„Trigger. Jak odzyskać wpływ, kiedy steruje nami przeszłość” Marianny Gierszewskiej to nie zwykła książka – to cichy szept, który przenika przez warstwy zapomnienia, dotykając miejsc w nas samych, których baliśmy się nawet nazwać. Ona nie atakuje, nie żąda rewolucji, nie kusi iluzją natychmiastowego uzdrowienia. Zamiast tego, z delikatnością dłoni, która wie, jak nie spłoszyć zranionej duszy, uchyla te drzwi – te, za którymi czai się prawda. Nasza prawda. O ciałach, które pamiętają wszystko, co my próbowaliśmy zakopać pod warstwami codzienności, pod maskami „wszystko w porządku”.
Gierszewska nie prowadzi nas za rękę jak przewodnik – ona idzie obok, jak ktoś, kto naprawdę widzi. Widzi drżenie w głosie, ciężar w oddechu, sztywność w ciele. To obecność tak uważna, że czujemy się widziani po raz pierwszy od lat. W tej przestrzeni, którą tworzy, spotykamy to, co wypieraliśmy: przeszłość, która nie umarła, choć tak bardzo chcieliśmy ją pogrzebać. Przeszłość, która czai się w jednym zapachu, w tonie głosu, w banalnej scenie z życia – i nagle przejmuje kontrolę, dyktując nasze reakcje, nasze lęki, nasze ucieczki.
Trauma w „Triggerze” nie jest widowiskiem z hollywoodzkich dramatów – i właśnie w tej prostocie kryje się jej siła, która ściska za gardło. To trauma codzienna, jak cień, który pada na dziecięce spojrzenie pełne nadziei, na słowa niewypowiedziane, na łzy zduszone w gardle, na złość, która nigdy nie znalazła ujścia. Gierszewska rozkłada to na czynniki pierwsze, pokazując, jak to, co nazywaliśmy „normalnością”, było w rzeczywistości raną – cichą, niewidoczną, ale krwawiącą latami. I nagle, w tym zrozumieniu, coś w nas pęka: bo jak żyć z wiedzą, że nasze ciała noszą blizny, których nawet nie zauważaliśmy?
Autorka nie obiecuje nam łatwego ukojenia. Nie ma tu magicznych formułek na „nowe ja”. Zamiast tego ofiarowuje coś bezcennego: świadomość. Tę, która jest jak pierwszy głęboki wdech po latach duszenia się. Pokazuje, że ciało nigdy nie oszukuje – jego drżenie, napięcie, paraliż to nie słabość, ale krzyk: „To bolało! To nadal boli!”. Trigger nie jest wrogiem, lecz posłańcem – bramą do siebie samego, przez którą można przejść, by wreszcie zobaczyć, kim jesteśmy naprawdę. Bez masek, bez ucieczek.
Ta książka to mapa – nie perfekcyjna, nie wygładzona, ale narysowana krwią i łzami. Mapa, którą trzymasz w dłoni, gdy nadchodzi burza: strach, który paraliżuje; bezsilność, która przygniata; złość, która pali; wstyd, który dusi. Dla tych, którzy czują, że coś w nich szepcze: „Nie wszystko jest dożyte. Nie wszystko wybaczone”. Dla tych, którzy są gotowi przestać biec i uciekać przed sobą samym.
Czy boli? O tak, czasem rozdziera na kawałki. Ale to ból rodzenia się na nowo – ból, który rozwiera klatkę piersiową, pozwala odetchnąć pełną piersią, poczuć łagodność, na którą zasługujemy. Zrozumieć, że nic w nas nie dzieje się bez powodu, że każda reakcja to echo, które zasługuje na wysłuchanie.
Refleksyjna jak jesienny deszcz, uczciwa jak spojrzenie w lustro o świcie, nienachalnie piękna jak szept w ciszy – „Trigger” Gierszewskiej to zaproszenie do intymnego tańca z własną duszą. Do chwili, w której wreszcie usłyszysz siebie. I być może po raz pierwszy… poczujesz się naprawdę wolny!
Dziękuję za zaufanie i egzemplarz do recenzji od @wydawnictwootwarte, a Autorce za poruszającą i wspaniałą lekturę (współpraca reklamowa) 🩷.