Tutaj również wątkowi temu, daleko do dramatycznych, destrukcyjnych schematów, które tak często można dzisiaj spotkać w książkach. Związek Ramina i Maika'ia pokazuje zdrową, dojrzałą i wspierającą realcję. Poza tym, ich decyzje, słabości, reakcje są realistyczne i naprawdę wiarygodne.
Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki książka porusza temat dobrostanu koni. Nie jest to jedynie poboczny motyw, ale istotny element całego przedstawionego świata.
Podsumowując to dobra, spokojna historia o odpowiedzialności i wyborach, które mają wpływ nie tylko na jednostkę, lecz na cały świat. JUŻ CHCĘ WIEDZIEĆ CO BĘDZIE DALEJ 😭❤️
Tak jak Necrovet - Koanai porusza masę ciężkich tematów. Zarówno traum i problemów bohaterów, jak i tego, co dzieje się wokół nich. To kocham w pisaniu Joanny, że postacie nie są puste, a mają swoje charaktery i to, co ich dotyczy, męczy ich, ciągnie się za nimi. Postacie nie rozwiązują swoich problemów w kilka stron, a walczą z nimi, dzielą się nimi z bliskimi i faktycznie dochodzą do jakichś wniosków.
Umówmy się, historie, gdzie mamy świat do uratowania nie są oryginalne, to są historie istniejące od zawsze. Za to świat, bohaterowie, stworzenie całej mitologii na potrzeby książki - to już jest cholernie oryginalne i to uwielbiam. Szanuję jeszcze mocniej to, jaki reaserch Joanna robi do swoich powieści, i to nie tylko taki pod mitologię, ale również wśród osób trans, żeby oddać odpowiednio charakter i doświadczenia postaci. Come on, ilu pisarzy przykłada do tego uwagę, a ilu daje cechę "gej" jako jedyną dla postaci?
Niektóre momenty trochę mniej mi się sklejały z opowieścią, wiadomo, nie ma książek idealnych. Mimo wszystko jednak jest to naprawdę dobra powieść, ma swoje cozy momenty, ma swoje "oh fuuuuuck" momenty i ma te, przy których zakręciła mi się łza lub dziesięć. Oprócz tego jestem zakochana w lekkim piórze Joanny i tym, że książka właściwie czyta się sama.
To nie pierwszy raz, kiedy po premierze jej książki odkładałam inną, obecnie czytaną, żeby przeczytać nowość. To chyba mówi samo za siebie.
Czy polecam? Oczywiście, zwłaszcza z kolorowanką i nieziemsko pachnącą świeczką do pary (tak szybko czytałam i nie myślałam o niczym innym, że zapomniałam odpalić świeczkę).
Hawaje, konie, ocean i stara legenda - połączenie niemal idealne, jednak przez całą książkę miałam wrażenie, że płynę pod prąd.
Po pierwsze świat - z jednej strony magia, z drugiej mechaniczne zwierzęta i mocno rozwinięta technologia. To nie jest złe połączenie, wręcz za nim przepadam, niestety w tym przypadku nie czułam między nimi chemii. Wydaje mi się, że roboty psuły bajkowość tej historii.
Po drugie postaci - zdanej z nich nie polubiłam i nie ubyło w nich nic co zachęciłoby mnie do przyjaźni z nimi.
Po trzecie watek miłosny - miłość pojawiła się znienacka, prawie znikąd. Nie było w niej iskierki, która rozpaliła by we mnie ogień oczekiwanie na więcej.
Kolejny minus. Cel. Było tu kilka wiadomych, ale jeszcze więcej niewiadomych. Sam Maika’i mówił, że w sumie nie wie po co to robi. Dostał polecenie od bogini bez prawie żadnych konkretów. Miał zebrać ekipę, ale nie miał zielonego pojęcia gdzie, jak, kim są, co zrobić żeby na nich trafić. Najlepsze jest to, że nie zdawał sobie sprawy, co będzie gdy już ich znajdzie. Między czasie wyszło na jaw, że w planie jest zbudzenie tytanów, ale tutaj znów jest problem - którego z nich zbudzić, jak i co zrobić by uratować świat….
Nie przepadam za książkami, w których przez ponad 300 stron praktycznie nic się nie dzieje, a raczej jest to napisane w taki sposób, że nie wzbudza to we mnie żadnych emocji.
Lubię wymyślony świat. Uwielbiam wszelkie legendy, a konie zawsze mają moje serducho, bo to konie i w ogóle nie ma tu dyskusji. Czekałam na Koanai więc z ciężkim sercem stwierdzam, że okazała się nie do końca moją lekturą. Nie wczułam się w pracę stajni, w której toczyła się akcja, przez co długo wgryzałam się w książkę. Nie lubię też wątków miłosnych, a tu mamy go dużo i chociaż nie jest wzięty z niczego ani nachalny, to przerwy na randki w fabule zupełnie mnie nie interesowały. Najlepsza akcja została umieszczona w trzech ostatnich rozdziałach, ale wcześniej fabuła szła - jak dla mnie - dość leniwie i wiele fragmentów nie było dla mnie wciągających. Oczywiście, sięgnę po kolejny tom, bo być może on kliknie ze mną od początku i odbiorę jego fabułę inaczej. Zresztą, polubiłam Ramina więc chętnie dowiem się, jak mu tam w życiu poszło dalej.
⭐️⭐️ Mówi się, że trzeba być trochę szalonym, żeby mieszkać na Tia Nari. Zdecydowanie zgadza się z tym Ramin, który przez przypadek zaczyna pracę jako stajenny w stadninie z magicznymi końmi, które nie wyglądają jak magiczne konie, ale nimi są… Dodatkowo przypadkowo spotyka tam miłość i kompana wielkiej przygody - Maika’i a. Ta fabuła jest tak pokręcona a zarazem tak nudna, że aż ciężko to złapać. To dosłownie Star Stable na Hawajach z pokręconym i kompletnie niepotrzebnym wątkiem miłosnym. Bohaterowie, nie wykreowani kompletnie, cały czas przygotowują się na przygodne a akcji mamy zero, więc to nie jest jednotomówka, a myślałam, że nią będzie. Książka była dość nudna, szkoda papieru na tyle stron, mogło to się zamknąć na 200 max.
Zacznijmy od minusów - dłuuugie rozdziały (jednak wolę jak są krótsze) oraz fakt, że każdy zaczynał się tym samym zdaniem (rozumiem zabieg, lecz nie byłam jego fanką). I raczej to by było na tyle z minusów… Fajne to było! Dla niektórych zapewne byłoby mało akcji, za dużo gadania i przeciągania wszystkiego, ale według mnie to było właśnie przekazanie treści w jak najbardziej naturalny i prawdziwy sposób. Postaci również mnie urzekły, no przebierałam nóżkami jak między naszymi chłopcami coś się urodziło. Taka idealna cozy fantastyka, która mnie urzekła i mam nadzieję, że spod pióra autorki wyjdzie kolejna część.
No boli mnie trochę ta ocena, ponieważ uwielbiam zarówno całą serię Necrovet, jak i "Bóg maszyna", a ta książka była po prostu średnia. Po części się tego spodziewałam, ponieważ nie jestem wielką fanką opowieści o koniach, ale z racji że napisała to jedna z moich ulubionych polskich autorek, i tak chciałam to bardzo przeczytać. Właściwie oddzielając temat książki to nie mam do czego się przyczepić i na pewno będę kontynuowała tę serię.
Ogólnie – dobra rozrywka do posłuchania. Miła, z fajną reprezentacją (trans, mlm), ale nic więcej niestety. Jak dla mnie trochę przegadana, a rozdziały mogły być znacznie krótsze. Poza tym: "Mówi się, że trzeba być trochę szalonym, żeby mieszkać na Tia Nari"; zrozumiałam za pierwszym razem, więc nie trzeba zaczynać tak każdego rozdziału. Jestem czepliwa, ajm sori.