Autor znany z zabawnych filmików przenosi swój humor na karty powieści.
Jurek, sołtys Gołaszyna, w ciągu kilku dni traci wszystko: stanowisko, pracę w tartaku i złudzenia. Poza tym dowiaduje się, że zostanie dziadkiem i będzie musiał wyprawić synowi wesele. Skąd wziąć na to pieniądze?! Ale od czego jest Halinka – jego żona, generał domowego frontu i autorka planu awaryjnego? Jurek ląduje w Warszawie i rozpoczyna nowe życie – wśród deadline’ów, asapów i innych korporacyjnych absurdów.
A po godzinach? Stolica zaskakuje Jurka śmiesznymi papieroskami, nocnym życiem, od którego kręci mu się w głowie szybciej niż po bimbrze od szwagra, i informacją, że jego ulubione koszule to teraz pełnoprawny vintage.
Persona non grata, czyli Sołtys w wielkim mieście to przezabawna opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by przewrócić swoje życie do góry nogami. Mamy tu wszystko, co najlepsze w komedii: bohaterów z krwi i kości, kapitalne dialogi, rodzinne dramy, kłótnie przy rosole, wątek kryminalny i mnóstwo ironicznego humoru. A w tle – bezcenne obserwacje na temat Polski prowincjonalnej i wielkomiejskiej.
Jeśli kochasz klimat Rancza i bohaterów, którzy przypominają twoją rodzinę, ta książka rozśmieszy cię do łez.
Jurek zawsze starał się być dobrym sołtysem, a dla swojej wsi zrobiłby wszystko. Niestety, pewnego dnia przegrywa wybory i musi pożegnać się ze swoim stołkiem. Na dodatek zostaje wyrzucony z pracy. Gdy chwile później okazuje się, że niedługo zostanie dziadkiem - Halina, żona Jurka, wpada na pomysł, aby ten wyjechał do Warszawy znaleźć nową pracę i zarobić na wesele syna. Mężczyzna wyjeżdża i pozostaje mu tylko odnaleźć się w wielkim, przytłaczającym mieście.
Wieś swoje, miasto swoje. Autor ukazał różnice między życiem w małej wsi, w której każdy zna każdego, a dużym miastem, gdzie nawet sąsiad z piętra nie zna sąsiada z mieszkania obok. Różnice są ogromne. Czy przerysowane? Moim zdaniem nie. Tam gdzie trzeba, jest z humorem. Tam gdzie trzeba - jest poważnie, z miłością i z sentymentem.
Nadal możemy znaleźć wsie, w których rządzi Ksiądz i Sołtys, w których głównym miejscem spotkań jest albo sklep, albo niedzielna msza. Wsie, w których mieszkają całe pokolenia i każdy zna każdego. A życie w wielkim mieście? Ile jest blokowisk, gdzie ludzie mijają się na klatce schodowej bez chociażby „dzień dobry”?
Autor świetnie ukazał realia życia wiejskiego i miejskiego. Dzięki temu, że nie idealizuje ani miasta, ani wsi, książkę czyta się fantastycznie. Dialogi brzmią prawdziwie, nie są przerysowane. Nie jest to historia pełna zwrotów akcji, nic nie pędzi na łeb na szyje. Ona toczy się swoim torem, a wszystko jest idealnie dopracowane.
Gdybym nie wiedziała, że to debiut - nie uwierzyłabym. Bardzo dobrze napisana książka. Zatęskniłam za „Ranczem” i chyba czas na kolejny seans z serialem.
Jak coś się zaczyna walić, to wali się już wszystko na raz. Sołtys Gołaszyna w jednej chwili stracił wszystko - stanowisko, pracę i szacunek ludzi we wsi. I to wtedy, gdy akurat pieniądze są mu bardzo potrzebne, żeby pomóc synowi. Ale jak nie tu, to gdzie indziej. Za namową żony Sołtys decyduje się udać do Warszawy, by tam znaleźć zatrudnienie. Jurek żadnej pracy się nie boi i dość szybko odnajduje się w nowym, lekko zwariowanym świecie stolicy, dostrzegając również jak mało ją łączy z jego rodzinną miejscowością. Dawno nie uśmiechałam się tak dużo podczas czytania jakiejś książki. Uśmiech dosłownie nie schodził mi z twarzy i wielokrotnie musiałam parsknąć śmiechem. Jestem pod wrażeniem tej książki, zwłaszcza że jest to debiut pisarski. Postacie są bardzo dobrze wykreowane i oddają charakter małych miejscowości, w których wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą i ze wszystkimi się znają. W kilku momentach się wzruszyłam, co mnie zaskoczyło, ponieważ zupełnie się tego nie spodziewałam. Bardzo ujęła mnie relacja Jurka i Halińci - typowe małżeństwo z wieloletnim stażem, w którym on jest głową, a ona szyją ;) Świetnie się to czytało. Ale to historia nie tylko o relacjach rodzinnych czy stosunkach międzyludzkich w małych społecznościach. To przede wszystkim opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zmienić swoje życie i nie poddawać się mimo licznych przeciwności, jakie los stawia przed nami. Trzeba jedynie mieć odwagę by wykonać pierwszy krok.
Powiem krótko: ubawiłam się przednio. I to tak szczerze, bez udawania, bez „ochów” na siłę. Czytałam z wypiekami na twarzy perypetie Sołtysa i jego rodziny, momentami parskając śmiechem jak dziecko.
„Persona non grata” to książka, która pachnie swojskością. Ma w sobie ten klimat małej społeczności, gdzie każdy wszystko wie, a jednocześnie nic do końca nie jest takie, jak się wydaje. Humor jest żywy, dialogi naturalne, a postacie – aż za bardzo prawdziwe. Sołtys? No cóż… człowiek-instytucja. Trochę zawadiaka, trochę filozof życia, trochę ofiara własnych decyzji. Ale właśnie dlatego chce się go śledzić dalej.
Autora i jego postać Sołtysa obserwuję już od jakiegoś czasu na TikToku. I muszę powiedzieć jedno: ta książka ma dokładnie tę samą energię. Ten sam błysk w oku, to samo wyczucie absurdu codzienności. Kiedy zobaczyłam w Empiku książkę jego autorstwa, nie wahałam się ani chwili. Wzięłam do ręki, kupiłam i przepadłam. I ani przez sekundę nie żałuję.
To świetna rozrywka. Lekka, ale nie głupia. Swojska, ale nie banalna. Idealna na wieczór, kiedy chcesz się oderwać od poważnych tematów i po prostu dobrze bawić.
Mam szczerą nadzieję, że Kamil napisze jeszcze wiele podobnych książek. Bo jeśli każda będzie miała taki klimat, to ja ustawiam się pierwsza w kolejce.
Nie sięgam często po książki komediowe. Tu przekonał mnie tekst z opisu, że to idealna pozycja dla miłośników klimatu “Rancza”. A że mam do tego serialu ogromny sentyment nie mogłam przejść obok niej obojętnie. :D
Osobiście nie znam twórczości autora na TikToku czy Instagramie, więc nie wiedziałam czego mogłabym się spodziewać
Ale to dobrze. Nastawiłam się na prostą rozrywkę i w zasadzie to dostałam. Autor świetnie ukazał różnice w mentalności wiejskiej i miejskiej, bardzo stereotypowo, ale też często bardzo trafnie.
Część “miejska” mniej mi się podobała, ale nie powiem, by nasz bohater się tam nudził. Jak na ponad pięćdziesięcioletniego mężczyznę bardzo go wciągnęło. Zachłysnął się tym, ale na szczęście w porę też opamiętał.
Jeśli podejdziecie do tej książki z przymrużeniem oka, z nastawieniem na rozrywkę, na pewno będziecie się z nią bardzo dobrze bawić.
Swojscy bohaterowie, których nie da się polubić, szczególnie Halinka skradła moje serce. Mnóstwo humoru. Spisek przeciw Sołtysowe, iście szatański. :D
Ja spędziłam z nią przyjemny czas, nie raz uśmiałam się pod nosem.