W ubiegłym roku miałam okazję poznać pierwszy tom serii Kings of Darkness, który całkowicie mnie oczarował. Choć fabuła nie należała do najbardziej oryginalnych, miała w sobie coś hipnotyzującego. Wciągnęła mnie bez reszty, a emocje towarzyszące bohaterom przez długi czas nie pozwalały o sobie zapomnieć. Byłam pod ogromnym wrażeniem, że trafiłam na autorkę, która potrafi pisać z taką wrażliwością i lekkością, a jednocześnie poruszać trudne tematy bez popadania w przesadę. Wiedziałam, że chcę poznać więcej jej książek. Pierwsze trzy historie z tej serii utrzymywały bardzo wysoki poziom, były dopracowane, emocjonalne i przemyślane. Niestety, kolejne części przyniosły mi coraz większe rozczarowanie, a Queen of Darkness, mimo dobrych zapowiedzi, okazała się kolejnym tytułem, który pozostawił po sobie mieszane uczucia. Początkowo wszystko wskazywało na to, że to będzie historia głęboka, odważna i pełna emocji. Poruszane motywy wydawały się ważne, a klimat obiecywał coś wyjątkowego. Po lekturze jednak pozostał we mnie żal, że tak duży potencjał nie został w pełni wykorzystany. To miała być historia z sercem, ze szczerością i ciężarem emocjonalnym, który poruszy do głębi. Zamiast tego otrzymałam coś nie do końca spójnego.
Violet Richmond ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, ale jej przeszłość jest bardziej bolesna niż u wielu dorosłych. Po traumatycznych wydarzeniach, które niemal zakończyły jej życie, rodzina przekonana, że tylko tak ją ochroni, upozorowała jej śmierć. Przez cztery lata dziewczyna pozostawała w ukryciu, odcięta od świata, od ludzi i od własnej tożsamości. Kiedy w końcu postanawia wrócić do życia, zaczyna studia na prestiżowej londyńskiej uczelni, próbując odnaleźć w sobie siłę, by przestać być ofiarą. Już pierwszego dnia spotyka Nolana Collinsa - syna rektora, pewnego siebie, z pozoru aroganckiego i nieprzystępnego chłopaka, który ma wokół siebie aurę niedostępności. Ich pierwsze spotkanie kończy się wylaniem kawy i ostrą wymianą zdań, a z biegiem czasu oboje stają się rywalami w konkursie organizowanym przez uczelniane koło psychologiczne. Na pozór to prosta historia o dwojgu młodych ludziach, którzy się nie znoszą, ale z każdą stroną napięcie między nimi rośnie.Violet, mimo strachu i niepewności, zaczyna dostrzegać w Nolanowi kogoś więcej niż tylko przeciwnika. On zaś, choć udaje chłodnego i pewnego siebie, nosi w sobie rany, których nie potrafi zagoić. Oboje próbują walczyć nie tylko o zwycięstwo, lecz także o samych siebie. Rywalizacja stopniowo ustępuje miejsca zrozumieniu, a gniew i dystans przeradzają się w cichą fascynację. To właśnie ta część historii ich powolne zbliżenie, budowanie zaufania i walka z własnymi demonami stanowi najmocniejszy element fabuły.
Autorka dobrze zarysowała przeszłość bohaterki. Opis napaści seksualnej, której padła ofiarą, choć nie jest drastycznie szczegółowy, potrafi poruszyć i uświadomić, jak długą drogę musiała przejść, by znów stanąć na nogach. Violet to bohaterka, która walczy mimo bólu, mimo wspomnień, mimo tego, że czasami nie ma już siły. Dla mnie stała się symbolem przetrwania i odwagi. To postać, która uczy, że nawet po najgorszym upadku można się podnieść.
Nolan z początku wydaje się typowym aroganckim bohaterem, jakich w literaturze New Adult nie brakuje. Jednak z czasem okazuje się, że jego zachowanie to tylko maska, za którą kryje się zagubiony chłopak próbujący odnaleźć własną tożsamość. Angelika pokazuje jego przemianę subtelnie, krok po kroku, dzięki czemu łatwiej jest go zrozumieć i polubić. Ich relacja rozwija się stopniowo, naturalnie, nie jest przerysowana ani zbyt szybka. To jedna z niewielu rzeczy, które w tej książce naprawdę mi się spodobały.
Szkoda jednak, że późniejsze rozdziały tracą dynamikę. W pewnym momencie fabuła staje się monotonna, a powtarzalne rozmowy bohaterów spowalniają akcję. Zabrakło emocjonalnych kulminacji, kilku scen, które mogłyby dodać tej historii mocy i głębi. Zakończenie wydaje się pośpieszne, jakby autorka chciała jak najszybciej domknąć wątki, zapominając o potrzebie domknięcia emocjonalnego.
Jedno trzeba Angelice Kołodziej przyznać, że ma niesamowity dar opowiadania. Jej język jest plastyczny, lekki i zrozumiały, a jednocześnie nasycony emocjami. Potrafi malować słowem, tworzyć atmosferę, która wciąga czytelnika bez względu na tempo akcji. Czuć, że autorka pisze z pasją i pełnym zaangażowaniem. Jej styl łączy w sobie delikatność i mrok potrafi opisać ból bez przesady, a miłość bez taniego patosu.
Niestety, w Queen of Darkness momentami zabrakło równowagi. Niektóre fragmenty są zbyt rozwleczone, inne zbyt powierzchowne. Dialogi mogłyby być bardziej naturalne, a emocje bohaterów pokazane subtelniej, mniej bezpośrednio. Mimo to widać, że Kołodziej posiada ogromny potencjał literacki. Umie tworzyć sugestywne obrazy, a jej wrażliwość i znajomość ludzkich emocji sprawiają, że czytelnik łatwo utożsamia się z postaciami, nawet jeśli historia nie zawsze trzyma wysoki poziom. Autorka ma ogromne wyczucie nastroju, potrafi jednym zdaniem wywołać smutek, innym wzruszenie, a jeszcze innym irytację wobec bohatera. I właśnie to sprawia, że mimo wad fabularnych wciąż chce się czytać dalej.
Queen of Darkness to książka z potencjałem, który niestety nie został w pełni wykorzystany. Historia Violet mogła być przejmująca i głęboka, ale chwilami przypomina niedokończony szkic, jakby autorka miała świetny pomysł, lecz zabrakło jej czasu, by go dopracować. Bohaterowie są interesujący, ale chwilami ich emocje wydają się nieszczere, a relacja zbyt uproszczona. Mimo to nie mogę powiedzieć, że była to zła książka. Były momenty, które mnie wzruszyły, i takie, w których widziałam dawną Angelikę Kołodziej - tę, która potrafiła poruszyć jedno zdanie, jednym gestem bohatera. Niestety, całość nie wywołała we mnie takiego zachwytu jak pierwsze tomy serii.
Zakończenie pozostawiło we mnie niedosyt, bo oczekiwałam mocniejszej puenty, bardziej emocjonalnego domknięcia. Zabrakło też kilku scen, które mogłyby nadać tej historii charakter i pełnię.
Choć Queen of Darkness nie spełniło moich oczekiwań, wciąż widzę w Angelice Kołodziej ogromny talent i wrażliwość. To autorka, która potrafi pisać o bólu, stracie i miłości z niezwykłą szczerością. W tej książce zabrakło dopracowania, ale nie zabrakło serca. Czuć, że to historia napisana z emocji może nie do końca udana, ale prawdziwa. Mam nadzieję, że kolejne jej powieści będą bardziej spójne i wyważone, bo potencjał, który drzemie w jej stylu, zasługuje na pełne rozwinięcie. Nie żałuję, że przeczytałam Queen of Darkness, bo mimo rozczarowania przypomniała mi, jak silne emocje może budzić literatura nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami.
2,5/5 #współpracareklamowa