Czy można uratować kogoś, kto nie chce już być uratowany? Czy wystarczy dobre serce i chęć pomocy, kiedy całe otoczenie milczy, a zło powoli rozrasta się w cieniu codzienności? To pytania, które towarzyszyły mi przez całą lekturę „Bezsilnej” Piotra Kościelnego - książki, po której trudno po prostu zamknąć okładkę i wrócić do rzeczywistości.
Kościelny po raz kolejny udowadnia, że nie potrzebuje wielkich miast, spektakularnych zbrodni ani policyjnych pościgów, by zbudować napięcie, które dusi. Tym razem przenosi nas do Wschowy - niewielkiego miasteczka, w którym życie toczy się spokojnie, przynajmniej z pozoru. Bo gdy zło zaczyna kiełkować, nikt nie zauważa go od razu. I może właśnie dlatego tak długo może rosnąć.
Komisarz Sokołowski, doświadczony gliniarz z Wrocławia, trafia tu jakby na „odpoczynek”. Ma być spokojnie, przewidywalnie, wręcz nudno. Tymczasem pierwsza sprawa, z jaką przychodzi mu się zmierzyć, to samobójstwo młodej matki. Sprawa, która miała być prosta, szybko zaczyna uwierać go jak kamień w bucie - bo coś się tu nie zgadza. I choć wszyscy wokół wolą spuścić wzrok i udawać, że „takie rzeczy się zdarzają”, Sokołowski czuje, że to dopiero początek.
„Bezsilna” to nie klasyczny kryminał, w którym czekasz na moment, aż padnie pytanie „kto zabił?”. To raczej bolesny portret małej społeczności, w której każdy zna każdego, ale nikt niczego nie widzi. Autor z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak łatwo zło wplata się w zwyczajność - w rozmowy przy sklepie, w rodzinne obiady, w sąsiedzkie plotki. Tu nikt nie jest tylko „dobry” albo tylko „zły”. Każdy ma coś na sumieniu, a najgorsze potwory często mieszkają tuż za ścianą.
W postaci Krystyny - matki, która boi się własnego syna - Kościelny zawarł całą istotę tytułowej bezsilności. To nie kobieta słaba, lecz taka, którą życie nauczyło milczeć. Jej dramat staje się lustrem dla wszystkich, którzy wolą nie reagować, by „nie mieć problemów”. To portret przerażająco prawdziwy - takich kobiet jest wokół nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać.
Autor nie oszczędza też czytelnika. Język jest surowy, często brutalny, pełen wulgaryzmów - i właśnie dlatego tak prawdziwy. Nie ma tu miejsca na literackie ozdobniki czy romantyzowanie przemocy. Kościelny pokazuje brud, biedę i beznadzieję w całej ich surowej formie. Czyta się to z zaciśniętym gardłem, ale trudno się oderwać, bo pod tą brutalnością kryje się coś więcej - ogromna empatia dla ludzi, którzy próbują przetrwać w świecie, gdzie pomoc często nie nadchodzi wcale.
Wschowa staje się metaforą Polski lokalnej, tej, w której rządzi przyzwyczajenie, układy i niepisane zasady. Wszyscy wiedzą, że Henryk to niebezpieczny człowiek, ale nikt nie zgłasza jego przemocy. Bo po co? Bo policja i tak nic nie zrobi. Bo „to jego sprawa”. Bo tak jest łatwiej. To właśnie z takiego myślenia rodzi się zło - ciche, niepozorne, ale coraz silniejsze.
Największą siłą „Bezsilnej” jest to, że nie szuka sensacji. Nie ma tu bohatera, który w pojedynkę ratuje świat. Jest zmęczony policjant, który próbuje zrozumieć, dlaczego ludzie pozwalają, by tragedie działy się na ich oczach. I może właśnie w tej zwyczajności tkwi największa groza. Bo jeśli zło wygląda jak codzienność, jak mamy z nim walczyć?
Kościelny zadaje pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. O winę, o milczenie, o odpowiedzialność. O to, kiedy stajemy się współwinni, patrząc w drugą stronę. To książka, która nie daje ukojenia - ale też nie pozwala zapomnieć.
„Bezsilna” to powieść o przemocy, która rośnie w ciszy, i o ludziach, którzy tej ciszy nie potrafią przerwać. To także gorzki komentarz o społeczeństwie, w którym ofiary zbyt często zostają same, a sprawcy czują się bezkarni. I choć momentami historia jest chaotyczna, a narracja fragmentaryczna, to emocjonalny ciężar tej książki jest potężny.
Ocena: 8/10 - bo czytając ją, czułam złość, smutek, wstręt, ale też współczucie. Bo choć to fikcja, zbyt wiele w niej prawdy, by czytać ją spokojnie. To nie jest lektura dla każdego - ale jeśli lubisz książki, które zostawiają ślad, „Bezsilna” zostanie z tobą na długo.