Bardzo lubię felietony, szczególnie gdy pisane są przez osoby, które mają podobne do mojego spojrzenie na świat, a nawet jeśli inne - potrafią mnie swoim zainteresować.
Sporo erudycyjnej przyjemności dał mi tom felietonów Tomasza Stawiszyńskiego z "Tygodnika Powszechnego" (lata 2021-2025), bo przekrój tematyczny jest tu imponujący. Polityka, kultura, nauka, życie, wszystko podlane - co oczywiste - filozoficznym sosem.
Teorie spiskowe, wojna jako czas, kiedy na nowo musimy formułować to, co ważne i to, co zupełnie nie. "Widzieliśmy, ale nie wierzyliśmy" - tyle zła mogłoby się nie wydarzyć, gdyby ludziom nie zabrakło wrażliwości, uważności, umiejętności wyciągania wniosków. Ta uważność ma też inny wymiar. To historia kobiety, która umarła w swoim mieszkaniu i nie została znaleziona przez trzy lata, bo ani rodziny, ani opieki społecznej nie interesowała już za życia. To też smutny koniec wielkiej gwiazdy, Gene'a Hackmana, który zmarł w samotności, wcześniej błąkając się po wielkim domu, bez kontaktu z rzeczywistością. To też refleksja o eutanazji, która powinna być prawem cierpiącego z przyczyn chorobowych człowieka, a nagle staje się ucieczką przed samotnością.
Chyba najbliższe mi są felietony poświęcone kulturze. Aktualizacja dawnych dzieł, by były poprawne politycznie (horror!), "Barbie" - niby różowy świat, a przecież bardzo czarno-biały, sentymentalnie o "Przyjaciołach", fascynacja Depeche Mode (nie podzielam) i Stephenem Kingiem (a jakże!), bardzo ciekawa opinia o "Dojrzewaniu", piękne słowa w hołdzie Zbigniewowi Mikołejce...
Odnalazłam się w świecie Tomasza Stawiszyńskiego, bo też i te same czasy nas ukształtowały. Chwyciła mnie za serce nostalgia w opisie miłości do książek, księgarni i antykwariatów, troska o świat, który nie patrzy na słabszych i przyzwala na zło. A przede wszystkim to, co w tytule. To szukanie światłocieni, plusów w zalewie minusów i odwrotnie, ta swoista ucieczka od demonów świętej racji.
Podobało mi się bardzo.