Po latach nieobecności Amber wraca do rodzinnego Willowdale — malowniczego miasteczka, w którym urokliwe krajobrazy przeplatają się z bolesnymi wspomnieniami. To właśnie tutaj postanawia rozpocząć nowy rozdział życia, podejmując pracę, o której marzyła od dziecka — jako trenerka koni.
Ale przeszłość nie daje się tak łatwo uciszyć. Uśpione traumy budzą się z nową siłą, a echo dawnych zdarzeń znów mocno wybrzmiewa.
Jednak w tym cieniu Amber nie przestaje szukać światła. I nie traci nadziei. To dzięki niej ma siłę, by iść naprzód. Podobnie jak dzięki ludziom, którzy pojawiają się w jej życiu. Problem w tym, że jedni stają się wsparciem, a inni niosą ze sobą kolejne tajemnice i zagadki. A każde spotkanie może odmienić wszystko.
–10/5 CZY KSIĄŻKI INFLUENCERÓW RZECZYWIŚCIE SĄ TAKIE ZŁE? Spoiler: tak. A teraz o tym, dlaczego ta historia nie powinna była trafić na półki. To książka będąca kwintesencją problemów, z jakimi boryka się obecnie rynek wydawniczy. Sama „historia” powstała — czym autorka-influencerka otwarcie się chwali — ponieważ wydawnictwo Jaguar zwróciło się do niej z propozycją napisania książki. Cały proces trwał półtora miesiąca. Już tutaj pojawia się pierwszy, potężny zgrzyt: żaden debiutant, który nie publikował wcześniej w internecie (np. na Wattpadzie), w czasopismach ani nie jest znany w środowisku literackim, nie dostaje „ot tak” propozycji od dużego wydawnictwa. Nie łudźmy się więc co do celu powstania tej książki — została stworzona po to, by szybko i tanio zarobić, wykorzystując istniejące zasięgi. Tego typu tytuły zabierają miejsce na półkach i w kalendarzach wydawniczych historiom, które milion razy bardziej zasługują na wydanie niż kolejny do bólu powtarzalny ściek rodem z najgorszych czeluści Wattpada. Mogę śmiało powiedzieć, że to najgorsza książka, jaką czytałam w ciągu ostatnich trzech lat. A przeczytałam w tym czasie wiele naiwnych, głupiutkich i nielogicznych historii — ale ta przebiła nawet Krew Herkulesa i Barbarzyńców z lodowej planety. Do tego nie polepsza fakt, że widać, z jakich książek czerpie influencerka wzorce (sama się tym chwali, jaka jej seria jest ulubiona – Hell), więc 2+2 się zgadza w tym równaniu. W kontekście tej recenzji nie będę używać określeń „autorka” ani „pisarka”, bo byłoby to ubliżające wobec ludzi, którzy wkładają serce i często lata pracy w swoje książki. W tym przypadku pozostanę przy określeniu twórczyni/influencerka. Jeśli ktoś czytał mój ostatni post, wie, jaki mam stosunek do wydawania takich książek. Uznałam jednak, że poświęcę swój czas „dla nauki” i pochylę się nad tym tekstem. Mam wrażenie, że poczyniłam więcej researchu do tych wypocin niż szanowna twórczyni do przygotowania swojego tekstu. I może wbiję trochę kija w mrowisko, ale mi, całkiem szczerze, to już wisi, bo co się w najgorszym przypadku stanie? Da ktoś w zadośćuczynieniu ocenę 1 albo napisze nieprzychylną opinię o moich książkach? Stare, znane. Zrobiłam DNF w połowie, bo mam jeszcze do siebie i swojego czasu jakiś szacunek. Poza tym od czytania tego bolała mnie głowa i czuję, że ubyło mi kilku szarych komórek. I tak, jestem strasznie wkurzona na tę historię, że zostałam potraktowana przez nią jak jakiś ułomniak. ŚPIĄCA REDAKCJA ORAZ NARRACYJNA PROWIZORKA Czy szanowna redakcja przez to lanie wody i akcji niczym flaków z olejem zasnęła podczas redagowania tekstu i w ogóle nie kontrolowała kardynalnych błędów logicznych? (kilka moich ulubionych podam niżej – zwłaszcza w części o oddanie świata przedstawionego tudzież realiów w USA) Mamy tu m. in: • liczne błędy składniowe, • bardzo nierówny styl pisania oraz dziwne zakończenia zdań przypadkowymi wyrazami (jakby wylosowane na chybił trafił przez generator słów albo AI) • zerowe tempo akcji — bo przez długie ściany monologów nie dzieje się absolutnie nic angażującego, jesteśmy tylko zasypywani bardzo mało znaczącymi informacjami (ja rozumiem world building world buildingiem, ale w tym też trzeba mieć umiar). Monologi głównej bohaterki są infantylne, toporne i prowadzone tak tandetnie, że momentami można się załamać. Zasada show, don’t tell? Nie istnieje. Jest no show i only tell. Informacje są wyrzucane czytelnikowi prosto w papę, a my mamy „tak po prostu” uwierzyć we wszystkie cechy bohaterki. Narracja przypomina te modne na Wattpadzie z 2015/16 roku. Fatalna dynamika wydarzeń i relacji między postaciami (klasyczny bad boy x szara myszka aka ukryta piękność skryta workowatymi bluzami), pseudo-mądrości, dwa POV (nie wprowadzające wiele do fabuły), a styl narracji desperacko próbuje być „wyszukany” i pompatyczny — niestety bez faktycznie bogatego słownictwa. Dziwaczne dziwne stylistycznie porównania, rujnują jakąkolwiek przyjemność z obcowania z piękną polszczyzną, a nadęty ton narracji sprawiają, że całość brzmi kuriozalnie, wręcz karykaturalnie, jak niezamierzona satyra. Dodatkowo, po co bohaterka w swoich monologach tłumaczy rzeczy, które sama doskonale wie? I oczywiście historia będzie kolejnym tasiemcem — cyt. perpetuum zjebile — rozwleczony na kolejne tomy tylko po to, zbijać jeszcze więcej hajsu nie wnosząc absolutnie nic odświeżającego. Czytelnik jest traktowany jak idiota. Jak „debil” — cytując ulubione określenie Amber wobec Troya. A mnie nic nie irytuje bardziej niż książki, które obrażają inteligencję odbiorcy. Czytelnik potrafi wyciągać proste wnioski. Naprawdę. Słowo daję. Zanim napiszesz, że twoja postać wysiada z auta, które sekundę temu prowadziła, to pewien odsetek ludzi jest w stanie się domyślić, że wcześniej się zatrzymała, zaciągnęła/nacisnęła hamulec, wyjęła kluczyki i otworzyła drzwi. Nie trzeba tego opisywać, serio, serio. Do tego masa nic niewnoszących szczegółów: po której stronie ulicy stoi X dom, dlaczego MC nie zamówiła firmy przeprowadzkowej (to serio nikogo normalnego nie obchodzi, a rób se ze swoim życiem, jak ci leży), ile trwało rozpakowywanie, że zaciągnęła ręczny (serio?), jaki ma zapach błyszczyka, opis malowania rzęs za każdym razem, gdy to robi, kolejne szczegółowe opisy jedzenia… Co dwie strony przypominanie, gdzie jesteśmy. No shit Sherlock. + Szczegółowe opisy każdej napotkanej osoby — a w szczególności oczy/spojrzenie, nawet każdego konia. Litości. A koniowóz ma tu synonim bus, co jest w ogóle błędem, bo jak już to pasuje to transporter, a nie zupełnie inny środek transportu. Ofc, co chwilę muszą być wspominane jakieś „cool” piosenki, a przez pierwsze cztery rozdziały nie dzieje się absolutnie nic. W ogóle wszyscy w tej książce są bajecznie nadziani, bo nikt by przecież nie chciał czytać o nędzarzach xd. Tu jest tak utopijny świat, że o ja cię panie. (kolejny punkt do paździerzowego bingo). O BOCHATERACH SŁÓW KILKA Główną bohaterką jest Amber Hollister (serio, nie było nic, poza tym sztampowym imieniem i marką ubrań?) i z założenia miała być „zabawną bohaterką”, a wyszło żenująco. Nasza MC to mimoza, oczywiście się nie maluje, bo jest taka inna od innych dziewczyn, i jej przyjaciółka Alex to taka szablonowa, fajna przyjaciółka z Watt. Dosłownie twórczyni mogłaby tu skreślić pełne bingo, stworzone przez Prostrację. I oczywiście nasza MC jest szarą myszką, która jest pięknością ukrytą w workowatych bluzach. Aaaargh, litości, ileż można czytać o tym samym? I, ma się rozumieć, zabuja się w lokaleskim bad boyu. Laska ma 20 lat, a zachowuje się jak 16 latka. Scena na pierwszym spotkaniu trenerów koni Simona, gdzie ona niemal oblała gościa kawą i nagle z dupy zaczyna go w myślach ode debili przezywać? Bardzo dojrzałe, właśnie tak rozwiązują konflikty i nieporozumienia ludzie doroślejszy. Sama do tego jest strasznie naiwna i niby sama o sobie mówi jaka to ona nie jest, a potem robi z nowo poznanymi ludźmi zupełnie coś odwrotnego niż to, do czego próbowała nas chwilę temu przekonać. Jest wspominane, jaka to ona biedna jest, ale jakoś jej rodzina miała kasę na odbudowę kliniki, zakup jej pierwszego oraz drugiego konia czy na jej wpisowe/jeżdżenie na zawody, a teraz ona sama jest „taka biedna”, a stać ją na posiadanie własnego konia. Hmm, coś tu się nie zgadza. W ogóle, MC, wpierw przeprowadza się bez swojego konia (w ogóle o nim zapominamy na kilka rozdziałów) i Rudy pojawia się dopiero tuż przed połową książki. Do tego jeszcze, MC przez 5 lat nie móc sobie poradzić sobie z traumą, to dla mnie dość wygodnicki zabieg twórczyni, by wywołać litość w czytelniku Laska sobie sama wkręca lęki i problemy swojej traumy. (dodatkowy punk do paździerzowego bingo, zawsze coś jest nie tak z rodzicami albo z jednym z nich w takich książkach) Troy – jest bezczelnym typem, takim typowym, mrocznym (bo oczywiście, jakżeby inaczej, ubiera się w czerń) bad boyem z rodu paździerzowych historii Wattpada. (GDZIE TO PAŹDZIERZOWE BINO OD PROSTRACJI?) I dla mnie nie jasne jest, czemu spędza czas (dzwoni wręcz po nią) z laską, której nie trawi i jak tylko ta się pojawia, krytykuje oraz wyśmiewa wszystkie jej aspekty. Jakby, po co ty do niej typie dzwonisz i z nią się prowadzi, w takim razie, jak cię tak drażni? I w ogóle, skoro typ jest taki nadziany i jest takim dobrym zawodnikiem, to po jakie licho pracuje on nad końmi innego zawodnika? SPUDŁOWANA KATEGORIA ORAZ OKŁADKA Z BAZARKU Ta książka nie powinna być w ogóle w kategorii młodzieżowych. To naciąganie kategorii tylko po to, by wpasować się w dobrze sprzedający się segment. NA albo obyczajówka? Żaden problem — ale YA to już groteska. Nie pasuje do dwóch definicji młodzieżówek: A) Bohaterowie mają po 20+ lat B) Akcja nie dzieje się w środowisku typowym dla nastolatków, tylko w pracy (stajnia) Ale serio, nie wiem, co komu by przeszkadzało podpiąć to pod NA albo obyczajówki. Do tego dochodzi brak trigger warnings oraz brak jasnej informacji o kategorii wiekowej. Ani na okładce, ani w opisie czy na stronie sklepów, a twórczyni jakoś też niechętnie o niej wspomina. Sama tego nie wiedziałam, póki w 2. rozdziale nie dostajemy soczystego „chujowo” i wtedy zaświeciła mi się lampka, że „ej, coś tu nie gra”. I strasznie mi się to nie podoba, że to +16 jest takie ukryte, podczas gdy główną publicznością influencerki są dziewczynki w wieku 8–11 lat. Więc na bank trafi ten tekst do nieodpowiednich osóbek. A w tej książce naprawdę mocno klną i dają również dosadne aluzje seksualne. Ogólnie tematyka osadzona wokół traumy oraz wypadku nie jest dla tak młodych dzieciaków. Także bardzo poważny minus w stronę wydawnictwa oraz twórczyni za takie wprowadzanie w błąd (dochodzi do tego okładka wyglądająca, jak zrobiona z darmowej Canvie w 3 minuty i wyglądająca jak bajka dla dzieci, co potęguje mylne odbieranie grupy docelowej historii). Widać, że książka miała imponować tym młodziutkim odbiorcom, którzy nie są jeszcze tak oczytani w literaturze i wywołać u nich efekt „WOW” (to trochę paradoks, biorąc pod uwagę ‘oficjalną’ kategorię wiekową – a na spotkaniach autorskich, jakoś influencerka tym wiekiem niespecjalnie się przejmuje). RESEARCH? JAKI RESEARCH? Miałam nadzieję, że chociaż aspekt koński w tej książce wypadnie dobrze, a i tu udało się koleżance mnie zawieść. I ktoś tu chyba nie do końca zna realia bereitera (takie słowo a propos nie istnieje w kontekście amerykańskiego sportu, figuruje po prostu jako jeździec/trener) za granicą czy w USA. Pytanie do twórczyni, czy była kiedyś w jakiejś stajni naprawdę poszanowanego sportowca (takim, jaki nam został przedstawiony Simon)/sportowej stajni z prawdziwego zdarzenia i wie, jak takie stajnie wyglądają/funkcjonują za granicą? Bo odnoszę wrażenie, że chyba nie. Ogiery w osobnej stajni? Po co? Nawet te rozpłodowe często stoją w mieszanych stajniach obok – przeważnie – wałachów. I nawet mnie zanudziły na śmierć te końskie opisy, a jak ktoś mnie zna, wie, że konie stanowią dla mnie większość życia, ale nawet mnie to pokonało. A osobę, dla której konie są dodatkowym elementem historii, może to wręcz odstręczyć. Same realia tak prestiżowego i zawodowego ośrodka nie trzymają się kupy. Tacy zawodnicy cenią sobie przede wszystkim prywatność i spokój, a tu mamy dowaloną jeszcze szkółkę. Absolute Cinema. Samo przedstawienie tego ośrodka, jak jakiegoś ewenementu w świecie jeździeckim w kontekście traktowania i dobrostanu koni, to jakiś absurd i tylko dobija kolejny gwóźdź do trumny, że ktoś, kto to pisał, ma bardzo ograniczoną próbę badawczą. I też brak spójności, bo najpierw dowiadujemy się, że w osobnej stajni Simon trzyma tylko swoje konie, a potem dwa rozdziały dalej już jednak stoją tam konie, które nie są tylko jego własnością. Masaż powięziowy – po co wchodzić w takie szczegóły? Dla pochwalenia się swoją wiedzą? Ale to nie wykład czy encyklopedia tylko książka do czytania dla przyjemności a do tego jeszcze opatrzona (moim zdaniem błędną kategorią) młodzieżowa – żaden reportaż czy literatura faktu. Taki poziom szczegółowości dla laika będzie wybijający z rytmu czytania i konfudujący, a dla osób słuchających audiobooka będzie to wręcz niewiadoma, bo brak tam wytłumaczenia co to jest (ponoć w wersji papierowej są przypisy z terminologią). I żeby nie było, to nie tak, że tu się nic nie zgadza, bo widać, że ktoś to pisał, ma pewną wiedzę, ale jest ona niestety bardzo wybrakowana albo przedstawiona na pokaz. REALIÓW USA BRAK Ja nie wiem, czy twórczyni ma karygodne braki z zakresu wiedzy podstawowej, czy to lenistwo i ignorancja sprawiły, że nawet nie wysiliła się, by zrobić dobry research swojego miejsca akcji. Fatalnie oddane realia Stanów Zjednoczonych: • Mamy kamienice w mieście założonym pod koniec XIX wieku (gdzie najstarszy, zachowany obecnie budynek jest typowy dla stylu królowej Anny (i nijak ma się z dla nas domyślnymi, europejskimi kamienicami), • Majówka (MC jedzie na Majówkę do Los Angeles… zostawię to bez komentarza), • Kilometry (odległości są tam najwidoczniej mierzone w km. Nawet jest multum memów z tym, że amerykanie będą używać każdego innego systemu metrycznego niż jednostek z układu SI), • europejskie auta jako norma (to jest ogromne dobro luksusowe, a tam wszyscy jeżdżą mercedesami albo lamborghini to, że ktoś ma kasę, nie znaczy, że nie umie prowadzić auta/nie może go sam prowadzić (była taka aluzja odnośnie tej starszej pani, u której MC dostała pokój za rzekomo mniej kasy niż w jakiejś norze ze studentami, a ten dom ma nawet basen także XD), • polskie śniadania i obiady (opisy śniadań czy obiadów serwowanych w kawiarni w stajni wyglądają jak wyjęte z polskiego domu. I jasne, nie trzeba jeść ciągle burgerów, ale zestawienie 2 dań zupa + drugie brzmi bardziej swojsko niż dieta zza oceanu). Willowdale ma rzekomo 30 tysięcy mieszkańców, a jest opisane jak wioska z 3 na krzyż domami. Plus takie małe miejscowości w USA są zupełnie inaczej osiedlone niż nasze.
Dla mnie to wyrób książkopodobny i naprawdę ogromnie żałuję, wręcz czuję się zawiedziona, że wydawnictwo Jaguar (które niegdyś należało do moich ulubionych i miałam ich wszystkie książki przeczytane) zdecydowało się na takie rozwiązanie. I naprawdę bym chciała powiedzieć coś pozytywnego (może maleńki plusik, że konie zajmują to dużą część czasu antenowego, ale znowuż nie na tyle, by zostać bohaterami tej historii, bo zostają potem przyćmione przez perypetie między FL a ML) o tej historii ze względu na sentyment do wydawnictwa, ale niestety nie pozostaje mi nic innego, jak te historię odradzić.
Lubicie powieści, w których jednym z głównych motywów są konie? Ja, szczerze mówiąc, nigdy nie byłam do tego typu historii przekonana. Wynika to zapewne z faktu, że te zwierzęta nigdy szczególnie mnie nie fascynowały, a raczej zawsze kojarzyły mi się z nieprzyjemnym zapachem, stajennym hałasem i obowiązkami, które nie należały do moich ulubionych. Wiem, że to stereotypowe podejście, ale cóż, każdy ma swoje uprzedzenia. Mimo to postanowiłam dać szansę książce Michaliny Aleksandrowicz, wychodząc z założenia, że fikcja literacka ma prawo mnie zaskoczyć, nawet jeśli rzeczywistość nie zawsze bywa zachwycająca. Z entuzjazmem sięgnęłam więc po Cień. Willowdale, licząc na emocjonalną historię o powrocie do przeszłości, uzdrawianiu duszy i ponownym odkrywaniu siebie. Niestety, już po kilku rozdziałach zaczęłam podejrzewać, że coś poszło nie tak. I, uwaga, nie były to konie, które paradoksalnie zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. Zawiodło coś zupełnie innego.
Po wielu latach nieobecności Amber wraca do rodzinnego Willowdale - niewielkiego, ale niezwykle malowniczego miasteczka, w którym piękne krajobrazy przeplatają się z cieniem bolesnych wspomnień. To tutaj kobieta postanawia rozpocząć nowy etap życia, podejmując wymarzoną pracę jako trenerka koni. Zajęcie to miało stać się dla niej sposobem na odnalezienie spokoju i rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Niestety, przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Uśpione wspomnienia powracają z nową siłą, a echo dawnych traum staje się coraz bardziej wyraźne, wypełniając spokój miasteczka niepokojącym napięciem. Z czasem Amber odkrywa, że Willowdale wcale nie jest miejscem, które zapamiętała. Pod sielankową powierzchnią kryją się tajemnice, niewyjaśnione sprawy i emocje, które przez lata czekały, by ujrzeć światło dzienne. W miarę jak przeszłość zaczyna splatać się z teraźniejszością, kobieta uświadamia sobie, że to miasteczko, choć pozornie spokojne może okazać się zarówno jej azylem, jak i największym zagrożeniem.
Amber to bohaterka niejednoznaczna, lecz niestety mało przekonująca. Z jednej strony wiemy o niej naprawdę dużo, z drugiej autorka nie potrafi sprawić, byśmy ją dobrze poznali. Kiedy kobieta wraca do rodzinnego miasta, wspomina zarówno dobre, jak i złe chwile z przeszłości. Stopniowo odkrywa przed nami fragmenty swojej historii, jednak sposób, w jaki jest to przedstawione, pozostawia sporo do życzenia. Brakuje spójności, a informacje o bohaterce pojawiają się chaotycznie. Dopiero po kilkudziesięciu stronach dowiadujemy się, co naprawdę ją ukształtowało i dlaczego jej powrót do Willowdale jest tak trudny. Choć Amber przeszła przez wiele dramatycznych wydarzeń, jej emocje wydają się zaskakująco płaskie. Autorka nie potrafiła w pełni oddać głębi tej postaci jej cierpienie jest raczej opowiedziane niż pokazane. Zabrakło prawdziwej autentyczności, dzięki której czytelnik mógłby poczuć jej ból i zrozumieć jej wybory. Niektóre decyzje bohaterki wydają się nieracjonalne, inne z kolei nieprzemyślane. Często ryzykuje w sytuacjach, które nie przynoszą żadnych realnych korzyści, a kończą się tylko bólem. Na plus zasługuje jednak to, że mimo wszystkich trudności Amber nie rezygnuje z poszukiwania światła i nadziei. Każdego dnia podejmuje próbę, by iść naprzód, ucząc się, że siła nie polega na braku strachu, lecz na odwadze, by stawić mu czoła. Towarzyszą jej różni ludzie jedni serdeczni, inni bardziej enigmatyczni, którzy w mniejszym lub większym stopniu wpływają na jej los. Niestety, również te relacje często wydają się powierzchowne i pozbawione emocjonalnego ciężaru.
Wątek romantyczny to jeden z najsłabszych elementów książki. Tony, z którym Amber łączy skomplikowana przeszłość, został przedstawiony dość schematycznie. Choć autorka poświęca mu kilka rozdziałów z własnej perspektywy, nie pomaga to w zrozumieniu jego motywacji. Ich relacja rozwija się w sposób nielogiczny i pozbawiony napięcia z wrogości nagle przechodzi w zauroczenie bez żadnego wyraźnego powodu. Nie czuć chemii między postaciami, a ich interakcje przypominają raczej wymuszone dialogi niż prawdziwe emocjonalne starcie.
Jeśli chodzi o tempo akcji, to zdecydowanie pięta achillesowa tej książki. Początek obiecuje ciekawą, nastrojową opowieść, ale z każdym rozdziałem narracja staje się coraz bardziej ospała. Wiele scen wydaje się niepotrzebnych, a opisy miejsc czy przemyślenia bohaterki rozciągnięte są do granic możliwości. W efekcie czytelnik często traci wątek i zainteresowanie. Z kolei w momentach, gdy fabuła mogłaby nabrać dynamiki autorka decyduje się na kolejne retrospekcje i przeskoki czasowe, które zamiast budować napięcie, tylko je rozpraszają.
Zagadkowy wątek, który miał stanowić główną oś fabularną, również nie spełnia oczekiwań. Zamiast emocjonującego odkrywania tajemnic, dostajemy kilka przewidywalnych zwrotów i zbyt prostych rozwiązań. Pisarka próbuje stworzyć aurę niepokoju, ale przez brak logicznego ciągu wydarzeń, efekt ten jest mizerny. Przeskoki między przeszłością a teraźniejszością często dezorientują, zamiast pogłębiać fabułę.
Zakończenie natomiast pozostawia niedosyt. Zamiast mocnego akcentu lub emocjonalnego finału, otrzymujemy rozwiązanie, które wydaje się zbyt szybkie i pozbawione konsekwencji. Niektóre wątki zostają urwane, inne rozwiązane w sposób zbyt wygodny. Nie czuć w nim napięcia, a raczej poczucie, że wszystko kończy się zbyt łatwo i bez wyraźnego sensu. Cień. Willowdale to historia z potencjałem, który niestety nie został w pełni wykorzystany. Klimatyczne miasteczko, wątek koni i motyw powrotu do przeszłości mogły stworzyć emocjonalną i refleksyjną opowieść. Jednak nierówne tempo, nielogiczne przeskoki fabularne, słabo zarysowani bohaterowie i powierzchowny wątek romantyczny sprawiają, że książka traci na wiarygodności. Nie mogę odmówić autorce ambicji widać, że chciała napisać powieść o traumie, przebaczeniu i sile kobiety, która stawia czoła przeszłości. Niestety, zrealizowała ten pomysł w sposób zbyt nieuporządkowany. Dla miłośników spokojnych historii z nutą melancholii może to być przyjemna lektura, jednak osoby szukające głębi emocjonalnej, wyrazistych postaci i napięcia raczej się rozczarują. Willowdale miało być miejscem, w którym przeszłość i teraźniejszość łączą się w bolesny, ale oczyszczający sposób. Zamiast tego otrzymujemy powieść, w której ten cień przytłacza wszystko, nawet emocje, które miały być jej największym atutem.
Miałam nadzieję na polski Heartland :(Generalnie duży średniak. Postaci irytujące, powinny być dorosłe, a z zachowania bardziej przypominają dzieci. Szybko się czytało, co na plus.
Kolejną rzeczą jest to, że czytając czułam się jakby większość zdań była wrzucona do chatu gpt, aby jakoś je poprawił. Chat ma specyficzny sposób na kończenie zdań w stylu „…oddech był gorący, równy, ciężki.” „Więcej jej smaku, ciepła, obecności.” W praktycznie każdym z akapitów dało się znaleźć zdanie w tym stylu, co na skale całej książki było irytujące.
Absolutnie mnie nie ciekawi, co będzie w kolejnych częściach.
Amber wraca do swojego rodzinnego miasta Willów dale, po to aby podjąć się pracy, o której marzy od zawsze. Chce rozpocząć nowy rozdział jako trenerka koni, jednak przeszłość daje jej znaki.
Podobało mi się to, że książka trzymała nas w napięciu do praktycznie samego końca. Nie wiedzieliśmy o bohaterach, jednak powoli odkrywaliśmy, co się w nich kryje. Mieliśmy opisane to, co się działo w przeszłości i teraźniejszość.
Fabuła brnęła do przodu w tempie, które mi odpowiada. Opisy nie były za długie ani za krótkie, były idealne.
Amber jest tajemniczą osobą. Nie odkrywamy wszystkiego o niej na początku. Dowiadujemy się wszystkiego po kolei, przez co książka wciąga nas jeszcze bardziej. Miałam inną teorię co do pani El. Jednak było to bardziej niż moje przypuszczenia.
O drugim bohaterze – Tonym nie dowiadujemy się wielu rzeczy. Dopiero gdzieś pod koniec historii zaczynamy mieć samą akcję. Mam nadzieję, że w drugim tomie dowiemy się coś więcej o jego życiu.
Co do relacji Amber i Tony'ego, byłam dość niepewnie do niej nastawiona. Rozumiem, dlaczego Amber go nienawidziła i tak dalej jednak coś mi nie pasowało.
Zakończenie za to jest bardzo okrutne. 😭 Potrzebuje 2 tomu na teraz. Przysięgam ja nie mogę przestać myśleć o tym, co się dalej stanie.
W historii występują tematy uzależnień, utarty bliskiej osoby.
„Cień” Michaliny Aleksandrowicz to książka, której nie spodziewałam się pokochać aż tak bardzo. Nie sądziłam, że rozbawi mnie do tego stopnia, że będę parskać śmiechem na głos, że wciągnie mnie już od pierwszego rozdziału, a tym bardziej – że tak mocno utożsamię się z główną bohaterką, Amber.
Powrót do miejsca, z którego kiedyś się uciekło, zawsze wydaje się przerażający. Przynajmniej dla mnie. Amber jednak odważnie przekroczyła próg dawnej, ukochanej stajni i z mniejszym lub większym uśmiechem zaczęła wszystko od nowa. Stopniowo odkrywamy jej emocje oraz przeszłość, która wcale nie była łatwa. To bohaterka daleka od ideału – pełna wad i nierozsądnych decyzji – a jednak niesamowicie silna. Nie widać tego od razu, ale ja naprawdę to poczułam.
W „Cieniu” spotykamy wielu bohaterów: tajemniczego chłopaka, opryskliwego znajomego z dawnych lat, różową iskierkę tryskającą energią i wielu innych. Nie tylko ludzie odgrywają ważną rolę – równie istotne są konie. Opisy jazdy, przeszkód, sprzętu czy codziennej opieki nad nimi są po prostu fantastyczne. Widać, że pasją Misi jest jeździectwo i że naprawdę kocha te ogromne, urocze zwierzęta.
Uwielbiam klimat zaczynania wszystkiego od nowa. Ale żeby móc iść dalej, trzeba najpierw zamknąć sprawy z przeszłości – i właśnie to próbuje zrobić Amber. Czy jej się uda? Przekonamy się, gdy seria Willowdale dobiegnie końca. Jedno jest pewne: już teraz uwielbiam Amber i śledzenie jej losów sprawia mi ogromną radość.
•Byłam bardzo ciekawa tej książki, ponieważ ma ona motyw jeździecki. Jest to jeden z głównych motywów w tej historii. Sama kiedyś jeździłam konno i uwielbiałam to robić. •Główna bohaterka stara się odnaleźć w rodzinnym miasteczku. W książce możemy poznać jej przeszłość, która nie była łatwa oraz jej emocje. Jest ona bardzo silna, ponieważ mimo wielu wspomnień to wchodząc do stajni była uśmiechnięta i starała się zacząć od nowa. •Tony to jej największy wróg. Ich relacja od samego początku jest bardzo burzliwa. Na przestrzeni całej książki możemy poznać jak ich relacja się zmienia. Tony jest osobą, która pragnie zemścić się na swoim ojcu za sytuacje z przeszłości. •Autorka opisała szczegółowo przeszkody, jazdy, sprzęt i to jak wygląda opieka nad końmi na codzień. Super się to czytało, ponieważ styl pisania Michaliny jest prosty i ciekawy. •Niektóre momenty faktycznie mnie trochę nudziły, ale byłam ciekawa co się wydarzy dalej. Niestety było mi ciężko przebrnąć przez ostatnie rozdziały. Czemu? Sama nie mam pojęcia. •Wydanie książki jest piękne! Okładka fajnie nawiązuje do fabuły, a wklejka i delikatne zdobienia przy rozdziałach są śliczne! Box, który dostałam we współpracy jest przepiękny! Ta świeczka i inne gadżety… MEGA SUPER! Bardzo dziękuję! •Motywy jakie znajdziecie w książce to: >jazda konna >przeszłość >przyjaźń >tajemnice >poruszająca historia >małe miasteczko >żałoba >enemies to… •Jestem ciekawa drugiego tomu, ponieważ zakończenie jest niespodziewane. Z chęcią sięgnę po drugi tom!
______ "(...) znowu byłam tą pięcioletnią dziewczynką, która pierwszy raz postawiła tu stopę, trzymając za rękę ukochanego tatę. I wszystko wróciło - ciepło jego dotyku, zapach koni, siana, dźwięk kopyt na żwirze. To miejsce było nie tylko stajnią. To był mój dom."
Książka Michaliny Aleksandrowicz "Cień" sprawiła, że na nowo rozpaliła się we mnie ta jeździecka dusza. Nawet nie wiecie, ile razy podczas lektury wracałam do tych wspomnień. Ile razy, czytając nawet o najmniejszej stajennej pracy, wracałam myślami do moich przygód z końmi. I to właśnie ten aspekt sprawił, że książka stała się moim ulubieńcem. Autorka opisuje nam życie w Willowdale. Małego, urokliwego miasteczka, do którego powraca nasza główna bohaterka, Amber. Dziewczyna nie ma zbyt miłych wspomnień związanych z rodzinną miejscowością, jednak to właśnie konie przywołały ją do tego miejsca. Podejmuje pracę marzeń, a jako trenerka koni będzie mogła być w tym świecie po prostu sobą.
"Cień" to lekka historia, która Was wciągnie, zaangażuje, a nawet nieco nauczy. Najważniejszy jej element to bez wątpienia jeździectwo i konie. Terminologia stoi tutaj na pierwszym miejscu, ale nie martwcie się, bo Michalina zadbała o to, by wiele rzeczy tłumaczyć (są przypisy). Wiecie co to ogłowie? Rozprężalnia? A bryczesy? Czytając tą książkę poznacie naprawdę wiele tajników życia osoby zajmującej się końmi. Perspektywa prowadzona jest z dwóch stron, choć najbardziej poznajemy ją od Amber. Dzięki temu możemy zobaczyć jak dziewczyna radziła sobie przed przyjazdem do Willow Ridge Stables - mamy kilka retrospekcji, oraz to, co czuje będąc w miejscu sprzed lat. Autorka nie stroni również od cięższych tematów, tj. śmierć bliskiej osoby czy przeżywanie żałoby. Ten drugi aspekt został tutaj w bardzo przystępny sposób zobrazowany. Tak naprawdę nigdy nie wiemy co dana osoba przeżywa. Albo z czym się mierzy... Oczywiście nie ma fabuły bez odrobiny sympatii, przyjaźni czy nienawiści (enemies to...?). Na naszą bohaterkę czekać będzie niespodzianka, która trochę pokrzyżuje jej plany na spokojne życie. Powróci osoba z jej przeszłości, nieco tajemniczy Tony, z którym będzie musiała współpracować. Z drugiej strony pojawi się również ktoś, od kogo starała się uciec. Powiem Wam, że w drugiej połowie książki dzieje się naprawdę dużo - temat używek, spisków i wspólnych akcji będzie wiódł prym. Miejsca na nudę tu nie będzie.
Za to "Cień" kończy się w momencie, który otwiera nam drzwi do kolejnego tomu. Jestem z tego powodu naprawdę szczęśliwa, ponieważ wierzę, że Autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa tym postaciom. Liczę na jeszcze więcej akcji, burzliwych relacji oraz koni. A może czymś mnie jeszcze zaskoczą?
[współpraca reklamowa z wydawnictwem Jaguar] Amber wraca po latach do rodzinnego Willowdale – miasteczka pełnego wspomnień, ale i bólu. To właśnie tam podejmuje pracę marzeń, zostając trenerką koni w stadninie Willow Ridge Stage. Miejsce to zna od dziecka – przyjeżdżała tu z ojcem, weterynarzem, z którym łączyła ją niezwykle silna więź. Jego śmierć pozostawiła w niej ogromną pustkę, a powrót do stadniny tylko ją pogłębia. Jednak Amber nie jest już tą samą dziewczyną – wraca silniejsza, choć wciąż z cieniem żałoby za plecami. Na szczęście może liczyć na wsparcie przyjaciółki i ludzi, których los stawia na jej drodze.
Szukałam historii z końmi – takiej prawdziwej, napisanej przez kogoś, kto je rozumie, czuje ich emocje i potrafi oddać ich niezwykłą więź z człowiekiem. I znalazłam. Autorka z niezwykłą czułością oddała realia pracy z końmi. Czuć, że pisała to osoba, która naprawdę wie jak subtelny potrafi być język końskich emocji. Opisy treningów, zawodów i codziennych relacji między ludźmi a końmi są bardzo autentyczne. Aż serce rośnie, gdy widzi się, jak wiele pasji autorka włożyła w tę historię. Moja wewnętrzna koniara była w siódmym niebie.
Ale to nie tylko książka, która opowiada o stadninie i pracy z końmi. To historia o stracie, odnajdywaniu siebie na nowo i o tym, że każdy z nas nosi w sobie jakiś cień – wspomnienie, ból, lęk, przed którym próbujemy uciec. Amber musi zmierzyć się nie tylko z przeszłością, ale też z ludźmi, którzy nie zawsze mają czyste intencje. W Willowdale nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje, to miejsce, które skrywa tajemnice, a każde spotkanie może zmienić wszystko.
Warto też zwrócić uwagę na symbolikę (co też mnie ogromnie cieszy, bo mam wrażenie, że już coraz mniej książek pisanych jest z przekazem). Tytułowy cień ma ogromne znaczenie i w książce często się on przewija. Każdy ma swój sekret, przed którym chce uciec. Bardzo podobało mi się też to, że tak ważne tutaj wierzby, które również mają swoje znaczenie i nie są tu wrzucone tylko po to, by upiększyć otoczenie, ale symbolizują siłę, odrodzenie i przetrwanie – dokładnie to, co dzieje się z Amber. Zachwycił mnie też motyw found family. Relacje bohaterów są pełne ciepła i zaufania budowanego krok po kroku. Czytając, miałam wrażenie, że sama należę do tej małej społeczności, że razem z nimi piję poranną kawę i uczestniczę w tych wydarzeniach.
Jeśli chodzi o zakończenie, to powiem tylko tyle – Michalina, tak się po prostu nie robi! 😅 Skończyłam książkę kilka dni temu, a wciąż nie mogę się po niej otrząsnąć.
To jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam – szczera, poruszająca i napisana z pasją. Jeśli kochacie konie, naturę i emocjonalne opowieści o powrotach - zdecydowanie polecam 💜
Pierwsza połowa rozwija się powoli, jest trochę typu Clone - towarzyszymy bohaterce w codziennym życiu i brakuje jakiejś akcji tam. Druga połowa o wiele szybciej szła, zwłaszcza końcówka. Myślę, że trochę zbyt późno ? zaczyna się taka właściwa fabuła i niektórych może to zniechęcić. Brakowało mi też mocniejszych wstawek związanych z tematem uzależnienia, które zapowiadałyby późniejsze wydarzenia, bo dziwne anonimowe sms nie budowały tak tego napięcia jak powinny.
Ogólnie książka jest spoko. Jeździectwo jest opisane poprawnie (co jest bardzo nieoczywiste z jakiegoś powodu), widać, że to co zostało przez autorkę opisane jest jej dobrze znane.
Natomiast akcja niepotrzebnie dzieje się w USA… I tak jak to bywa z takimi książkami, pojawiają się tam błędy związane z miejscem akcji np wyjazd majówkowy. Natomiast plusik za to, że jeden z bohaterów mówi o tym, że nie zaproponował Amber alkoholu bo chyba nie ma jeszcze 21 lat.
Czy było trochę infantylnie? Tak. Zwłaszcza gdy bliźniaki się obrzucały ciastami w cukierni w środku pracy? Ale czy to coś złego? Nie, ALE występują dość mocne przekleństwa. Gdyby je usunąć byłaby to super książka dla młodszych czytelników.
Końcówka zachęciła mnie do przeczytania kolejnej części. Jednak nie byłabym sobą gdybym nie przyczepiła się do czegoś - główna bohaterka jedzie na tylnym siedzeniu w fiacie 500, a po dojechaniu na miejsce wysiada z niego zostawiając resztę w środku. Jeżeli ten samochód nie jest cabrio to musiała chyba wysiąść przez bagażnik, bo ostatnio jak sprawdzałam to Fiat 500 był trzydrzwiowy…
Zastanawiałam się między 3 a 4 ⭐️ ale za dobre opisy jeździectwa i końcówkę zawyżę trochę ocenę na 4
Amber po kilku latach wraca do swojego rodzinnego miasta. Kiedyś z niego uciekła, od wspomnień ludzi i miejsc które przypominają o przeszłości. Teraz postanawia zmierzyć się z własnymi demonami.
Bardzo lubię serial Moje życie z Walterami więc od razu poczułam niesamowite przyciągnie do tej książki. Widać że autorka kocha konie szanuje je podziwia i dba o ich dobro. To czuć w każdej wzmiance o tych pięknych zwierzętach. Jej pasja hobby i miłość przyniosła się na strony książki, ale w moim odczuciu nie przyćmiła całej historii. Z wielkim zainteresowaniem czytałam o kolejnych ciekawostkach na temat koni. Wspaniała przygoda. Autorka nie boi się ciężkich tematów, żałoba utrata najbliższych i przemoc to tylko niektóre z nich.
Bardzo podobała mi się społeczność w miasteczku. Wszyscy przyjęli Amber z otwartym sercem gotowni na pomoc i wsparcie. Sama fabuła nie było może bardzo ekscytująca i zaskakująca ale spędziłam miło czas z książką. Napisana jest lekko czyta się ją błyskawicznie. Przez chwilę przeniosła mnie do tego malowniczego miejsca z którego bił spokój cisza i harmonia.
Polubiłam główną bohaterkę kibicowałam jej od samego początku. Koniec mnie zaskoczył i rozbudził zainteresowanie. Jestem ciekawa kolejnego tomu.
Moim zdaniem Willowdale ,,Cień” to naprawdę świetna książka. Ma wiele ciekawych wątków i nie jest to typowa, „cukierkowa” historia skupiona tylko na jednym motywie. Opowieść jest bardziej rozbudowana, momentami dojrzalsza i potrafi wciągnąć.
Wiem, że w internecie pojawia się sporo krytyki i negatywnych opinii na jej temat, ale mam wrażenie, że nie zawsze są one do końca sprawiedliwe. Każdy ma oczywiście prawo do własnego zdania, jednak nie warto opierać swojej opinii wyłącznie na tym, co piszą inni.
Co ważne, na co dzień nie przepadam za czytaniem książek i rzadko po nie sięgam, a mimo to ta historia naprawdę mnie wciągnęła. To jedna z niewielu książek, przy których miałam ochotę czytać dalej i wracać do niej ponownie.
Nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie psuć odbioru osobom, które jeszcze jej nie czytały, ale zdecydowanie warto dać jej szansę. Jeśli się zastanawiasz, czy sięgnąć po tę historię, to z mojej strony odpowiedź jest prosta – warto.
Bohaterowie niby dorośli, a zachowują się jak dzieci. Równocześnie książka zdecydowanie nie dla młodszego odbiorcy. Mocno zalatuje wattpadówką, szczególnie kreacja postaci, język (za którymś razem "Kurwa" Starka zaczyna wywoływać pobłażliwy uśmiech) czy szczegółowy opis tuszowania rzęs i wybierania kreacji do leżenia na kanapie. Relacja między bohaterką a głównym kandydatem do jej serca nie przekonuje mnie w żadnym stopniu. Zdania zbudowane na zasadzie wyliczanki dwóch, trzech synonimów bawią, śmieszą, wywołują rozbawienie... W tym wszystkim najlepiej wyszły wątki hippiczne. Dwa za audiobook, bo siadły mi głosy Daukszo i Baumana, i za umilanie mi czasu podczas sprzątania łazienki.
⭐️⭐️⭐️⭐️ Amber wraca do rodzinnego miasteczka po wielu latach, traumatycznych wydarzeniach, perypetiach rodzinnych u sercowych. Wraca, ponieważ jej miłość do koni jest silniejsza od niechęci do małego bogatego miasteczka. Jest zaskoczona tym, że tam wcale nie jest tak źle. Książka zdecydowanie dla miłośników koni, brakowało mi tego. Jestem pozytywnie zaskoczona, ale też nie powaliło mnie to na kolana (4 ⭐️ na zachętę). Była przyjemna do czytania, taka trochę literatura dziecięca z przewklenstwami, ale czytało mi się ją okropnie wolno.
Uważam że jak na debiut tej autorki, książka mimo błędów jest naprawdę ciekawa i widać duży potencjał na kontynuację tej historii❤️ Jest to pierwsza książka influencerki po jaką sięgnęłam i podświadomie byłam przygotowana że może być różnie tym czasem fabuła była fenomenalna!!! Wiadomo że jest dużo rzeczy do dopracowania w stylu pisania ale to nabywa się z doświadczeniem… ( a czytałam książki dużo bardziej doświadczonych pisarek, które nie mają podjazdu do Misi). Podsumowując: Bardzo polecam tą książkę dla osób które mają otwartą głowę na różnorodną problematykę 🫶🏼