Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałam się, czy dowiem się czegoś nowego. Czy w ogóle można dowiedzieć się czegoś nowego o potworności obozów koncentracyjnych, potworności wojny, tej apokalipsy spełnionej, w której człowiek przestał być człowiekiem...
Długo miałam poczucie, że przecież wszystko to znam, chociażby z opowiadań Borowskiego. Straszna podróż bydlęcymi wagonami, rampa, selekcja, katorżnicza praca, głód, zobojętnienie, śmierć. Tyle że akurat ta relacja jest jednak na wiele sposobów wyjątkowa.
Autor, węgierski dziennikarz i poeta, trafił do Auschwitz (a później jego podobozów) w 1944 roku, jako niemal czterdziestolatek. Wykształcony, władający piórem, dojrzały i świadomy. Jego relacja jest oszczędna emocjonalnie, ale czuć, że Debreczeni potrafi pisać. Określenie "Kraina Auschwitz" to trochę jak "Inny świat" Grudzińskiego - absurdalne, nierzeczywiste miejsce, które wydaje się być projekcją chorego umysłu. Selekcja to wybór między Scyllą a Charybdą, potwornością życia w obozie i potwornością śmierci.
Tytoń, który przypomina o normalnym życiu. Głód, który zabija wszystkie inne pragnienia. Smutne dni, które z nieszczęśnika robią wymęczoną wiązkę kości obciągniętych skórą. Obozy, w których nie ma ludzi - więźniom odebrano człowieczeństwo, pogwałcono je i podeptano, strażnicy sami się tego człowieczeństwa pozbawili.
To wszystko było mi znane. A wtedy autor zaczął część opisującą czas, gdy trafił do tytułowego "zimnego krematorium", obozu szpitalnego w Dörnhau, umieralni, przedpiekla, koszmaru, który przyśnił się szaleńcowi. Ta część mnie przygniotła. Śmierć, która przychodzi po wymęczonych głodem, biegunką, chorobami. Śmierć, która chłodzi ciało towarzysza z pryczy. Śmierć, która zabiera na chwilę przed końcem wojny...
Oszczędna to relacja, a przecież subtelnie piękna, z celnymi metaforami, które tu nie zgrzytają, a przejmująco podkreślają wojenną potworność.
Bardzo cenna pozycja. Polecam, choć to trudne doświadczenie.