Książka laureatki Nagrody Literackiej „Nike”, Nagrody Literackiej Gdynia, Poznańskiej Nagrody Literackiej im. Adama Mickiewicza, dwukrotnie Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Literackiej Gryfia oraz wielu innych.
Lida, nauczycielka wychowania fizycznego, porzuca duże miasto i wybiera życie na uboczu z dwoma mężczyznami. Jest outsiderką, która szuka przyjemności i je znajduje. Lida ma w sobie wyniosłość wobec tego, co złego ją od losu spotyka. I nie przygląda się światu, tylko się z nim zderza.
Nowa powieść Zyty Rudzkiej to historia miłości możliwej, a zarazem bardzo zwyczajnej. Zło działa i wiąże nici na drugim planie tej opowieści.
Lida pływa i żyje stylem swobodnym. Podjęła decyzję, która dała jej wolność. Ustanowiła własny porządek: sport, radość ciała, bliskość przyrody. Stroni od ludzi, ale się nie odwraca. W hedonizmie mojej bohaterki rozpoznaję mądrość i odwagę nie na pokaz - Zyta Rudzka
Polska dramatopisarka, pisarka, poetka, publicystka, autorka scenariuszy filmów dokumentalnych, psychoterapeutka wyspecjalizowana w poradnictwie z zakresu seksuologii. Zaczynała jako poetka. W r. 1989 ogłosiła tomik wierszy Ruchoma rzeczywistość, z czasem objawiła się jako prozatorka, wydając – bardzo dobrze przyjętą przez krytykę – powieść Białe klisze (1993). Już wówczas doszedł do głosu charakterystyczny dla Rudzkiej styl narracji powieściowej – silnie zmetaforyzowany, zorganizowany wokół archetypów i symboli, zrodzony zapewne z inspiracji psychoanalitycznych. Pisarka chętnie umieszcza swej opowieści w umownych realiach, lubi wszelkiego typu uniwersalizacje, zwłaszcza te, które mówią o spotkaniu kobiety i mężczyzny, do jakiego dochodzi jak gdyby poza czasem i uwarunkowaniami kulturowymi. Jej druga powieść (Uczty i głody; 1995) rozgrywa się w kilku planach przestrzennych i czasowych: we współczesnym Rzymie w środowisku polskich emigrantów i jednocześnie w starożytnym Egipcie. Olga, główna bohaterka utworu, na równi bierze udział w zdarzeniach osadzonych w czasie środowiska, jak i funkcjonuje w przestrzeni retrospektywnej. Nadrzędnym tematem tej mocno rozerotyzowanej powieści jest głód ciała, którego niepodobna nasycić. Fenomenem ludzkiej seksualności pisarka zajęła się również w swej trzeciej powieści – Pałac Cezarów (1997). Tym razem akcja utworu rozgrywa się w RPA, a za bohaterkę ma przybyłą z Europy prostytutkę, Józefinę de la Pologne. Pytania o rolę popędów w życiu człowieka splatają się tutaj drażliwymi kwestiami dotyczącymi segregacji rasowej, choć najważniejsze w tej książce są z pewnością wątki egzotyczno-romansowe. Równie zaskakująca i nieoczywista jest czwarta powieść Zyty Rudzkiej. Mykwa (1999) przedstawia historię dwu pokoleń żydowskiej rodziny, jakkolwiek zasadniczym tematem tego utworu są dzieje mistycznej miłości, jaka połączyła – oddalonych od siebie nie z własnej winy – kochanków. Tak jak we wcześniejszych utworach tej autorki, również i tu realia są niedookreślone, raptem naszkicowane kilkoma kreskami. Rudzka nie jest bowiem realistką; tak naprawdę pozostała poetką głęboko przekonaną co do tego, że tak w poezji, jak i w prozie najważniejszy jest nastrój, skrót i metafora.
Rudzką się albo lubi, albo nie znosi. Ja należę do tej pierwszej grupy 😁 Podoba mi się jej pióro i pomysły na historie prawdopodobne choć mocno kontrowersyjne. Nie inaczej było i tym razem. Mamy wieś, do której sprowadza się panna z tzw. "dobrego domu" i żyje w niej jakby należała do bohemy (ale w żadnym wypadku nie artystycznej). Świat poznajemy z perspektywy głównej bohaterki i w większości jest to mieszanka teraźniejszości ze wspomnienimi. Język jest raczej surowy, pomysł z tych "pod prąd", a wykonanie jak zwykle w punkt. Klimatem historia przypomina momentami Konopielkę z tym charakterystycznym motywem zderzenia światów. Pewnie znajdą się też i tacy, którzy świat Lidki nazwą jednym słowem - patologia
4.5 Absolutnie wyjątkowy język, autorka i jej bohaterka nie owijają w bawełnę nawet na sekundę. Postacie kreowane przez Zytę to nie chucherka, pseudo-intelektualiści, a powoli przekwitający ludzie, lubiący swoją pigwóweczkę i świniaka Elvisa. I wśród wielu zabawnych momentów kryje się właściwy temat tej książki: przemijanie, śmierć, miłość, rodzina. Gorąco polecam, drugiej takiej pisarki na rynku nie znajdziecie.
Rudzka powraca do zgłębianych już w poprzednich swoich książkach tematów i wątków: śmierci, przemijania, relacji społecznych (zarówno tych powszechnych na poziomie dziecko-rodzic, jak i tych niebanalnych, być może dla niektórych nawet niewygodnych, jak nieoczywiste relacje miłosne), bezkompromisowego stylu życia, oryginalności jednostki. To, że Rudzka do tych kwestii wraca, nie jest jednak nużące, a jeszcze bardziej pogłębia jej twórczość, pozwala spojrzeć na te wątki z innej, niezwykłej perspektywy.
Bohaterowie Rudzkiej zawsze mają brud za paznokciami, ich życia nigdy nie są oczywiste i płaskie — tych postaci nie da się po prostu "lubić" czy "nie lubić", a przynajmniej dla mnie to są za każdym razem bohaterowie bardzo skomplikowani, których można próbować interpretować, ale nigdy nie da się do końca zrozumieć. Lida nie jest od tego wyjątkiem. Jest sportsmenką, pływa nago w niebezpiecznej rzece, uczy wfu, przygarnia porzucone zwierzęta, mieszka na końcu świata razem ze swoimi dwoma kochankami. I niesie ze sobą — czy też w sobie — ciężar, który charakteryzuje też innych bohaterów z książek Rudzkiej. Ciężar deklasacji, ucieczki z miasta, wyrzutów sumienia, śmierci, straty, niesprawiedliwości i nierówności. Lida uznana jest przez samą autorkę hedonistką — i to jest też dla mnie bardzo ciekawa kwestia, bo gdyby ktoś spojrzał na życie Lidy z boku, to hedonizm byłby chyba ostatnią rzeczą, która przyszłaby mu do głowy. A jednak jest to hedonizm — tylko jaki? Być może to hedonizm zredefiniowany, odświeżony, wymodelowany i przerobiony do naszych czasów? A może to jest ostatni już przejaw hedonizmu przeszłości — już tak rzadko spotykanego, uratowanego właśnie przez Lidę?
Rudzka rozprawia się też z mitem idylli, wiejskiej sielanki. Gdy czytałam tę książkę, to w głowie miałam fragmenty z "Prawieku" Tokarczuk (oczywiście to są dwie różne formy prozy, ale co poradzę na to, że mój mózg je połączył) i to jaki kontrast to tworzy, był dla mnie otrzeźwiający.
Czy "durnie" są lepsi od "zębów"? Dla mnie nie, ale wciąż sprawili mi wielką czytelniczą przyjemność, której od dawna już nie czułam.
Mam wrażenie, że nowa powieść Zyty Rudzkiej to taki bejt na liberalnego czytelnika, zastawiony za pomocą rekwizytów, które równie dobrze mogłyby zostać wyrażone tagami na Wattpadzie: #poliamoria #wyjazdnawieś #bójkazksiędzem #wyzwolonababa #aborcje #samostanowienie #nacisk itd. Nie mam problemu z tymi tematami, no fajne są, ale chciałabym czegoś więcej od powieści, zwłaszcza po „Ten się śmieje, kto ma zęby” – czyli po książce, która w gatunku „harda kobieta opowiada o sobie” miała jednak znacznie wyżej zawieszoną poprzeczkę.
W poprzedniej powieści Rudzka wyzyskiwała na maksa możliwości narracyjne pierwszoosobowego pisania. Wera, bohaterka „Ten się śmieje, kto ma zęby”, była charakterologicznie i ekspresją dość podobna do Lidy, występującej w najnowszej książce. Różnica była jednak taka, że wraz z rozwojem historii dowiadywaliśmy się o Werze coraz więcej i coraz dobitniej dostrzegaliśmy, że jest skomplikowaną oraz niewiarygodną narratorką. To sprawiało, że „Ten się śmieje, kto ma zęby” z każdą kolejną stroną okazywało się ciekawszą i bardziej wielowymiarową opowieścią, niż mogliśmy przewidzieć na początku. W przypadku „Tylko durnie żyją do końca” jest niestety dokładnie na odwrót. Na kolejnych stronach spotyka nas jedynie utwierdzenie w zbudowanym w punkcie wyjścia obrazie – robi się więc nudno, przewidywalnie i jakby w sam raz pod z góry przyjęte założenia. Punkt wyjścia równa się punktowi dojścia, więc na koniec zostaje błahe wrażenie, że w sumie niewiele było powodów, by czytać.
„Mam rękę do bimbru, motoru i mężczyzn. Jak człowiek dorosły i sierota, pigwa-bimber to najlepszy zamiennik mleka matki. Lekko kwaskowata, bardziej słodka, a kopnąć potrafi. Polecisz na łeb i gdzie się zatrzymasz, tam zostaniesz, najmniej z godzinę, a najpewniej do rana. Roch zna te katapulty. Leżał już wszędzie. Czasem sam się podniósł albo Ziut ciągnął go za nogę, z drogi, z kurnika czy innego chlewu, by go pizgnąć pod ganek”.
No błagam, fraza Zyty Rudzkiej jest niedopodrobienia. Jakbyście mi zakleili jej imię i nazwisko na okładce i w środku książki, to jestem przekonana, że w sekundę rozpoznałabym, że to ona. Zresztą zerknijcie na pierwsze zdania: „Mam dobre życie, szczodre jak świński cyc. Ale nie będę się opowiadać. Żadnego nura w przeszłość. Wspomnienia to nie moja konkurencja. Nie startuję w tym”. I ja to od razu czytam w głowie, bo to ma niesamowity rytm, i jestem pewna, że Rudzka jest tą pisarką, która czyta na głos to co napisze, że wykreśla masę niepotrzebnych słów i zdań i zostawia samą esencję - tak zresztą robi też np. Hanna Krall. Tempo pędzących koni (nie po betonie), fraza ostra jak brzytwa, zadziorna, potoczysta, ale jaka plastyczna, dobrze się układająca na języku. Miodzio!
Tym razem narratoką Rudzkiej jest Lida, nauczycielka WF-u, która mieszka gdzieś na odludziu z Ziutem i Rochem, z którymi żyje w miłosnym (i pijackim) trójkącie. Kobieta porzuciła wielkie miasto, inteligenckie środowisko i pędzi bimber z dwoma ochlejtusami. Nie odczujecie tu jednak patologii czy obrzydzenia, a raczej odnajdywanie szczęścia w prostych przyjemnościach. Hedonistyczna sielanka Rudzkiej wymyka się klasycznym definicjom. Kreacja feministycznej bohaterki też odbiega od standardów, bo Lida to przecież żadna wyzwolona ambitna i nastawiona na sukces girl boss, która kolesi do życia nie potrzebuje. To silna babka, żyjąca po swojemu, wbrew całemu światu, żyjąca na przekór konwenansom i dulszczyźnie, mająca w nosie gadanie innych. I czy to nie jest iście feministyczne? Czytajcie!
Nie przebiło "Ten się śmieje, kto ma zęby" ale ma podobny vibe, też jest sporo o starzeniu się, umieraniu i żałobie. No i ten specyficzny niepodrabialny styl Zyty Rudzkiej, który bardzo cenię.
Zaczęłam już kiedyś inną książkę autorki, ale przerwałam. Czułam, że to nie dla mnie – jakbyśmy nie odbierały słów na tych samych falach. Minęły jakieś dwa lata i coś się jednak zmieniło: jeśli przymknąć oko na rubaszne poczucie humoru, które mnie nie kręci, zostaje konkretny kawałek prozy. Całkiem smaczny, gdy tak go wchłonąć na zimno.
Przeczytałam z ciekawości, co też może myśleć o świecie taka bohaterka i dochodzę do wniosku, że wiele wynika tu z niepowodzenia. Niespełnione marzenie, łzy, a potem już równia pochyła. Niby szkoda tej Lidy, ale czy nie wydaje się szczęśliwa? Pewnie posypią się opinie, że to taki silny kobiecy głos, afirmacja siebie i śmiałe samostanowienie, a ja sama nie wiem, co myśleć. Bohaterka ani nie wzbudziła we mnie szczególnej sympatii, ani nie czuję potrzeby jej osądzać.
4,5! Książka, którą się czyta tak, jak się patrzy na gwiazdy robione nad rzeką przez podstarzałą, całkiem gołą wuefistkę. Nie wiadomo co się dzieje, ale ile w tym wolności!!
Polecam spędzić wieczór na śmiganiu kartka za kartką! Żywy i surowy język, który przemawia dosadnie, bez niczego co zbędne. Jednocześnie prostolinijność w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Zero tłumaczenia się, zero perswazji. Po prostu jest jak jest.
„Życie ze mną do gładkich nie należy. Mam złote serce i zły charakter. Odwrotnie gorzej. (…) Nowych znajomości nie poważam, życiem towarzyskim gardzę. Nie po to miasto rzuciłam, żeby się na rozmowy spotykać. (…) Mieszkam na odludziu, mam Ziuta, Rocha i dużo psów, na tym raj polega. (…) Wspomnienia to nie moja konkurencja. Nie startuję w tym”.
Dużo bym dała, żeby kiedyś napisać stronę prozy takiej, jaką pisze Zyta Rudzka: skrzącym się, rozbuchanym, gęstym językiem, bez jednego zbędnego słowa. Takiej, którą chce się przeczytać znowu zaraz po tym, gdy skończyło się pierwsze czytanie. Takiej jak „Tylko durnie żyją do końca”. Prze-pysz-ne!
Po raz kolejny dostajemy w powieści Rudzkiej silną, charakterną kobietę, która wie, czego chce, i żyje po swojemu. Lida, nauczycielka WF-u w średnim wieku, rzuca wszystko, wyjeżdża z miasta, osiedla się na wsi, żyje w trójkącie z geodetą i hydraulikiem. Ma ojca z amnezją, prosiaka Elvisa, własne zdanie i patent na „pigwę-bimber”. Kto inny stworzyłby taką niepodrabialną postać? „Tylko durnie żyją do końca” to książka o wolności, która nie przychodzi łatwo i nigdy nie jest dana raz na zawsze. O oswajaniu przemijania i śmierci. O kobiecej niezależności, z której nie trzeba nikomu się tłumaczyć. O życiu przeżywanym na własnych warunkach – nawet jeśli te bywają nie do zniesienia.
Chociaż odrobinę bardziej niż z Lidą polubiłam się z Werą z „Ten się śmieje, kto ma zęby”, i tak zostawiam „Durni” na nocnej szafce. Będę wracać choćby do fragmentów i znów zachwycać się tym, co można zrobić z naszym językiem. Polecam się przekonać!
W recenzjach podziwia się zarówno język tej powieści, i jak i główną postać Lidę. Język - owszem, ciekawy zabieg użycia wulgaryzmów w połączeniu z akrobacjami językowymi. Precyzja, wyszukana metafora, i trafne obserwacje wyrażane z ironicznym humorem mogą zachwycić. Ale czemu nikt wprost nie napisał, że jest to książka o menelach? Owszem, menelach szczęśliwych w swojej beztrosce, żyjących po swojemu, i nie raz bardziej cywilizowanych od obłudnych "porządnych" obywateli, co to nieprawda psiaka a potem w lesie go przywiązują do drzewa. Nawiasem mówiąc, to wątek świni Elvis był najlepszy - zabawny i wzruszający). Lida - kobieta silna i żyjąca na własnych zasadach? Tak, ale równocześnie cuchnąca bimbrem, utrzymująca dwóch podstarzałych amantów , i wspominająca z rozrzewnieniem ich wspaniałe "sikawy, fiuty, i wytrychy" w erekcji. Bo teraz to już nie ma z nich pożytku w tej materii. Lida goszcząca swojego ojca na zagrzybiałym materacu, niecierpiącą swojej pracy w szkole, gdzie wszyscy uczniowie to dzieci "cudze, brzydkie, łamagi".. Hm, niech ma swój raj, i niech ma wywalone na to, co ja myślę, ale jej tego cuchnącego mieczem, grzybem i bimbrem raju nie zazdroszczę. Nie była to zła książka - choć tematyka nie do końca moje klimaty. Plus za wzbudzanie dość skrajnych opinii😉
tak szczerze mówiąc to spodziewałam się, że nie będzie to książka w moim guście nie interesowały mnie losy bohaterów, bo niezbyt ich polubiłam i zrozumiałam, akcja też średnio mnie ciekawiła, bo nie było jej zbyt wiele - skupiamy się chyba na relacjach, no ale to nie dla mnie.
Mistrzyni słowa polskiego, autorka fenomenalnego "Ten się śmieje, kto ma zęby", wróciła z najnowszą powieścią - taką, o której nie wiedziałam nic, ale którą kupiłam "w ciemno", wiedząc, że będzie wspaniała. I nie zawiodłam się, bo i tutaj Autorka kreuje wspaniałą, wielowarstwową bohaterkę, tym razem w (pozornie?) sielankowej rzeczywistości uczestniczki trójkąta/poliamorycznego związku, nauczycielki wychowania fizycznego i przede wszystkim kobiety, która urodzona rodzicom-inteligentom, prawnikom, podjęła decyzję o ucieczce na wieś (w dorozumiany sposób: z zakłamania i pretensjonalności miasta, jednak nie rezygnując z pieniędzy ojca uzyskanych w tymże zakłamanym mieście). I mimo że rzeczywistość głównej bohaterki wydaje się sielankowa oraz budowana na bardzo własnych warunkach, to jednak nie sposób nie dostrzec, jak wiele jest w niej śmierci i rzeczy ostatecznych. I to chyba właśnie to połączenie podoba mi się najbardziej - bo najbliższe jest życiu, i temu prowincjonalnemu, i miejskiemu. Dobrej passy do książek w tym roku ciąg dalszy.
Przepraszam za uprzedni osąd Pani Zyto. Na początku język bardzo mi przeszkadzał aż nauczyłam się go czytać i rozumieć- od tego momentu, książka bardzo mi się podobała, bardziej niż się spodziewałam.
Teoretycznie, historia nauczycielki WF, która „rzuca” wszystko i wyjeżdża na wieś żeby pływać, pić i żyć harmonijnie w trójkącie z menelami (one can dream). W praktyce, to samo, ale oprócz tego Lidia ma bardzo pragmatyczny sposób patrzenia na świat, który bardzo by nam się wszystkim przydał.
Nie było nadmiernego idealizowania życia na wsi ani eskapizmu, była śmierć, małomiasteczkowa presja społeczna i w reszcie postać tzw silnej baby, która faktycznie jest prężna fizycznie i przywali nawet księdzu. Czyżby przyszły klasyk polskiej “weird girl” literatury?
„Czasem raz się poznasz na człowieku, a na całe życie nauki wystarczy”.
Historie ukryte w książkach Zyty Rudzkiej są równie niebanalne i oryginalne, jak jej bohaterki. Lida, którą poznajemy na kartach powieści „Tylko durnie żyją do końca” ma złote serce i zły charakter. Jest nauczycielką WF-u z byłym powołaniem i planem na życie, by żyć bez planu. Kocha wieś i rzekę, w której jak w życiu pływa stylem wolnym. Mieszka na odludziu, ma dwóch kochanków Ziuta i Rocha, z którymi pije zdrowy bimber od wolnych drzew. Ma też psy, kury, koguta i świnię Elvisa, którą ktoś im podrzucił. „Miasto rzuciłam. Jak parszywego kochanka. Okrutnie, bez zapowiedzi. Wszystkie mosty spaliłam. Ale czasem dostaje się taką wiadomość, że trzeba wrócić. Nie da się powrotu odłożyć, przełożyć czy udać, że wiadomość nie dotarła. I po spalonych mostach się wraca”. Więc wraca Lida do miasta i nie pęka, bo kiedyś przecież była dziewczynką-gumą. Świat przedstawiony przez Rudzką nikogo nie obściskuje, a bohaterowie zmagają się z codziennością, choć nie zawsze chce im się żyć. W 2024 roku polubiłam Werę, teraz polubiłam też i Lidę. Ciekawią mnie pozostałe historie i bohaterki Rudzkiej. Jestem głodna kolejnych nietuzinkowych postaci, które żyją w najlepszy z możliwych sposobów, bo na własnych zasadach i według własnego widzimisię.
Moja pierwsza książka Zyty Rudzkiej. Z pewnością nie ostatnia. Mały, uboczny świat, podobnie jak postaci, jednak wszystko razem tak wyraziste, a niewymodzone. I te imiona protagonistów: Lida, Roch i zwłaszcza Ziut. Niekoniecznie ich się kocha czy nawet lubi, ale zostają, być może na zawsze. I jeszcze ta rzeka kojąca, złowroga, sprawcza, z ballad i baśni. I przecudna okładka.